Piekielna droga – czy Ty też masz wyzwania, których unikasz?

To było piękne lato 2007 roku. To wtedy pierwszy raz poczułem smaki i zapachy Krety oraz poznałem tamtejsze niekoniecznie najlepsze drogi. W pamięci szczególnie zapadła mi jedna z nich, pełna zachwycających widoków. Prowadziła z Rethymnonu, poprzez Śpiewający Wąwóz do Klasztoru Prevelli  a następnie do pięknej plaży z twierdzą Frangokastello, gdzie podobno w drugiej połowie maja o świcie, pojawiają się tzw. „Upiorni wojownicy”, czyli „Ludzie z rosy”. Stamtąd droga serpentynami wspina się na pasmo górskie Lefka Ori, aby w poprzek wyspy przebić się z powrotem na jej północne wybrzeże.

rozwój osobisty - droga - wyzwania

Wybierając się w drogę zadbaj o odpowiedni dobór towarzyszy

Widoki były przepiękne, zapachy oszałamiające a woda ciepła i turkusowa. Nie wspominając już o genialnej pogodzie. To mógł być cudowny dzień, ale stał się najgorszym dniem w czasie całych wakacji. W tamtym czasie nie miałem prawa jazdy, ani pojęcia o prowadzeniu samochodu. Kierowca, z którym wybrałem się na wycieczkę, miał lęk wysokości, był panikarzem i nie potrafił panować nad swoimi nerwami. Przeklinał starając się przejechać jak najszybciej przez tak wąskie uliczki miasteczek, że samochody mijały się na nich omal nie ocierając lusterkami. Pomstował na brak barierek ochronnych, na górskich drogach, które czasami zakręcały o 180 stopni. Był przerażony, że jedziemy samochodem z silnikiem o pojemności 1.1, bo według niego siła silnika mogła być za mała w sytuacji kiedy będziemy musieli zatrzymać się w czasie podjazdu pod stromą górę i następnie ruszyć z ręcznego. Tłumaczył mi, że w takiej sytuacji możemy się stoczyć samochodem do tyłu w jakąś przepaść. Uspokoił się dopiero na szerokiej plaży z ciepłą płytką wodą koło twierdzy Frangokastello. W tym wyciszeniu pomogła mu mapa, która pokazała, że to już koniec tak wąskich dróg.  Nie zauważył jednak tego, co ja dostrzegłem na tej mapie, ale na wszelki wypadek profilaktycznie milczałem.

Był to pełen serpentyn podjazd (oczywiście bez barierek zabezpieczających) i ze zniszczoną nawierzchnią, który miał nam pozwolić wjechać na pasmo gór Lefka Ori. Kiedy pod niego podjechaliśmy mój kierowca zbladł, wystąpiły na niego zimne poty i stwierdził, że nie da rady podjechać tą drogą. Chciał zawracać, ale wtedy przypomniały mu się te wszystkie wąskie drogi i przesmyki, które już pokonał. Trzęsąc się jak galareta i wieszcząc naszą niechybną śmierć, zdecydował się jednak wspiąć na to pasmo górskie. Od samego początku modlił się tylko o to, aby z góry nie jechał żaden autobus, bo ledwo wyrobiłby się na wąskich zakrętach o 180 stopni a my musielibyśmy stanąć pod górę na ręcznym, aby go przepuścić. Los jednak nie był łaskawy i w połowie drogi spotkaliśmy się z autobusem. Nie dość, że musieliśmy stanąć na ręcznym pod górkę, to kierowca autobusu pokazał nam jeszcze, że musimy się trochę cofnąć (czyli stoczyć), bo on ma za mało miejsca. Mój kierowca zaczął histerycznie krzyczeć i oświadczył, że na bank zginiemy na tej kreteńskiej drodze. Mimo to, jakimś cudem wykonał wszystkie konieczne manewry i bez osunięcia w przepaść ruszyliśmy w kierunku hotelu. W tej całej sytuacji najgorsza była moja niemoc działania, która tylko potęgowała mój strach. Byłem zamknięty w małym metalowym samochodzie, zdany na rozhisteryzowanego i przerażonego kierowcę, który wieszczył nam rychłą śmierć.

