Miesięczne archiwum: Listopad 2015

Strzałą w punkt!

Przyjmując, że nigdy nie uprawiałeś łucznictwa, wyobraź sobie że stajesz z łukiem w dłoniach a gdzieś tam przed tobą w oddali znajduje się łucznicza tarcza. Napinasz cięciwę, słyszysz jak skrzypi wyginany łuk, wymierzasz grotem w cel i wypuszczasz ze świstem strzałę, która… trafia w tarczę. Nie centralnie w sam środek ale w jego okolicę, czy jesteś zadowolony?

Rozwój osobisty - Life factory - cel

Oczywiście, gdyby jej grot utkwił w centralnym punkcie byłoby cudownie, wyśmienicie czy wręcz idealnie. Pamiętać jednak należy, że często okręgi na tarczy są punktowane i choć centralny punkt ma zazwyczaj 10 pkt, to każdy od niego się oddalający jest tylko o jeden punkt mniejszy. Gdybyś więc nawet trafił w sam brzeg tarczy to i tak zaliczysz punkt. Jedynie strzała, która nie trafiła w tarczę jest tą straconą.

Powyższa zasada jest bardzo istotną kiedy wyznaczamy swoje cele życiowe. Często jesteśmy uczeni, że cel musi być precyzyjny, jasno zdefiniowany, określony w czasie i mierzalny. Co zatem robimy? Wyznaczamy sobie cel tak wymagający i ortodoksyjny jak dziesiątka na tarczy i potem się frustrujemy, że nie udaje nam się go osiągnąć. Jesteśmy tak na nim skupieni, że nawet jak mamy wyniki bliskie temu co sobie założyliśmy jesteśmy niezadowoleni i zirytowani, na skutek czego niejednokrotnie w ogóle z niego rezygnujemy. Strzała w piątce to porażka, a trafienie w brzeg tarczy za jeden punkt nabiera znamion życiowej tragedii a przecież punkty się sumują, z każdym wypuszczeniem strzały się uczymy i doskonalimy w tym co robimy – tymczasem dla nas liczy się tylko dziesiątka i środek tarczy. Zapominamy zupełnie o tym, że strzała stracona to jedynie ta, która w tarczę w ogóle nie trafiła.

Jaki wniosek płynie z powyższego, otóż taki że oprócz samego celu powinniśmy jeszcze wyznaczyć „brzeg tarczy” czyli granicę za którą efekty naszych działań dopiero uznajemy za nieskuteczne lub też granicę, na której przekroczenie się nie zgodzimy kiedy działania dotyczą ważnych dla nas przekonań czy wartości. Dla lepszego zobrazowania tej sytuacji posłużę się konkretnym przykładem:

Nasze oczekiwanie: mieć taką pracę, która zapewni nam czas na nasze życie prywatne i wypoczynek.

Cel jaki często wybierzemy w tej sytuacji to: praca max. 8 godzin dziennie

Co się zatem stanie jeśli, któregoś dnia będziemy musieli popracować 15-20 minut dłużej. Będziemy wściekli i źli, że musieliśmy zrezygnować z naszego celu. Złość, którą wywoła ta sytuacja najprawdopodobniej rozleje się na resztę tego dnia i kiedy już wyjdziemy do domu będziemy mieli zepsute całe popołudnie i wieczór.

Co mogło by być naszą granicą:

  • akceptowalne jest abyśmy raz na jakiś czas (np. raz na dwa tygodnie albo miesiąc) zostali w pracy max. 2 godziny dłużej,
  • możemy zostać w pracy dłużej jeśli innego dnia wyjdziemy z pracy wcześniej,
  • akceptujemy dłuższą pracę pod warunkiem, że wiemy o tym minimum dwa dni wcześniej i możemy sobie odpowiednio zorganizować czas prywatny,
  • piątek to dzień kiedy musimy kończyć punktualnie, chwila dłużej w pracy w inne dni jest ok. o ile nie zdarza się codziennie,

podobnych pomysłów może być jeszcze sporo.

