Miesięczne archiwum: Luty 2016

Działam, więc jestem

Kartezjusz powiedziała „myślę, więc jestem”, jednak patrząc na to co obecnie dzieje się z naszym społeczeństwem właściwsze współczesności było by chyba stwierdzenie „działam, więc jestem”.  Efektywność i wydajność stały się bowiem bożkami obecnej kultury a my hołdując im na co dzień nawet nie zauważamy jak gubimy kontakt z naturą i samym sobą. W pracy staramy się wyrobić normy i wskaźniki. Wiele reklam zachęca nas do tego, aby być fit i activ, nawet jeśli dopada nas choroba podobno ma nam wystarczyć jedna tabletka aby pokonać grypę i beztrosko śmigać na narciarskich stokach, albo brać udział w rajdach samochodowych. Jakby tego było mało, w życiu prywatnym sami sobie równie często nakładamy kaganiec efektywności.  Wystarczy tylko spojrzeć na te wszystkie smartfonowe aplikacje, które mierzą, ważą i oceniają każdą naszą aktywność w ciągu dnia i pilnują abyśmy zbytnio się nie lenili. Wcześniej, nigdy w życiu nie wiedziałem ile dziennie zrobiłem kroków, ile metrów przebiegłem i jak dużo kalorii spaliłem. Tymczasem teraz mija połowa dnia a w mojej komórce już pojawia się komunikat „zwiększ swoją aktywność, zrealizowałeś 70% swojego planu”. Kończy się miesiąc a kolejna aplikacja podsyła mi raport mojej aktywności miesięcznej i porównuje ja z aktywnością grupy znajomych.  Porównaniom, raportom i wynikom nie ma końca.

Rozwój osobisty - Life factory - pęd

Ostatnio dopadła mnie grypa i ścięła z nóg wysoką gorączką na kilka dni. Jak to zazwyczaj zwykłem czynić, postanowiłem fakt choroby potraktować jako nowe ciekawe doświadczenie i czegoś się z niego nauczyć. Po pierwsze uświadomiłem sobie, że wirus który mnie zaatakował mógł zdobyć kontrole nad moim ciałem tylko dlatego, że w poprzednich dniach byłem tak aktywny, że aż przemęczony i chronicznie niedospany. Co oczywiście istotnie wpłynęło na obniżenie odporności mojego organizmu. Po drugie, doświadczyłem uczucia prawie nic nie robienia. Nie zadziałały cudowne tabletki, po których to miały mi jak ręka odjął zniknąć objawy grypy, a brak energii i osłabienie spowodowały to, że po wykonaniu najprostszej czynności musiałem się zdrzemnąć na pół godziny, aby odzyskać siły. Każdy z początkowych dni choroby był wyjątkowo mało efektywny i wydajny, a mój mózg w reakcji na ten fakt zaczął wariować i odpalać katastroficzne filmy o przyszłych wydarzeniach. Czułem się winny, że nic nie robię i nie działam. Miałem wrażenie, że coś mi umyka, że coś tracę a tym samym wzrastał poziom stresu, który raczej nie wspierał mnie w dochodzeniu do zdrowia. Spirala poczucia winy i stresu, narastała przez kilka dni, aż do momentu kiedy zdałem sobie z tego sprawę i świadomie zdecydowałem, że choroba oznacza czas na odpoczynek i regenerację.

Powstaje teraz pytanie, jak wielu z nas i jak często w dniu codziennym przystaje i zadaje sobie pytanie za czym i dlaczego pędzę. Czy faktycznie odhaczenie kilku dodatkowych załatwionych spraw jest warte zarwanie np. dwóch godzin snu. Czy życie w biegu i nieustającym pośpiechu nie zwracając uwagi na sygnały z naszego ciała o przemęczeniu i konieczność chwilowego przystopowania ma sens.  Czy faktycznie bardziej wartościowe jest zrobienie dodatkowych 2 tys. kroków, czy może lepiej się zdrzemnąć na pół godziny w ciągu dnia. Czy rzeczywiście ma sens ciągłe porównywanie się z innymi. Czy tylko fizyczna wydajność się liczy, czy równie ważny jest psychiczny relaks. Za każdym razem kiedy mam nerwowy czas, wspominam sobie jedną z wczesnojesiennych weekendowych wycieczek na Kaszuby i moment kiedy razem z moją drugą połową leżeliśmy przez półgodziny na lekko kołyszącym się pomoście w promieniach słońca, wsłuchując się w plusk wody i śpiew ptaków. Według mojej smartfonowej aplikacji do mierzenia aktywności był to czas nieefektywny i zmarnowany,  natomiast według mnie jeden z lepiej wykorzystanych…

filizanka_small tekst pisałem popijając magiczną herbatę Mango Tango

Rozpieprz schemat

Nie jestem zwolennikiem siłowego wprowadzania zmian w naszym życiu. Wole dłużej trwające procesy, czy też metamorfozy, pozwalające na stopniowe oswajanie się z tym co się z nami dzieje.  Uznaje jednak, że są w naszym życiu pewne tak głęboko zakorzenione schematy postępowania czy funkcjonowania, iż nie da się ich zmieniać w „pokojowy” sposób. Wymagane jest w tym przypadku jedno ostre cięcie, które wywróci wszystko do góry nogami i pozwoli zbudować nowe zasady postępowania na przyszłość.