Po przyjeździe do hotelu wypiłem duszkiem dwa piwa i mamrocząc pod nosem tekst z Władcy Pierścieni:

„Droga jest zamknięta,
Zbudowali ją Ci którzy są umarli
I umarli będą jej jedynymi panami…”

obiecałem sobie solennie, że już nigdy nią nie pojadę.

rozwój osobisty - droga - wyzwania

Bój się, ale podejmuj wyzwania

7 lat później ponownie znalazłem się na Krecie w moim ulubionym mieście Rethymnon.  Tym razem, byłem tu z moją drugą połową i prawem jazdy w kieszeni. Kreta to wyspa, którą genialnie zwiedza się samodzielnie wynajętym samochodem, ponownie więc skorzystałem z tego sposobu. Cały czas miałem w pamięci piękne widoki  i plaże na trasie między Preveli a Frangokastello, pamiętałem jednak także o wszystkich wąskich i krętych drogach oraz przerażającym podjeździe na pasmo górskie. Kiedy jednak kogoś kochasz, chcesz mu pokazać wszystko to co najpiękniejsze. Ustaliliśmy z moją drugą połową, że się boję, że nie wiem jak będzie, ale mimo to podejmę próbę przejazdu tą trasą. W zaplanowanym dniu wycieczki byłem przerażony a żołądek ze strachu wywijał mi się na drugą stronę. Próbowałem trzymać fason a chwilami, w najurokliwszych miejscach, zapominałem nawet o tym co mnie czeka dalej. Na wąskich odcinkach drogi głęboko oddychałem, żeby się uspokoić a na ostrych zakrętach mówiłem na głos co robie: „hamulec, redukcja biegu, skręt i lekko gaz…”. Tak o to, bez większych problemów dotarliśmy do ruin fortecy Frangokastello przy jednej z moich ulubionych plaż na Krecie. Pławiłem się i brykałem w płytkiej i ciepłej morskiej toni ciesząc się obecną chwilą, ale odległy o kilku kilometrów szczyt góry, na który będę musiał wjechać, nieuchronnie budził poczucie strachu. Wreszcie klamka zapadła, jedziemy już prosto w kierunku podjazdu.  Jeszcze tylko górka, jeszcze tylko zakręt i naszym oczom ukazała się…  wyremontowana i poszerzona droga z barierkami ochronnymi prowadząca na szczyt gór. Podjazd nadal był stromy i bardzo kręty, ale komfort jazdy znacznie odmienny od tego co zapamiętałem sprzed paru lat.

Do hotelu wróciłem wykończony i szczęśliwy, że podjąłem wyzwanie. Uświadomiłem sobie, że przez lata żyłem przeszłymi wyobrażeniami, które były na tyle silne, że nawet nie dopuściłem do siebie myśli, że sytuacja na miejscu mogła już ulec zmianie.

Najważniejsze jednak, że zrozumiałem, iż jeśli mierzysz się z jakimś wyzwaniem zawsze należy siadać za kierownicą. Możesz się bać, masz prawo o tym mówić i czuć wszystkie symptomy strachu, ale mimo to, przejmij kontrolę nad sytuacją w takim zakresie, w jakim to możliwe. Pozycja pasażera i liczenie, że ktoś inny nas przez tą sytuację „przewiezie” to złudne poczucie bezpieczeństwa i gwarancja braku satysfakcji z samodzielnego pokonania przeciwności.

Zastanów się teraz, co jest Twoim podjazdem pod Lefka  Ori?

filizanka_small   Tekst powstawał w towarzystwie dodającej mocy i zdrowia Herbaty Górskiej z Gojnika

Życiowy wyścig na pełnym stresie

Czy musimy się ścigać z innymi, czy musimy nieustanie walczyć o lepsze stanowisko w pracy, czy musimy się starać za każdym razem wypaść jak najlepiej na spotkaniu towarzyskim lub zając pierwsze miejsce w rozgrywkach sportowych. Oczywiście, że „nie!”. Mimo to jednak, większość z nas nie potrafi tego wyścigu uniknąć.

