Archiwa kategorii: lifeBalance

Za ile się sprzedajesz?

Pewne zdarzyło Wam się słyszeć o ludziach, którzy w trakcie porządków na strychu, w piwnicy lub gdzieś w jakiś szpargałach znajdowali stary obraz, którego chcieli się pozbyć i sprzedawali go za niewielką cenę komuś innemu. Następnie okazywało się, że „stary obrazek” był de facto dziełem znanego malarza i ten który kupił go za parę złoty lub dolarów, w jednej chwili stawał się dzięki niemu milionerem. Ciekaw jestem, co w takiej sytuacji myślicie o tym, który go sprzedał? Pechowiec, nieudacznik, czy frajer…

rozwój osobisty - zasoby

Choć łatwe ocenianie innych, gdy nie znamy ich całego życia, nie jest czymś pochlebnym, to jak byśmy nie postępowali i tak wszyscy postrzegamy to zdarzenie w kontekście wielkiej straty. Niejednokrotnie również współczujemy temu, którego to dotknęło. Gdyby natomiast przydarzyło się to nam, pewnie bylibyśmy wściekli i potwornie sfrustrowani.

Czy pozbywasz się za „grosze” najcenniejszych zasobów?

Często, kiedy pytamy ludzi czego chcieliby mieć więcej, niemal automatycznie odpowiadają: „pieniędzy”. Tak, jeśli tylko nie jesteś ascetą i nie zdecydowałeś się żyć gdzieś w górach Tybetu, jedynie medytując i czerpiąc siłę do życia z promieni słonecznych lub nie zaszyłeś się w dzikiej i głuchej dżungli, to pieniądze są ważne i bardzo potrzebne. Mają jednak tę dobrą właściwość, że można je zarabiać i pomnażać. Można je też oczywiście stracić, ale jak pokazują kariery biznesmenów, którzy teraz święcą tryumfy, a wcześniej zaliczyli bankructwo, można też tę stratę odrobić i to jeszcze z nawiązką.

Są jednak w naszym życiu, trzy bardzo ważne zasoby, których strata jest nie do odrobienia. Z tego też powodu powinniśmy zwracać na nie szczególną uwagę i wysoko je cenić. Są nimi: czas, zdrowie i energia.

Czas

Choć jego upływ możemy łatwo mierzyć przy pomocy zegarków, to często mimo świadomości jego przemijania zamiast żyć „tu i teraz” uciekamy we wspomnienia i przeszłość, albo też snujemy rozmyślania o przyszłości. Kiedy wracamy wreszcie do dnia dzisiejszego jesteśmy nagle zaskoczeni, tym ile tego dnia już ubyło i jak mało zrobiliśmy.

rozwój osobisty - czas

Wiele spraw w swoim życiu odkładamy też na później, bo iluzorycznie wierzymy, że kiedyś nagle znajdziemy na nie czas. Bywa tak np. ze spotkaniami ze znajomymi i dopiero kiedy nadejdzie niespodziewanie  informacja, że któregoś z nich już nie ma wśród nas, wtedy najczęściej jesteśmy zszokowani i twierdzimy, że przecież tyle razy, chcieliśmy się już z nim umówić.

Zdrowie

Wielu z nas uważa, że ma jeszcze czas aby o nie zadbać. Póki co, wszelkie bóle i dolegliwości znosimy środkami przeciwbólowymi, zapominając że one nie leczą a jedynie przytłumiają sygnał ostrzegawczy z organizmu jakim jest ból. Wiemy, że alkohol jest trucizną i powinniśmy go unikać, ale przecież tak fajnie poprawia humor i chwilowo przykrywa problemy. Wiemy, że powinniśmy jeść zdrowo i dbać o dostarczanie organizmowi wszelkich witamin i mikroelementów, ale przecież łatwiej jest jeść fast food’y i dla zabicia wyrzutów sumienia łykać suplementy.

rozwój osobisty - zdrowie

Dopiero kiedy organizm już nie daje rady i nagle lądujemy na pogotowiu, otrzymujemy zatrważające wyniki testów lub łapie nas tak silny ból, że polopiryna, paracetamol czy inny ibuprom nie są w stanie go uśmierzyć – orientujemy się, iż nasze zdrowie jest w ruinie. Niestety, często bywa wtedy już za późno. Dla przykładu, wątroba wystawiona na działanie różnego rodzaju toksyn oraz otłuszczenie nie jest unerwiona, zatem nie boli. Kiedy już spowoduje widoczne problemy zdrowotne, często ze względu na jej zniszczenie jedynym wyjściem jest jej przeszczep od innego dawcy.