Kiedy znamy nasz idealny cel, ale zarazem wiemy jakie odstępstwa od niego jesteśmy w stanie zaakceptować i uznać, że nie jest to nic złego (jesteśmy jeszcze w tarczy) życie staje się łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące.

filizanka_small  pisząc o łuku i strzelaniu być może stereotypowo sięgnąłem po herbatę Men’s Tea, na którą składa się mieszanka prażonych przypraw z dodatkiem pobudzającego chilli 

Opowieść o białym kocie, czyli czemu sukces jest Twoim wrogiem

Codziennie w drodze do pracy urządzam sobie mały spacer przez cichą i spokojną dzielnicę willową.  W czasie tych przechadzek, co rusz napotykam na hasające na świeżym powietrzu koty. Jedne polują, inne siedzą dumnie i dumają, a jest i kilka takich co wygrzewają się na słońcu lub rozgrzanych maskach samochodów. Dzisiaj chciałbym się skupić na tych pierwszych, czyli tych z rozbudzonym instynktem łowieckim. Większość z nich czarnych lub w całej rozpiętości odcieni szarości szczególnie o tej porze roku świetnie zlewa się z otoczeniem. Nie mają one problemów z maskowaniem i bliskim podejściem do niczego nieświadomej ofiary. Trzy dni temu widziałem nawet przyczajonego w krzakach kota, którego pysk był w odległości dosłownie 20-30 centymetrów od buszującego w trawie ptaka.

Rozwój osobisty - Life factory - sukces

Jest jednak wśród tych polujących kotów, jeden kot szczególny a jego cechą wyróżniającą jest widoczna z dużej odległości biel jego futerka. Przyjrzałem mu się dobrze i nie ma on nawet najmniejszej kępki włosów w ciemniejszym odcieniu. Zdawało by się, że z takim ubarwieniem jest na przegranej pozycji i nie ma najmniejszej szansy na upolowanie jakiegoś smacznego kąska.  Jednak kiedy widzę z jakim zacięciem oraz pasją podkrada i czai się na ptaki jestem święcie przekonany, że pomimo wielu porażek świętuje również sukcesy. To jedyny kot, który kiedy obserwuje jakiegoś ptaka jest tak skupiony, że zupełnie nie zwraca na mnie uwagi, nie obdarzy mnie nawet jednym małym zerknięciem. Kilka dni temu lekko spóźniłem się do pracy bo przez 5 minut obserwowałem jak maksymalnie rozpłaszczony na szarej kostce brukowej czołgał się po niej schowany za krawężnikiem aby przybliżyć się do śmietnika na brzegu którego siedziało spore ptaszysko. Jego ciało choć bardzo elastyczne, było mocno napięte. Nie wykonał ani jednego zbędnego ruchu, był w swoim działaniu precyzyjny jak chirurg podczas operacji. Pomyślałem sobie, że ten to musi się natrudzić, ale zarazem być lepszym i skuteczniejszym łowcą od swoich koci pobratymców, którym łatwo się zlać z otoczeniem. Kiedy o tym myślałem w twarz uderzył mnie zimy podmuch wiatru i uzmysłowiłem sobie, że już niedługo mój ulubieniec będzie miał najłatwiej ze wszystkich znanych mi okolicznych kotów. Kiedy spadnie śnieg, jego biel będąca dotychczas przekleństwem stanie się naturalnym kolorem maskującym a wyćwiczona w trudnych dniach łowiecka technika i precyzja zapewnią mu pełny brzuch w tych zimnych dniach. Za to jego czarni i szarzy bracia utracą swój element zaskoczenia, a ponieważ do tej pory mieli całkiem łatwo nie są tak świetnie wyćwiczonymi myśliwym jak ten biały kociak.

Sytuacja ta uzmysłowiła mi fakt, że trudności i problemy na jakie napotykam w życiu, choć może w danej chwili są dla nas czymś niewygodnym i nieprzyjemnym są zarazem wyzwaniem, z którym się mierząc zyskujemy nowe umiejętności i doświadczenia. Niczym biały kot nie zadawalamy się siedzeniem w krzakach i czekaniem aż ofiara się do nas zbliży, tylko doskonalimy się w radzeniu sobie z daną okolicznością. Kiedy w przyszłości trafimy na podobną lub zbliżoną sytuację zdobyte wcześniej doświadczenie spowoduje, że łatwo i szybko sobie z nią poradzimy. Podobnie będzie, gdy nadejdą trudniejsze dni. Natomiast Ci, którym sukces przychodził do tej pory łatwo będą mieli problemy. Niewprawni w umiejętności, bez woli walki i przetrwania szybko się poddadzą i pozwolą się przytłoczyć problemom. Tym samym ich wcześniejszy sukces, stanie się przyczyną ich porażki.