Współzawodnictwo sączy się do nas niepostrzeżenie z reklam i rożnego rodzaju programów typu talent schow. Presji rodziny i znajomych w zakresie tego w jakiej firmie pracujemy i na jakim stanowisku. Nawet powszechne aplikacje prozdrowotne na smartfonach, które liczą nasze kroki lub przebiegnięte kilometry nie tylko pozwalają nam śledzić swoje postępy, ale od razu zestawiają też nasze wyniki z wynikami grupy naszych rówieśników z danej aplikacji korzystających. Miał być sport i dbanie o siebie a kończy się znowu na współzawodnictwie.

Rozwój osobisty - współzawodnictwo - życiowy wyścig

Nie dziwi zatem fakt, że potrzeba osiągnięć i parcie na sukces jest obecnie powszechne wśród mężczyzn i kobiet. Niemniej jednak, stres towarzyszący osiąganiu tego sukcesu lub pojawiający się po jego osiągnięciu jest diametralnie inny w zależności od płci.

Stosunek do współzawodnictwa

Chłopców już od najmłodszych lat uczy się „reguł życiowej gry”: rywalizują w sportach, prowadzą podwórkowe wojny, tworzą swoje plemiona i obozy walczące o drzewo lub piaskownicę, albo też podbijają wirtualne światy czy armie. To „programowanie” na współzawodnictwo niesie ze sobą zarówno korzystne, jak i negatywne skutki.

Do korzystnych można zaliczyć przygotowanie do odważnego torowania sobie drogi na szczeblach kariery oraz przebrnięcia przez trudny dzień w pracy. Mężczyźni wierzą w to, że ciężka praca popłaca a zdobyte doświadczenia podpowiadają im, że lepiej być „swoim chłopem”, niż uległym „pupilkiem szefa”. Do niekorzystnych skutków należy natomiast to, że rywalizacja staje się dla nich przymusem. Nawet kiedy już nie ma potrzeby konkurowania z innymi o awans lub pracę, zaczynają współzawodniczyć sami z sobą. Jeżeli raz byli doskonali, następnym razem muszą być jeszcze lepsi. Muszą być też lepsi od swojego ojca, brata, sąsiada, innego faceta ćwiczącego obok, a wreszcie muszą też być lepsi od swoich najśmielszych wyobrażeń o samym sobie.

Kobiety, w przeciwieństwie do mężczyzn, nie rywalizują tak otwarcie. Często były wychowywane w przekonaniu, że ich miejsce jest w „kuchni” a poświęcenie dla innych lub służenie innym powinno im dawać więcej satysfakcji niż dreszcz zwycięstwa. To oficjalne podejście, ale te same kobiety widziały jak ich matki chciały piec perfekcyjne ciasta i wyglądać lepiej niż żony innych facetów. Podobnych obserwacji mogły mieć całe mnóstwo. Nie zapominajmy też o popularnych ostatnio programach w stylu „Perfekcyjna Pani domu”, czy „Kobieta na krańcu świata”. Dołóżmy też promowanie celebrytek jako specjalistek od wszystkiego. Nagle aktorki, dziennikarki czy byłe miss piękności wydają poradniki o ćwiczeniach, odchudzaniu, gotowaniu, jodze, otwieraniu swojej firmy czy robieniu kariery w biznesie. Do tego, chyba już w każdym mieście w Polsce powstają „Kręgi mocy kobiet” i tym podobne grupy wsparcia i motywacji. To wszystko „odpala” w kobietach ukrytą rywalizację. Obserwują nieustannie inne kobiety w ich działaniach i podnoszą poprzeczkę samym sobie. Jak sąsiadka ma pięknie ukwiecony balkon, ja muszę mieć lepszy. Jak znajoma mebluje dom zgodnie z zasadami feng shui, mój nie może być urządzony inaczej. Jak przyjaciółka biega do kosmetyczki, ja muszę biegać podobnie. Pól takiego ukrytego współzawodnictwa może być całe mnóstwo. Wyścig taki nigdy się nie kończyć, a każda z kobiet stawia sobie co rusz kolejne dodatkowe wymogi, choć oficjalnie wcale nie współzawodniczy.