Energia

Jakże jest to niedoceniany zasób. Co więcej, w niektórych kręgach wycieńczenie z przepracowania lub przeimprezowania uchodzi wręcz za powód do chwały. Znam też takie osoby, które mierzą swoją wartość w firmie liczbą zaległych dni urlopowych z poprzednich lat. Tymczasem Wojciech Eichelberger na swoich szkoleniach i warsztatach przekonuje, że mamy tak naprawdę dwa rodzaje energii: dobową i życiową.

rozwój osobisty - energia

Jeżeli danego dnia przegniemy z przepracowaniem lub inną aktywnością możemy całkowicie wyczerpać jej odnawialną, dobową porcję. Wtedy też zaczynamy korzystać z energii życiowej, która jest zasobem nieodnawialnym. Oznacza, to tylko tyle, że ile energii życiowej zużyjemy o tyle skrócimy sobie życie.  Powstaje zatem pytanie, czy nie oddajemy jej zbyt łatwo, za zbyt mało ważne sprawy i czy za parę lat nie poczujemy się jak znalazca „starego obrazka”, który pozbył się go za grosze.

filizanka_small Tekst powstał w towarzystwie bardzo aromatycznej herbaty Lawendowy Earl Grey

Spełnienia marzeń – życzenie, czy przekleństwo

„Spełnienia marzeń” – to jedno z najczęstszych życzeń jakie można usłyszeć z okazji imienin, urodzin czy jeszcze innych świątecznych okazji.  Pytanie tylko, czy ktoś z je składających faktycznie się zastanawiał, co się stanie jak wszystkie marzenia zostaną spełnione?

Rozwój osobisty - marzenia

Marzenia turystyczne

To nie koniecznie te z podróżami związane, ale do stanu podczas turystycznych wypadów mocno nawiązujące. Właśnie w ich trakcie wpadam bardzo często w stany zauroczenia danym miejscem, kulturą czy sposobem życia. Zachwyt ten jest o tyle złudny, że bywa bardzo powierzchowny i właśnie z tego powodu wszystko wydaje nam się cudowne, proste, łatwe i pozbawione problemów.  Nagle, chcemy opuścić miasto i żyć w zagubionym gdzieś wśród pól i lasów gospodarstwie, bo byliśmy na agroturtsyce i było tak cicho, spokojnie, relaksująco i jedliśmy tylko zdrowe produkt z lokalnej zagrody. Zapominamy jednak, że ktoś te warzywa i owoce musiał posadzić i pielęgnować, że pyszny rosół na tłustej kurze nie wziął się z nikąd i ktoś musiał tę kurę hodować a potem zabić. Odwiedzamy te miejsce słonecznym latem, zieloną wiosną lub wielobarwną jesienią i zapominamy, że jeszcze jest zima i wtedy trudno tu dojechać i stąd się wydostać a mieszkańcy skazani są jedynie na samych siebie. Bez możliwości wyskoczenia do kina, knajpy czy znajomych. Takie turystyczne marzenia też często dotyczą domowych zwierzaków. Kiedy marzymy o słodkim, cudownym psiaku, który będzie nas radośnie witał w progu domu. Zapominamy często, że trzeba go wyprowadzać na dwór bez względu na pogodę i weekendowe poranki.