Przypomniało mi się też szkolenie biznesowe, na którym prowadzący przestrzegał przed sytuacją, w której jakaś firma osiąga bardzo szybko spektakularny sukces. Jak tłumaczył, jeżeli taki sukces nadejdzie zbyt wcześniej biznes po chwili chwały i tryumfu może się zawalić, bo brak mu dobrych fundamentów, które buduje się wraz z sukcesywnym rozwojem firmy. Tym sposobem ponownie sukces, staje się przysłowiowym gwoździem do trumny dla tych którzy mu ulegli. Usypia czujność, daje złudne wrażenie „nieśmiertelności” i odbiera nam szansę na zdobywanie nowych doświadczeń i umiejętności. Stajemy się więźniami naszej „strefy komfortu” nie dostrzegając z jej wnętrza nadciągających z zewnątrz zagrożeń.

Kiedy zatem trafisz na jakieś trudności lub zabraknie ci sił do dalszego działania, to przypomnij sobie opowieść o biały kocie. Być może los obdarował cię właśnie tymi trudnościami aby zbyt łatwy sukces nie doprowadziła cię w przyszłości do wielkich kłopotów.

filizanka_small  pisałem ten tekst w chłodny jesienny wieczór popijając jedną z najbardziej znanych chińskich białych herbat o subtelnym smaku Shou Mei

Energia podąża za myślą, a myśl podąża za energią…

Ta zapętlona i na pozór filozoficzna zasada często bywa wykorzystywana w szamaństwie. Jednak aby z niej skorzystać nie musimy się udawać do żadnej jurty na dzikim pustkowiu albo tłuc w magiczny bęben ile wlezie.  Oczywiście jeśli mamy na to ochotę, nie jest to zakazane 😉

Zasadę tę można wykorzystać dwojako, w zależności od sytuacji, w jakiej się znajdziemy:

Rozwój osobisty - Life factory - energia 1

  1. Energia podąża za myślą…

Jeżeli masz się z kimś spotkać ale nie masz ochoty ruszać się z domu i nachodzi Cię ochota na dzień leniwca na kanapie, zacznij niezobowiązująco… tak na wszelki wypadek zastanawiać się jak byłoby najszybciej czy najłatwiej dojechać na takie spotkanie. Czy samochodem, czy komunikacją? Którą trasę lub linię wybrać? Czy podczas tego spotkania możesz mieć ochotę na coś mocniejszego i wtedy samochód będzie stanowił ograniczenie. Czy tam gdzie masz jechać i w porze o jakiej miałbyś tam być łatwo znaleźć miejsce parkingowe.

Może zaczniesz sprawdzać rozkłady jazdy, albo na Google maps zerkniesz gdzie można zaparkować samochód… i już za teoretycznie niezobowiązującym rozmyślaniem poszła energia i działanie. W tym momencie „nabierasz rozpędu” i dużo łatwiej będzie się podnieść z kanapy. Ostatecznie skoro, już tyle kwestii związanych ze spotkaniem sprawdzony, to szkoda byłoby sobie odpuścić.

Ta „diabelska” metoda zadziała także wtedy, kiedy mamy do zrobienia jakieś trudne zadanie, którego się boimy lub nie mamy pojęcia jak się za nie zabrać. Nie podejmujmy jakiegoś bezsensownego działania dla samego działania (nie ilość, ale jakość) tylko zacznijmy myśleć o tym zadaniu. Oswajajmy się z myślą o nim, szukajmy jakiś inspiracji lub pomysłów. Jeżeli o czymś myślisz, Twoje oczy, uszy z automatu wychwytują z otoczenia różne kwestie powiązane ze sprawą. Wie o tym każdy nabywca nowego samochodu, ledwo go kupi a nagle się okazuje, że po ulicach jeździ całe mnóstwo podobnych pojazdów. Czy wcześniej ich nie było? Były, ale się na nich nie koncentrowaliśmy.