Rozwój osobisty - stres

Sukces a poczucie winy

Kwestie związane z sukcesem i jego osiąganiem często są generatorem stresu. Co ciekawe, u mężczyzn wstyd i poczucie winy są następstwem braku sukcesu i pochodną niewielkiego zadowolenia z własnej pracy. U kobiet natomiast przeciwnie, poczucie winy często wiąże się z osiągnięciem dostrzegalnego dla wszystkich sukcesu i dużą satysfakcją z pracy zawodowej.

Przyczyny należy szukać w identyfikacji z sukcesem zawodowym. Mężczyźni proszeni o określenie kim są, najczęściej odwołują się do zawodu: „jestem księgowym”, „jestem programistą”, itd. Im mniej lubią swoją pracę, tym większa frustracja i stres. Im mniej sukcesów na polu zawodowym, tym większe poczucie winy.

Kobiety natomiast określają siebie używając określeń jestem: „kobietą”, „ żoną”, „matką”. Co więcej, im mniej lubią swoją pracę, tym mniej się z nią utożsamiają. Nawet świadomość braku osiągnięć na polu zawodowym, nie wywołuje u nich poczucia winy. Pojawia się ono jednak wtedy, kiedy praca sprawia im przyjemność i odnoszą w niej znaczące sukcesy. Dzieje się tak ponieważ, często oznacza to zostawianie w biurze po godzinach i pracę zawodową także w domu.

Kolejna zauważalna różnica miedzy płciami dotyczy tego w jaki sposób definiują sam sukces zawodowy. Mężczyźni są przekonani , że ich sukces to owoc ciężkiej pracy. Kobiety natomiast bardzo często uważają, że ich sukces to kwestia szczęścia a nie umiejętności. Tak więc, Ci pierwsi będą się zadręczać brakiem sukcesów nawet, gdy obiektywnie ich brak nie wynika z ich złej pracy a jest jedynie wynikiem niesprzyjających okoliczności. Te drugie natomiast, mimo doskonałej pracy i kompetencji żyją nieustannie w obawie, że łut szczęścia je opuści a dotychczasowe sukcesy rozprysną się jak bańka mydlana.

Zbawcze „uziemienie”

Metod niwelacji stresu jest sporo. Ważne jest jednak, aby nie tylko o nich wiedzieć czy czytać, należy z nich również korzystać. Trzeba też pamiętać, że zanim zaczniemy się relaksować, wpierw musimy odreagować stres zgromadzony w naszym ciele. Szybki spacer, jogging czy inna aktywność fizyczna doskonale się do tego nadają.

Kiedy już pozbędziemy się toksyn stresu z naszego organizmu, ważne jest złapanie swoistego dystansu do tego całego wyścigu. Zatrzymanie na chwilę, docenienie spokoju, dostrzeżenie piękna prostych rzeczy i zadanie sobie pytania, czy naprawdę potrzebujemy do szczęścia tego wszystkiego za czym tak bardzo gonimy.

Jeżeli ciężko jest nam się wyciszyć proponuję dwa sposoby na „uziemienie” i pobycie na chwilę w spokoju „tu i teraz”. Pierwszy i najprostszy to obcowanie z naturą. Rządzi się ona swoim nieśpiesznym tempem zmian, mądrym cyklem rozwoju i tak samo dzieli się swoim spokojem i energią z każdym człowiekiem, bez względu na to gdzie pracuje, kim jest i ile ma pieniędzy. Drugi sposób to medytacja. Spędzenie chwili czasu z samym sobą, w ciszy lub przy dźwiękach mantry. Kiedy skoncentrujesz się na oddechu, poczujesz jak powietrze wpływa w głąb twojego ciała przy każdym oddechu i opuszcza je przy każdy wydechu jest szansa, że doznasz uczucia spokoju. Nie napinaj się, nie oceniaj, poczuj po prostu swoje ciało. Jeśli nie możesz pozbyć się myśli z głowy, zastosuje prosty trick. Kiedy wdychasz powietrze, mów sobie w myślach „wdech”, kiedy wydychasz powtarzaj w myślach „wydech” – to zajmie twój rozbiegany umysł.