Moim” turystycznym marzeniem” było zostać dyrektorem jakiejś dużej firmy. Marzyłem o dobrej pensji, prestiżu i zarządzaniu. Zostałem dyrektorem i jednocześnie prezesem spółki, która zatrudniała 160 osób i dopiero wtedy poznałem psychiczne obciążenia, odpowiedzialność karną i nie zawsze przyjemne spotkania z Radą Nadzorczą, które były nieodłączną częścią tego stanowiska. Dziś cieszę się, że mam realizację tego marzenia na swoim koncie, ale powtórka tego doświadczenia mi się nie marzy. Podobnie jak mojemu znajomemu, który marzył o swoim zespole i taki też założył. Zapomniał jednak, że własny zespól, to nie tylko samo granie i podbijanie nowych scen. To też dźwiganie sprzętu, podłączanie kabli, wykłócanie się o honoraria i humory członków zespołu.

Stało się, i co teraz?

Są też marzenia, które dają prawdziwą satysfakcję i radość z ich realizacji, bez żadnych ukrytych pułapek i niechcianych konsekwencji. Zatem życzenia ich spełnienia wydają się być w pełni uzasadnione i bezpieczne. Zapominamy jednak, że spełniając marzenia jednocześnie je tracimy. Tak mają często, Ci którzy długie miesiąc przygotowują się np. do zdobycia Mount Everestu. Żyją przygotowaniami a następnie wspinaczką na ten ośmiotysięcznik i kiedy wyczerpani i szczęśliwi stają na szczycie czują ogromną radość. Osiągnęli cel, udowodnili sobie że dali radę, spojrzeli na świat z najwyższego szczytu Ziemi i… marzenie prysło. Teraz  to, o co muszą się martwić to jak najszybszy i bezpieczny powrót. Cały dramatyzm tego zdarzenia polega również na fakcie, że nawet gdyby drugi raz próbowali zdobyć ten szczyt, to już nigdy nie odczują tak wielkiej ekscytacji przygotowaniami i wspinaczką, jak za pierwszym razem. Ja miałem tak z marzeniem o tym, aby znaleźć się kiedyś w hiszpańskiej Kordobie i odwiedzić Mezquitę. Byłem we wnętrzu tego olbrzymiego meczetu, zachwyciłem się tamtejszym lasem pięknych kolumn i uległem urokowi tego pięknego wnętrza. Pamiętam jednak moment wyjścia z niego i chwilę kiedy oblało mnie światło gorącego andaluzyjskiego słońca. Pomyślałem: zrobiłem to, było cudownie i co teraz….

Mądrość Złotej Rybki i lampianego dżina

Problemu z marzeniami, była już świadoma Złota Rybka i dżin z lampy. Mało, kto zauważa, że zaproponowali oni rybakowi i temu, który potarł lampę jedynie spełnienie trzech życzeń, o marzeniach nic nie wspominając.

Rozwój osobisty - marzenia

Bo życie uczy nas tego, że jesteśmy za krótko na tym świecie, aby marnować czas na użalaniem się nad niespełnionymi marzeniami. Powinniśmy się nauczyć cieszyć dniem codziennym i doceniać małe przyjemności. Nie czekać na zrządzenie losu, nie zanosić modłów do bogów i sił wyższych o nasze uszczęśliwienie. Powinniśmy szukać szczęścia w sobie, polubić siebie i wymyślić sobie takie marzenie, którego nigdy nie będzie można spełnić, ale dążenie do którego, pomimo wielu wyzwań i przeciwności sprawi nam radość. Moim takim marzeniem jest to, aby otaczali mnie dobrzy i fajni ludzie oraz abym mógł się nieustannie dzielić z nimi moją radością.

Tekst zainspirowany chwilą wspólnego siedzenia z moją drugą połową na jednym z pomostów na molo w Juracie. Świeciło na nas słońce, lekko usypiał szum morza i nawet nie wiadomo kiedy, uciekła nam godzina na wspólnym wpatrywaniu się w ryby buszujące w wodorostach przy molo. Gdyby wtedy pojawiła się Złota Rybka i zapytała o moje życzenie, poprosiłbym pewnie, aby ta chwila trwała znacznie dłużej…

filizanka_small Pisząc ten tekst popijałem pyszną zieloną herbatę Mogo Mogo o smaku mango

„Ma to sens” i łatwiej żyć

Kilkanaście miesięcy temu postanowiłem dokonać ciekawego eksperymentu. Założyłem, że wszystko co mnie spotyka ma swój sens, niezależnie od tego czy jest zgodne z tym co planowałem, czy też nie. Nie będę ukrywał, że dla mnie, urodzonego perfekcjonisty, było to początkowo niezłym wyzwaniem. Dzisiaj natomiast, nie potrafię już żyć inaczej.