Rozwój osobisty - Life factory - rozpieprz to!

Nie zmieniaj, nie modyfikuj tylko rozpieprz z całym impetem to co chcesz wykorzenić lub całkowicie przebudować. Jednak zanim się do tego zabierzesz wyczekaj na odpowiedni moment. Musisz mieć wystarczająco dużo siły i energii. Nie ma chyba jakiegoś jednego sposobu, który podpowie po czym poznać ten moment, po prostu musisz to wewnętrznie poczuć.

W moim przypadku takim skostniałym schematem było przekonanie, że układ mebli w dużym pokoju jest jedynym najbardziej ergonomicznym ze wszystkich możliwych. Kiedy go meblowałem 10 lat wcześniej, moje życie było na innym etapie i także czego innego od niego oczekiwałem. Co najmniej już od pół roku chodziła za mną myśl, aby coś tu pozmieniać i poprzestawiać. Potrzebowałem tchnąć nową energie w to miejsce. Jednak ile razy o tym myślałem, w mojej głowie pojawiało się przekonanie, że inaczej nic w tym pokoju poustawiać się nie da. A jak nawet bym coś poprzesuwał, to tylko zmieni się na gorsze. Tak było do jednego piątkowego popołudnia, kiedy to zabrałem się za sprzątanie mieszkania. Kiedy wkroczyłem z odkurzaczem do dużego pokoju, nagle poczułem, że to jest moment na zmianę. Byłem pełen energii i podejścia „niech się dzieje, co chce”. Założyłem, że jak zmiany nie wypalą to najwyżej postawię wszystko tak jak wcześniej stało.  Włączyłem muzykę i zacząłem przesuwanie i przenoszenie całego wyposażenie pokoju. Nie trafiłem za pierwszym razem, ale po jakiś 30-40 minutach pojawił się nowy, mocno nowatorski układ. Wielki szklany stół, przestał być centralnym punktem pokoju i wylądował pod oknem, otworzyło to swobodny dostęp do kanapy oraz uwolniło sporo pustej przestrzeni pośrodku pokoju. Z pomieszczenia o częściowo biurowym charakterze, pokój zmienił się w bardzo przytulny i domowy. Sam byłem zaskoczony, tym jak szybko i dobrze mi poszło.  Pozostało tylko dokończyć odkurzanie.

Zmiany się dokonały i choć byłem zadowolony z ich efektów, to zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. Na całe szczęście znajomi, którzy mnie odwiedzili w weekend potwierdzili zasadność mojego działania i bardzo chwalili nowy układ mebli. To co się jednak potem stało było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem. Zmiany w ustawieniu pokoju, wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności (jedna zmiana, pociągnęła za sobą kolejne), spojrzałem na niektóre aspekty mojego domowego życia z innej perspektywy i tutaj też dokonałem zmian. Przez kilka pierwszych poranków, nie mogłem się szykować do pracy na zasadzie automatycznych odruchów, bo wszystko teraz leżało w innym miejscu i już od pierwszych chwil przeżywałem poszczególne dni w pełni świadomie i uważnie. Miałem też niezły ubaw z samego siebie, kiedy wpadałem do domu i chciałem odruchowo coś rzucić na stół, a zamiast niego trafiałem na pustkę i musiałem zatrzymywać się w połowie ruchu. W ciągu trzech kolejnych tygodni od tego przemeblowania, uporządkowałem jeszcze parę innych domowych kwestii i z efektów całości jestem mega zadowolony.

Rozwój osobisty - Life factory - schemat

Jak mawia znajomy lekarz, z niektórymi sprawami w życiu trzeba postępować jak z wrzodem. Nie nakłuwać go delikatnie i zakładać sączek, bo cała sprawa będzie się ciągnąć w nieskończoność i babrać niepotrzebnie. Tylko, choćby miało na mement zaboleć, trzeba ciąć po całości i z jednym zamachem oczyścić ranę. Uczucie ulgi, które potem przychodzi jest nie do zapomnienia.