Pisząc niniejszy wpis w dużym zakresie posiłkowałem się książkami Georgii Witkin: „Stres męski – nowe spojrzenie” i „Stres kobiecy – nowe spojrzenie”.

InspiRacje#1 – Nadwaga niepotrzebnych rzeczy

 „Każda zmiana jest dobra, jest błogosławieństwem w przeciwieństwie do pozostawiania w tym samym miejscu i otaczania się rzeczami, które tylko przez chwilę przynoszą nam radość. Stajemy się niewolnikami tego, co gromadzimy. Im więcej posiadamy, tym trudniej się jest nam od tego uwolnić.

nadwaga rzeczy

Uwielbiam  patrzeć na lotniskach, na wyładowane wózki – przeczące prawom fizyki konstrukcje, i na ich właścicieli mozolnie pchających cały swój dobytek, z którym za nic nie mogą się rozstać choćby na dwa tygodnie. Czują się dobrze i bezpiecznie tylko w jego otoczeniu. „Będzie jak w domu” – mówią, równo układając i foliując pakunki.  Siedzę wtedy nad moim sześćdziesięciolitrowym plecakiem i myślę, że zostawiłem w mieszkaniu mnóstwo kompletnie niepotrzebnych rzeczy, które kiedyś z lubości kupowałem. Tylko po co? Nie wiem.

Zrezygnowałem z większości gratów, nie znaczy to jednak, że jestem włóczykijem oderwanym od wszelkich spraw materialnych. Posiadałem wiele, prawie wszystko, co w danym momencie życia chciałem i mogłem kupić za pieniądze. Obrosłem nadwagą niepotrzebnych rzeczy i przestałem się na chwilę ruszać. Mentalny zawał dopadł mnie niedawno, parę lat temu. W porę dostrzegłem tę ślepą uliczkę i zacząłem się zmieniać. Myślę, że uratowałem sobie życie.

Zdałem sobie sprawę, że pod tą gigantyczną skorupą złożoną z równo maszerujących ludzi-robotów istnieje inny, równoległy świat. Nie neguje on wszystkiego, nie jest w stanie buntu czy wojny, jest po prostu inny.”*

A jak wygląda Twój stan posiadania?
——————————
Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata* Są takie książki, po przeczytaniu których aż mnie nosi. Jestem naładowany energią świeżego spojrzenia lub ukontentowany faktem, że ktoś postrzega świat podobnie do mnie.  Tak też się czułem po przeczytaniu książki Kacpra Godyckiego-Ćwirko „Sprzedaj lodówkę i jedź dookoła świata.”, z której powyższy cytat pochodzi i którą gorąco Wam polecam.

 

No name

Pamiętam jak wiele lat temu, w czasach gdy do komputerów używało się jeszcze dyskietek, miałem ich dwa spore pudełka. Na jednym z nich było napisane „no name”. Oznaczało to, że tam znajdują się dyskietki nikomu nieznanych firm lub w ogóle pozbawione znaczka firmowego. W drugim były „firmówki” – dyskietki znanych marek, dające dużą pewność, że nie utracę zapisanych na nich danych. Te pierwsze traktowałem jako byle jaki nośnik danych do zapisywania na nich niezbyt istotnych informacji i programów. Jak tylko coś było z nimi nie tak, bez zastanowienia wyrzucałem je do kosza.

Rozwój osobisty - no name

Bądź żaden… brrr!

Piszę o tym, bo niedawno w jednym z pism, w artykule dotyczącym poszukiwanie pracy trafiłem na taką oto informację „Dobra praca, to taka, która jest dobra dla nas – pasuje do naszego  życia, a my pasujemy do niej.”  Zastanowiła mnie jednak dalsza rada dziennikarki z tego samego artykułu, dotycząca wpisów na Facebooku: „Na Facebooku zachowuj się jak na służbowym bankiecie – bądź błyskotliwy, ale nie upijaj się. Nawet jak masz konto niewidoczne dla wszystkich, ale pod swoim nazwiskiem, nie wrzucaj zdjęć z imprez, nie przechwalaj się pedicurem z wakacji, widoki na morze raczej też ograniczaj. Unikaj identyfikacji politycznej. Pomyśl zanim dasz lajka. Pamiętaj, że wszystko, co wrzucasz do internetu, może zobaczyć ktoś obcy. A tym obcym może być twój przyszły pracodawca”.