Kiedy już główkujemy dłuższą chwilę i nic, możemy zrobić sobie przerwę na jakiś film lub spacer, aby trochę zresetować umysł przed dalszym poszukiwaniem rozwiązań. Inną opcją jest zdanie się na los: weź z półki dowolną książkę, otwórz ją na stronie odpowiadającej Twojemu rocznikowi urodzenia, następnie znajdź wers będący odpowiednikiem dnia miesiąca, w którym się urodziłeś. To co w nim znajdziesz jest podpowiedzią dla Ciebie od losu. Zastanów się jak to co przeczytałeś  można powiązać z Twoim zadaniem.

Rozwój osobisty - Life factory - energia 2

  1. Myśl podąża za energią…

Ta zasada świetnie sprawdzi się kiedy mamy do wykonania zadanie, które w naszej opinii jest pozbawione sensu a uniknąć go nie można (tak, tak – tutaj zaliczać się też będą zadania od szefa). Nie ma sensu buntować się i spalać rozmyślając ile czasu teraz zmarnujemy. Zamiast tego należy niezwłocznie przystąpić do działania. Uruchomimy energię i nawet się nie spostrzeżemy kiedy nasza myśl do nas dołączy i zaczniemy kombinować jak tu najszybciej zrobić to czego od nas się oczekuje a może i dostrzeżemy jakieś pozytywne aspekty naszej aktywności.

Sam mam kilka przykładów, gdzie dzięki „bezsensownym” zadaniom z przeszłości później wykorzystałem płynącą z nich wiedzę lub umiejętności do działań jak najbardziej sensownych a nie rzadko i przyjemnych 😉

filizanka_small  piszą o energii zdecydowałem się na energetyczną herbatę Pu-Erh Guarana, było i pysznie i energetycznie

Czy można być za bardzo szczęśliwym?

Tak jakoś się składa, że w przeważającej mierze otaczam się osobami o bardzo pozytywnym nastawieniu do życia. Nie ma w tym zresztą żadnej tajemnicy, bo jak to w życiu bywa swój ciągnie do swego. Potrafimy się w miarę szybko podźwignąć z porażki, dostrzec coś pozytywnego tam gdzie wszyscy widzą same negatywy i chyba co najważniejsze mamy umiejętność wewnętrznego nakręcania się na pozytywne fale. Co może być dla wielu zaskakujące przy całym tym hiper, ultra, mega radosnym podejściu do życia cechą, która nas mocno wyróżnia jest branie pełnej odpowiedzialności za swój los (w tym i za to co nam nie wychodzi) a także to, że przy całej swojej szczęśliwości bytu nie osiadamy na laurach zapadając się w ciepło domowych pieleszy tylko permanentnie się uczymy, szkolimy i rozwijamy. Być może dla wielu z Was taka wizja brzmi pociągająco i chcielibyście do nas dołączyć, zanim jednak to zrobicie poniżej kilka naszych obserwacji.

Rozwój osobisty - Life factory - szczęście

1. Przypną Wam łatkę – „niespełna rozumu”
Kiedy masz ciągle banana na twarzy (uśmiech znaczy się) i jesteś zadowolony, to Twoi mniej zadowoleni znajomi, będą wciąż dociekali jaka choroba Ci dolega lub jakie wspomagacze musisz zażywać. W przypadku uznania, że jesteś zdrowy i nic nie bierzesz zostaniesz zakwalifikowany do tych niespełna rozumu. O mnie niektórzy mówią, że w dzieciństwie coś mi musiało upaść na głowę i uszkodzić ośrodek zmartwienia. O mojej przyjaciółce twierdzi się, że jak tylko ktoś jej powie „cześć” to ona uznaje, że ten ktoś już ją lubi.. itd.

2. Stracicie cześć znajomych – i to z czterech powodów
Po pierwsze, przez ciągły rozwój masz sporo zajętego czasu. Szkolenia, warsztaty lub inne tego typu spotkania i zajęcia powodują, że spada Twoja dostępność dla znajomych a co gorsza ciężko się z Tobą umówić na najbliższy weekend, bo przeważnie masz już go zaplanowanego. Z czasem zatem usłyszysz, że unikasz towarzystwa i jesteś winny zepsucia tak świetnych kiedyś relacji.