Rozwój osobisty - sens

  1. Mam plan, czyli iluzja kontroli

Wielu z nas, a szczególnie dotyczy to menadżerów, lubi mieć listę spraw do załatwienia, terminarze z umówionymi spotkaniami oraz wszelkiego rodzaju harmonogramy projektów i innych działań. Mniej zorganizowani, choć wszystkiego nie listują i nie harmonogramują, to też w swoim życiu niejednokrotnie stawiają na plany. Kto z nas, nie sprawdzał  w Google maps lub na zwykłym rozkładzie jazdy autobusów ile czasu zajmie mu dojazd z miejsca A do B. Kto z nas się nie wkurzał, kiedy nagle okazywało się, że czas tej drogi jest jednak dłuższy. No właśnie, dłuższy od czego? Najczęściej, od potencjalnego czasu, w sytuacji gdyby wszystko na drodze przebiegało idealnie, a jak wiadomo rzadko się to zdarza.

W takich sytuacjach, jak powyższa, najczęściej zaczynamy kalkulować straty. Czego nie zdążę zrobić, na ile źle wypadnie to, że przyjdę spóźniony itp. itd.  Czy te kalkulacje coś zmieniają, poza podkręcaniem naszej złości – nie! Czy stojąc w korku, bo jest tak duży ruch na drodze, albo jakiś wypadek możemy jakoś wpłynąć na tę sytuację – raczej nie! Czy wyrzucając sobie, że znowu „daliśmy ciała”, „jesteśmy do niczego” itp. coś poprawiamy, ulepszamy – nie!

Jeśli przyjmiemy, że zmieniać możemy to na co mamy wpływ, a na powyższą sytuację wpływu nie mamy i zamiast kalkulowania start uruchomimy ciekawość zysków, cała sytuacja może nam się jawić w zupełnie nowej odsłonie. Może ten korek, to sygnał od losu, aby trochę wyluzować i spowolnić – właśnie zyskaliśmy parę minut dla samych siebie. Może to czas na refleksję odnośnie rutyny w życiu, np. skoro się już spóźnię to jakoś to mojej drugiej połowie wynagrodzę – niespodziewane kwiaty, nieplanowane wcześniej wieczorne wyjście na kolacje. Może to czas, aby zadzwonić do rodziców lub przyjaciół, z którymi dawno nie mieliśmy kontaktu. Tylko błagam nie róbcie tego w środkach komunikacji miejskiej. Współpasażerowie nie chcą wiedzieć kogo kochacie, kto z kim się zdradza, która znajoma jest głupia, który kumpel się upił i że dziecko sąsiadki ma półpaśca.

  1. Sens, którego nie widać

W powyższej sytuacji łatwo było znaleźć potencjalne zyski a co w sytuacji, kiedy coś sobie łamiemy, dopada nas jakaś choroba, mamy wypadek, tracimy pracę, rozpadają nam się związki lub umiera ktoś bliski. Ciężko wtedy uruchamiać ciekawość, a gdyby nawet się udało, to jaki tu znaleźć sens, że o pozytywach nie wspomnę.

Współczesna kultura i wszechobecna cyfryzacja przyzwyczaiły nas do natychmiastowej gratyfikacji. Tymczasem w życiu, efekty są niejednokrotnie odsunięte w czasie. My natomiast nie lubimy czekać i natychmiast odpalamy film „A mogło być tak wspaniale” i liczyć straty. Interesujące jest to, że prawie nigdy nie włącza nam się film „ A mogło być tak źle”, chociaż oba są tak samo prawdopodobne.