No dobra, z tymi imprezami i pedicurem się zgadzam. Z widokami na morze już niekoniecznie, ale unikanie identyfikacji politycznej (o ile nie są to jakieś skrajnie wywrotowe hasła) i zastanawianie nad każdym lajkiem to już moim zdaniem gruba przesada. Z jednej strony jesteśmy namawiani na znalezienie pracy dopasowanej do naszego życia, a z drugiej mamy udawać, że nie mamy poglądów i opinii. Mówiąc krótko, mamy się całkowicie wyjałowić ze swojego jestestwa i udawać kogoś kim nie jesteśmy. Mamy być „no name”, bez poglądów i bez opinii.

Być może i w ten sposób znajdziemy szybciej pracę, ale czy będziemy się w niej dobrze czuli jeśli nasza firma i przełożeni będą hołdowali zdecydowanie innym wartościom i przekonaniom niż nasze. Czy wegetarianin i obrońca zwierząt powinien pracować w rzeźni? Czy człowiek, dla którego nadrzędnymi wartościami są niezależność i zaufanie do innych ludzi, powinien pracować w firmie, gdzie pracownika traktuje się jak potencjalnego złodzieja i każdy jego krok śledzi na kamerach?  Na te pytanie, każdy z nas powinien sobie odpowiedzieć indywidualnie.

Rozwój osobisty - indywidualista

Wyróżnij się i zostań sobą

Oczywistym jest, że w skrajnych sytuacjach, kiedy nie starcza nam na jedzenie albo opłatę rachunków, weźmiemy każdą pracę, która zapewni nam dopływ pieniędzy. W każdym innym przypadku nie warto rezygnować z siebie. I żeby było jasne, nie piszę tutaj tylko o pracy. Ile to osób bowiem tkwi w związkach, w których nie mogą się realizować? Ilu z nas pokończyło studia, które tak naprawdę nie odpowiadały naszym pasjom i zainteresowaniom.  Podobnych obszarów i przykładów można mnożyć wiele.

Jestem za tym, aby odważnie mówić i pisać o tym w co wierzymy i co jest dla nas ważne. To z pewnością nie jest najłatwiejsza droga. Może nam uszczuplić grono znajomych, może utrudnić znalezienie pracy albo drugiej połowy. Może też narazić na kąśliwe uwagi ze strony innych ludzi. Pozwoli jednak zachować zdrowe emocje, pozostać integralnymi i spójnymi z wartościami, które uznajemy za ważne.  Jeśli pomimo takiej postawy znajdziemy kogoś, kto będzie chciał sobie z nami ułożyć życie lub firmę, która będzie nas chciała zatrudnić mamy pewność, że będą oni cenić nasze przekonania.

Oczywiście, wybór drogi którą pójdziemy jest samodzielną decyzją każdego z nas. Ja jednak , nawiązując do wstępu niniejszego artykułu, wybieram pudełko z napisem „firmówki”. Zbyt dobrze bowiem pamiętam do czego wykorzystywałem dyskietki opisane „na name” i jak łatwo wyrzucałem je do kosza.

filizanka_small  Pisząc ten tekst piłem eksplodującą feerią smaków zieloną herbatę Mały Budda

Siła oddechu w stresie

W zachodnich społeczeństwach koncentrujemy się na zdrowym odżywaniu oraz aktywnym fizycznie trybie życia. Ignorujemy natomiast znaczenie oddechu dla naszego zdrowia. Oddychamy płytko, byle jak i totalnie bez kontroli. Tymczasem nasz układ oddechowy, jest prawdziwym majstersztykiem i może pracować w dwóch trybach: świadomym (kiedy myślimy o oddechu, zaczynamy go kontrolować i wpływać na niego) i nieświadomym (to ten czas, kiedy nasz organizm „sam sobie oddycha” bez naszej uwagi).