Po drugie, staniesz się namacalnym i bolesnym wyrzutem sumienia podczas spotkań towarzyskich. Bo kiedy inni będą się pytali „jak żyć”, narzekali na świat, państwo i wynik ostatnich wyborów, które rzekomo doprowadzają ich do tak trudnej sytuacji życiowej Ty będziesz ewidentnym dowodem na to, że się da w tych warunkach być szczęśliwym i rozwijać. Moja przyjaciółka usłyszała nawet od części znajomych, że ma wypaczoną wizję świata przez te swoje „różowe okulary” i nie widzi życia takim jakie naprawdę jest. Ciekawa to teoria, że niby inni nie patrzą na świat przez „okulary” swoich doświadczeń.

Po trzecie, poprzez zaangażowanie w swoje życie zacznie Wam brakować czasu i z tego też powodu zaczniecie go bardziej cenić i rozważniej używać. To samo będzie dotyczyć wydatkowania energii, którą dysponujecie. Wcześniej czy później uznacie, że nie chcecie trwonić tak deficytowego towaru na relacje, które Wam nic nie dają a jedynie przynoszą korzyści innym lub ci inni starają się za wszelką cenę ściągnąć Was w dół do swojego poziomu nieszczęścia.

Po czwarte, nie wiem na czym to polega ale z czasem zdecydowana większość tych mega pozytywnych zaczyna dbać o zdrowie i swoją dietę. Może to i naturalny odruch próby przedłużenia swojego żywota, skoro ono takie fajne. Oznacza to jednak mniej alkoholu i ograniczenie fast food’ów co nie sprzyja nocnoweekendowemu imprezowaniu ze znajomymi.

Rozwój osobisty - Life factory - piękne życie

3. Możecie zostać sami
Mało kto z nas był tak super pozytywnie nastawiony do życia od urodzenia. Co więcej, tajemnica tych hiperradosnych, kryje się często w trudnym dzieciństwie lub traumatycznych wydarzeniach, które nas zmieniły. O ile wydarzyły się wtedy, gdy byliśmy singlami i dopiero potem się z kimś związaliśmy to nie ma problemu. Gorzej kiedy się zmieniamy, będąc już z kimś wcześniej związani. Nierzadko kończy się to rozstaniem, bo nagle my przemy do przodu, poszerzamy swoje zainteresowania i kręgi znajomych, żyjemy aktywnie a nasza druga połowa chce tak jak wcześniej spędzać całe popołudnia grając na komputerze lub śledząc życie telenowelowych bohaterów. W takiej sytuacji nie ma bata i wspólna więź gdzieś zanika.

Na szczęście możliwy jest też wariant pozytywny, gdzie jedno pozytywnie nakręcone zaczyna nakręcać drugie i po jakimś czasie mamy fajnie pozytywnie nastawioną parę.

4. Nie zawsze będziecie lubiani
W naszym kraju raczej nie lubi się ludzi sukcesu i tych szczęśliwych, do tego często obowiązuje zasada psa ogrodnika – sam nie mam to i drugiemu nie dam. Zatem być może będziecie mieli wianuszek „fanów”, tylko czyhających na to aż Wam się noga powinie bo bycie takim szczęśliwym zostanie uznane za nieprzyzwoite w tak trudnym do życia kraju jak nasz.

Podsumowując jak ma być szczęśliwie i pozytywnie, to może nie być łatwo – zapewniam jednak, że zawsze warto 😉

filizanka_small  pisząc o szczęściu miałem ochotę na coś świeżego i orzeźwiającego, wybór padł na zieloną herbatę Moc Granatu

Czego uczy mnie joga cz. II – nie żyj na pamięć…

Początek zajęć, wszyscy już siedzą w ciszy na swoich matach i starają się wewnętrznie wyciszyć. W powietrzu delikatnie ćmi relaksująca muzyka i unosi się woń kadzidła. W tle słychać głos nauczycielki o koncentracji na oddechu i wyrównaniu wdechu i wydechu… „Poczujcie swoje ciało, jak się dzisiaj czuje. Czy coś Was boli, coś się napina – skierujcie w to miejsce oddech aby się rozluźniło. Przeskanujcie swoje ciało i pamiętajcie aby nie ćwiczyć na pamięć. To, że ostatnio wyszła Wam jakaś pozycja lub w skłonie dosięgnęliście jakiegoś miejsca nie znaczy wcale, że i dzisiaj musi się tak zdarzyć. Ćwicząc na pamięć, przestajecie słuchać swojego ciała i łatwo wtedy o kontuzję”.