Rozwój osobisty - sens

Ja lubię wierzyć w to, że jeżeli nawet teraz nie dostrzegam sensu danej sytuacji, to pewnie stanie się on dla mnie widoczny za jakiś czas. Tak było z kursem StartUP Coaching. Kolejne terminy jego uruchomienia przesuwały się w czasie. Kiedy stało się to już trzeci raz byłem wściekły. Dwa zjazdy w ramach tego kursu idealnie wpasowywały mi się w wolne weekendy. Kiedy jednak za dwa miesiące nadszedł jeden z nich, moja druga połowa (chorująca już prawie rok) poczuła się na tyle dobrze, że kilka dni wcześniej została wypisana ze szpitala. Szczęśliwi spędziliśmy ten weekend razem, spacerując i robiąc wspólne zakupy. Poniedziałek, który po nim przyszedł… przyniósł śmierć. Do tej pory, nie potrafię sobie wyobrazić, jak bym się czuł, gdyby się okazało, że zamiast tego wspólnego weekendu, spędziłbym cały ten czas na szkoleniu w innym mieście. To zresztą chyba był ten moment, w którym postanowiłem już więcej nie przeklinać losu. Zrozumiałem bowiem, że coś co mnie dziś wkurza i czego nie rozumiem, może mi się przysłużyć w przyszłości.

Skoro o śmierci wspomniałem, to powstać może pytanie o to jaki ona może mieć sens w danym momencie. Czemu mogła się zdarzyć teraz, a nie później. Czasami po to, aby ulżyć w męce choremu, ile to już razy słyszałem „już się nie męczy”. Czasami po to, aby ulżyć bliskim, bo opieka nad chorym potrafi zabrać całą energię życiową innych osób i nie łudźmy się, często chory jest również świadomy jakim bywa obciążeniem dla bliskich. Czasami po to, aby już nikt się męczył. Pierwszym moim odruchem, na śmierć drugiej połowy, była wściekłość i żal do losu, że tym razem nie udało się jej zapobiec. W głowie odpalił się film „A mogło być tak wspaniale” – no bo przecież wyniki się poprawiały, sił przybywało i szpital już nie był konieczny. Dopiero po kilku dniach odważyłem się uruchomić film „A mogło być tak źle”. Wizja sparaliżowanej najbliższej osoby, zawieszonej gdzieś między życiem a śmiercią, skazanej na podłączenie do aparatury do końca życia i całkowicie uzależnionej od innych pomogła mi zrozumieć, że śmierć nie była tym najgorszym co mogło nas spotkać.

Choć to może dziwnie brzmieć, jestem też wdzięczny losowi za mój wypadek samochodowy na autostradzie. Samochód był do kasacji, a ja wyszedłem z tej sytuacji bez najmniejszego draśnięcia. Od tamtej pory jednak, już nigdy nie usiadłem za kierownicą samochodu, aż tak zmęczony jak wtedy. Całe zdarzenie jednak mogło by wyglądać inaczej, gdybym zamiast w autostradową barierkę, wjechał w przystanek pełen ludzi. Wierzę w to, że los zadbał w ten sposób o to,  abym stał się bardziej świadomym i odpowiedzialnym kierowcą.

  1. Nie trać energii – strategia kota

Powyższe nie jest nawoływaniem do „ślepego” hurraoptymizmu. Powiem więcej, wręcz zachęcam Was, aby w pierwszym odruchu na sytuację która Was wkurza, siarczyście sobie zakląć lub nawet się wywrzeszczeć (tylko nie na kogoś). Czasami dobrą opcją będzie również wypłakanie. Każde z tych działań, pozwoli nam się pozbyć z organizmu nagromadzonej złości i stresu. Gdyby w nas zostały, będą nas spalać od środka.