Co jednak istotne, oddech jest także ważnym odzwierciedleniem stanu naszego organizmu, a szczególnie naszej głowy, w stresie lub nerwowych sytuacjach. Kiedy jesteśmy zestresowani, na skutek impulsu z mózgu, nasz oddech staje się płytszy i zarazem niemal dwukrotnie szybszy.  Warto jednak pamiętać, że istnieje i droga w drugą stronę. Poprzez spowolnienie, wydłużenie i pogłębienie oddechu możemy uspokoić naszą rozbieganą i zestresowaną głowę.

Poniżej wklejam ruchomą grafikę ze strony: http://dailyburn.com/life/lifestyle/stressed-gifs-breathing-exercises/ , którą warto abyś zapisał w swoim komputerze, ale również na swojej komórce. Za każdy razem, kiedy będziesz zdenerwowany lub będzie Cię zżerał stres włącz ją sobie i oddychaj zgodnie z instrukcją: exhale (wydech), inhale (wdech), wdech i wydech, wdech i wydech…  poczuj jak z długim i głębokim oddechem przychodzi spokój i wyciszenie 🙂

Rozwój osobisty - oddech

Małe szczęścia

Mieszkają w nas od urodzenia. Kiedy jesteśmy dziećmi, mamy z nimi doskonały kontakt. Niestety z wiekiem, poznawaniem świata, pędem życia, zalewem informacji i reklam tracimy z nimi kontakt niemal całkowicie. Małe szczęścia chowają się głęboko w nas, ustępując miejsca tym wielkim i spektakularnym, choć jakże często pustym i nieosiągalnym.

rozwój osobisty - małe szczęścia

W oczekiwaniu na „deszcz szczęścia”

Nieustannie gonimy za naszym szczęściem i niezaspokojoną satysfakcją z życia. Próbujemy zdobyć na własność najnowszy model smartfona, ciuchy ze świeżo zaprezentowanej kolekcji , dopiero co wydaną książkę lub grę. Koniecznie musimy zobaczyć w kinie najnowszy film, wybrać się w modne miejsce na wakacje, odwiedzić kultową knajpę i awansować w pracy lub poderwać przystojną drugą połówę. Liczba takich pozycji na liście „musimy, chcemy, pragniemy” jest praktycznie niewyczerpana. Spece od marketingu dbają o to, abyśmy uwierzyli w to, że nowy model smartfona, czy nowy ciuch odmienią nasze życie. Uczynią nas kimś wyjątkowym i dadzą poczucie spełnienia, a szczęście niczym rzęsisty deszcz lunie na nas z nieba. W takiej pogoni za „ulewą szczęścia” możemy spędzić całe życie. Kiedy już dobiegamy do „chmury szczęśliwości”, zawsze gdzieś na horyzoncie zaczyna majaczyć jeszcze większa i bardziej spektakularna chmura szczęścia, do której warto biec.

rozwój osobisty - małe szczęścia

Małe krople szczęśliwości

Zawsze fascynowało mnie czemu tak często ludzie żyjący gdzieś w biednych krajach, praktycznie bez żadnego majątku, uśmiechają się na zdjęciach. Dopiero z czasem zrozumiałem, że nie mają oni tak wielkich oczekiwań od życia i świata jak te, które są promowane i funkcjonują w naszej kulturze. Wkrótce poznałem też takich ludzi i w moim otoczeniu. Czerpią oni radość z rzeczy prostych i codziennych. Zachwycają się parą fantazyjnie unoszącą się znad kubka gorącej herbaty, promieniami słońca przebijającymi się przez żaluzje w oknie, zapachem świeżo wypranych ubrań, chwilą spędzoną w wygodnym fotelu z ciekawą książką, czy też spotkaniem z bliskimi. To oni zapalają świeczkę w domu, aby stworzyć miłą atmosferę i znajdują chwilę, aby popieścić swojego psa lub pobawić się z kotem. Mają w domu małe doniczki z przyprawami, aby ich świeży smak i zapach mogły zawsze wzbogacić przygotowywane przyprawy. Zamiast pogoni za „ulewą szczęścia” cieszą się małymi „kroplami szczęśliwości”, bo tych jest całe mnóstwo wokół nich. Dzięki temu szczęśliwi i spełnieni żyją wolniej i spokojniej…