Pozostaje teraz pytanie, czy i Ty nie masz jakiejś zaległej sprawy do uporządkowania, albo czy jakiś zakorzeniony w Tobie schemat postępowania nie ogranicza Twojej swobody działania. Jeżeli coś takiego Ciebie dotyczy, poczekaj na odpowiedni moment przypływu energii i działaj, ale nie delikatnie i powoli, tylko na całego.

filizanka_small  w pisaniu tego tekstu wspierała mnie zielona herbata imbirowo-cytrynowa GREEN TEA GINGER LEMON

Kiedy puka nowe…

Jest czas kiedy mamy poukładane życie, wszystkie tematy są ogarnięte a potrzeba bezpieczeństwa jest dopieszczona w każdym obszarze. Wszystko wiemy, wszystko znamy, każde działanie weszło w określony schemat lub nawyk. Ryzyko, niczym spasiony kot wygrzewa się na piecu i nie ma ochoty na działanie. Jedynie od czas do czasu ziewnie nieznacznie wprawiając w lekkie drganie nutę niepokoju. Jest miło, ciepło i przytulnie, gdy nagle… do drzwi puka nowe.

Rozwój osobisty - Life factory - nowe

Ono zawsze puka, bo przychodzi z zewnątrz. Wszystko co wewnątrz, już znamy. Puka i burzy nasz rutynowy, bezpieczny porządek. Stoi u drzwi i się niecierpliwi a my rozdarci nie wiemy czy drzwi ryglować, czy też je uchylić. Intuicyjnie bowiem czujemy, że gdy wpuścimy nowe nigdy już nie będziemy tą samą osobą. Zetknąwszy się z nowym, doświadczywszy go – zawsze i na zawsze zostaniemy zmienieni. Jest to zjawisko nad wyraz ryzykowne, bo trudno przewidzieć co nowe niesie ze sobą, czy jest przyjazne, czy wrogie. Jeśli chcesz się tego dowiedzieć nie masz wyboru i musisz otworzyć drzwi. Tu nie ma miejsca na ich lekkie uchylenie, bo kiedy jedynie muśniesz nowe, to nie poznasz go do końca i nie doświadczysz prawdziwej zmiany.

Oczywiście, można zostać ze starym nie otwierając drzwi. Wrócić na kanapę i włączyć telewizor, żyjąc życiem serialowych bohaterów lub fascynując się dokonaniami uczestników kolejnych talent show’ów. Niemniej jednak, wcześniej czy później stare zacznie uwierać.  Jest bowiem jak politycy. Początkowo sporo obiecuje, ale nigdy nie spełnia wszystkich obietnic. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale szczęścia często już zapewnić nie może. To wtedy rodzą się frustraci. Nie znoszą swojej pracy, jednak nie ryzykują zmiany, bo nowa nie daje gwarancji, że będzie lepiej. Żyją w toksycznych związkach, ale nic z tym nie robią, bo nikt ich nie zapewni, że znajdą nowy. Jest też ryzyko, że jak nawet taki się trafi, to nie będzie lepszy od obecnego. Czasami nawet nachodzi ich taka myśl, że może jednak otworzyć się na coś nowego, ale kiedy to przemyślą szybko kalkulują nieopłacalność ryzyka. Umysł bowiem zawsze jest stary. Przechowuje w sobie pamięć całej twojej przeszłości i ma już wypracowane rozwiązania na wszystko co Ci się przydarzyło.  Nie lubi i boi się nowego.

Rozwój osobisty - Life factory - ruina

Mimo to, nie żyjemy w wyizolowanym środowisku i ono zawsze jakoś na nas wpływa. Zatem jakby nasz umysł się nie starał, nowe przychodzące z zewnątrz wciąż stuka do naszych drzwi. Stare natomiast staje się powtarzalne, nudne i monotonne a co za tym idzie pokusa zmiany staje się jeszcze silniejsza. Musimy się jednak mieć na baczności, bo umysł nie jest do końca bezbronny. Potrafi wytworzyć iluzję zmiany a wspiera go w tym powszechny konsumpcjonizm i pogoń za karierą. Tchórzymy przed zmianą siebie, ale mamy poczucie rozwoju bo nasze konto w banku się powiększa. Zaczynamy się lepiej ubierać i jeździć lepszym samochodem przez co sądzimy, że inni nas bardziej szanują. Piastujemy coraz to nowe stanowiska i nasze nazwisko staje się bardziej znane a my czujemy się potężniejsi . Jednak to tylko zwodnicza sztuczka umysłu. Nie jesteś swoim kontem, nie jesteś też swoim nazwiskiem. Wystarczy, że samotnie wybierzesz się w góry lub zapuścisz w głąb ciemnego lasu a wtedy nawiążesz kontakt z naturą i samym sobą. Zobaczysz też wtedy, jak w tej sytuacji twoje konto czy nazwisko są nieistotne.

Kiedy więc następnym do Twoich drzwi zastuka nowe, przypomnij sobie słowa „Strach nie zapobiega śmierci. Zapobiega życiu” i otwórz je szeroko.

filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie pysznej czarnej herbaty Żar pustyni