Rozwój osobisty - Life factory - joga

Kiedy usłyszałem o niećwiczeniu na pamięć i nie napinaniu się na to aby powtórzyć wynik z ostatniego spotkania dotarło do mnie, że ta mądra rada stoi w sprzeczności ze wszystkim tym czego mnie uczono. W szkole podstawowej jak osiągnąłem jakiś wynik w biegu, to przy kolejnym teście sprawnościowym wynik gorszy oznaczał porażkę. Jak z jakiegoś przedmiotu miałem czwórkę na półrocze, to trója ze sprawdzianu była tragedią. Tak wychowany i nauczony społecznych oczekiwań, za każdym razem kiedy zrobiłem coś nie tak dobrze jak poprzednio czułem się winny i zastanawiałem się co się złego ze mną stało. Nigdy wcześniej nie pomyślałem o tym, czy ten dzień jest tak samo dobry jak tamten, w którym miałem lepszy rezultat. Zawsze porównywałem ze sobą jedynie wyniki a nie dni.

Gubi nas życie na pamięć. Pędzimy samochodami po ulicach, bo ostatnio dojechaliśmy tą drogą do celu w 10 minut, a że to był wieczór i puste drogi a teraz jest dzień i pełno samochodów to nie jest ważne, ważne aby zmieścić się w tych 10 minutach. Czemu nie wyszliśmy wcześniej z domu, czemu choć wiemy, że jesteśmy zmęczeni nie wzięliśmy poprawki na to, że mamy dzisiaj gorszy refleks, czy faktycznie musimy zmieścić się w tym czasie co ostatnio? – pytania te pojawią się najczęściej dopiero wtedy kiedy mamy wypadek. Gnamy, biegniemy przez życie nie zważając na to czy nas coś boli, czy ciało ostrzega – ważne aby odhaczyć kolejne pozycje z listy spraw do załatwienia… i aby nie zrobić tego gorzej niż ostatnio.

Od pamiętnej lekcji jogi zmieniłem swoje postępowanie. Kiedy rano wstaję i w pośpiechu szykowania się do pracy wskakuję pod prysznic na chwilę zwalniam i staram się poczuć to jak się czuję. Kiedy trzeba wykreślam zadania z listy na dany dzień i przenoszę je na inny, kiedy z barku czasu zmęczony ćwiczę z hantlami pod koniec dnia pozwalam sobie na mniejszą liczbę powtórzeń. Kiedy śpię krótko w nocy, nie szkoda mi czasu na regeneracyjną, krótką drzemkę po południu. Raz na jakiś czas w biegu dnia zatrzymuję się na moment i słucham siebie, skutkiem czego zacząłem zauważać jak często w ciągu dnia mam napięty kark i szyję, jak nieświadomie zaciskam mocno żuchwę. Uspokajam się wtedy na moment, biorę kilka spokojnych, długich oddechów i rozkoszuje poczuciem spływającego ze mnie napięcia. Generalnie jeszcze bardziej siebie lubię, jestem spokojniejszy i wyciszony a mimo to moi znajomi wciąż się dziwią jakim cudem robię tak wiele rzeczy….

Ten tekst dedykuję znajomemu, który pomimo dużego zmęczenia i osłabienia organizmu poszedł biegać, bo miał jogging w planie dnia. Niestety, nie dobiegł do celu a z trasy zabrała go karetka…

filizanka_small  przy pisaniu tego tekstu towarzyszyła mi  ajurwedyjska herbata łącząca w sobie 18 ziół, kwiatów i przypraw z urzekającym dodatkiem kwiatu żeńszenia GINSENG FLOWER