Teraz w okresie świąteczno-noworocznego zabiegania szczególnie warto na powrót obudzić w sobie takie proste „małe szczęścia” i czerpać z nich całe dobro. Jak jeden maluch, który zaśmiewał się do rozpuku po tym jak na białej kartce narysował własnoręcznie kredką niebieską linię. Co narysujesz Ty?

filizanka_small  Pisałem ten artykuł racząc się przepyszną zieloną herbatą Mogo Mogo o smaku mango

Odkryj na nowo siebie i otaczający Cię świat

Seria filmów zatytułowana „Wewnętrzne światy, zewnętrzne światy” jest genialnym dziełem kanadyjskiego filmowca, muzyk i nauczyciela medytacji Daniela Schmitda. Skłania ona do refleksji na naszym miejscem i rolą we wszechświecie.  Uświadamia, że jesteśmy jego integralną częścią i pozwala zrozumieć jak wszechświat wpływa na nas, i jak my wpływamy na niego. Uzmysławia wreszcie, że wszystko co nas otacza jest połączone i wywodzi się z tego samego źródła, którym jest doświadczenie.

Znajdziecie tu połączenie rdzennej wiedzy wielu kultur, współczesnych odkryć naukowych odsłaniających tajemnicę istnienia oraz bezpośrednich doświadczeń związanych z medytacją i wglądem wewnątrz siebie.

To piękna, ale zarazem pełna merytoryki i konkretów seria, która zachęca do szerszego i pełniejszego spojrzenia na świat, który nas otacza. To również droga do odnalezienia odpowiedzi na wiele nurtujących nas niełatwych pytań o sens naszego życia. Każdy z pewnością odbierze ją po swojemu i zgodnie ze swoimi doświadczeniami. Dla mnie największą wartością poniższych, czterech części serii „Wewnętrzne światy, zewnętrzne światy” był spokój jaki udało mi się osiągnąć, kiedy szerzej i bardziej otwarcie spojrzałem na świat.

Cz. I – Akasza

Nawiązująca do naszego duchowego połączenia ze źródłem. Do energii i wibracji, która przenika cały wszechświat, wszystkie rzeczy i stworzenia.

Cz.II – Spirala

Opowiada min. o znaczeniu „świętej geometrii” w kreacji. O jej udziale w budowie naszego ciała, o drzewiastej strukturze naszego układu nerwowego i o przepływie energii życiowej wewnątrz nas. O czakrach, kanałach energetycznych i sposobach zmniejszania oporu dla przepływu tej energii.

Cz.III – Wąż i lotos

Ta część serii opowiada o pierwotnym znaczeniu i symbolice wielu kultur. O skutkach rozdzielenia nauki od duchowości i fragmentarycznym postrzeganiu wiedzy poprzez specjalizacje. Mówi też o występujących w wielu kulturach dwóch przeciwstawnych siłach oraz powiązaniu występującego w wielu wierzeniach „trzeciego oka” z szyszynką znajdująca się w naszym mózgu. Odkrywa też, czemu w tak wielu religiach, w różnych częściach świata, osoby oświecone/święci mają aureolę wokół głowy.

Cz. IV – Poza myślami

W tej części skupiamy się  na źródle problemów ludzkości.  Pościgu za szczęściem, poszukiwaniu go na zewnątrz nas i traktowaniu jak towaru do nabycia. O jednoczesnym dążeniu do zmiany i stabilizacji. O zahipnotyzowaniu strumieniem informacji, obrazów i wiadomości tekstowych. O znaczeniu spowolnienia i wyciszenia dla odkrycia prawdziwych nas.

 filizanka_small Polecam oglądanie tych fascynujących odcinków w towarzystwie „królowej zielonych herbat”, czyli herbaty Lung Ching – Smocza Studnia