Kiedy już się emocjonalnie rozładujemy i stwierdzimy, że i tak nie mamy istotnego wpływu na daną sytuację . Wtedy proponuję zastosować strategię kota, o której na jednym ze swoich szkoleń opowiadał Wojciech Eichelberger:

„Jak kot nie złapie myszy, to się nie stresuje, że jest do dupy kotem. Nie idzie do kąta i nie zastanawia się co pomyślą sobie inne koty, albo myszy. Tylko myśli: nie udało się, głodny jestem – to się zdrzemnę i zregeneruję, aby potem być skutecznym łowcą.”

filizanka_small Tekst napisany w towarzystwie subtelnej mieszanki białej i zielonej herbaty Soczyste Winogrona

Zerwij grzechotkę, czyli uaktywnij mózg

Kiedy się rodzimy jesteśmy zupełnie nieporadni. Nasze ruchy są nieskoordynowane a próba zapanowania nad jakąkolwiek częścią ciała jest w pierwszym okresie naszego życia skazana na porażkę. Jako jedyny z gatunków rodzimy się bez genetycznie zapisanych wzorców ruchowych. Z jednej strony to problem, bo np. na opanowanie chodzenia potrzebujemy wielu miesięcy (młode antylopy Gnu potrzebuje jedynie kilku minut aby zaczęło chodzić i tylko dwóch godzin aby zaczęło biegać), z drugiej strony daje nam to potężne możliwości rozwojowe. Możemy nauczyć się praktycznie dowolnego ruchu i dowolnych sposobów przemieszczania.

Rozwój osobisty - Life factory - ruch

Nowy ruch, lepszy mózg

Nauka koordynacji ruchowej i panowania nad ciałem to idealne bodziec dla rozwoju naszego mózgu. Wyobraź sobie niemowlę leżące w łóżeczku, nad którego głową wisi grzechotka.

Po pierwsze – są spore szanse na to, że ma już duży problem tylko ze skupieniem wzroku na grzechotce. U wielu niemowląt występuje zez i nie jest to niczym nadzwyczajnym. Po prostu mięsnie gałek ocznych bywają jeszcze słabe i nie koordynują ruchów oczu.

Po drugie – niemowlak musi nabrać świadomości ściskania i otwierania dłoni. Jednak jak wiemy panowanie tylko nad dłońmi,  to jeszcze daleka droga do tego aby skoordynować je z unoszeniem przedramienia, obracaniem ręki itd. Kontrola nad ciałem i mięśniami bierze się stąd, że przez nasz układ nerwowy płyną impulsy, które są odbierane przez mózg i tam łączone w pewne sekwencje, które zamieniają się w określony ruch. Niemniej jednak, aby taki sygnał przepłyną przez układ nerwowy, umiejscowione w naszym ciele neurony muszą zbudować siatkę połączeń między nimi. Mega upraszczając można powiedzieć, że neurony ze wszystkich palców muszą się połączyć z neuronami w dłoni, te następnie zbudować połączenie z neuronami znajdującymi się nadgarstku, przedramieniu, łokciu, ramieniu, barku itd. Wraz z rozwojem siatki neuronów rozwija się również nasz mózg.

Rozwój osobisty - Life factory - neuron, mózg

Po trzecie – kiedy niemowlak będzie potrafił skupić wzrok na grzechotce i jako tako panować nad swoją ręką musi teraz jeszcze dokonać nie lada wyczynu. Połączyć sygnały z oczu i ręki a następnie zlokalizować grzechotkę w przestrzeni, tak aby ręka wiedziała jak ma się poruszać, aby trafić w punkt (grzechotka), na którym skupiony jest wzrok. Przypomina to trochę dokowanie rakiety transportowej do stacji kosmicznej w ogromnej przestrzeni bezkresnego kosmosu.

Oczywistym jest, że wszystkie powyższe czynności wymagają wielu prób i nie dzieją się w ciągu jednego dnia. Każdy, kto ma dzieci pewnie niejednokrotnie obserwował jak jego potomstwo nieustępliwie podejmowało dziesiątki, albo i steki prób w celu opanowania jakiegoś ruchu. Kiedy mu się to już udało, powtarzało go w nieskończoność. Znajoma, której syn pierwszy raz trzymając się barierki wspiął się na stopień naliczyła, że powtórzył ten ruch wchodzenia i schodzenia 79 razy. Czemu to robił, bo mózg i neurony musiały utrwalić ten ruch i dopracować koordynację.

Wiem i umiem, znaczy się NIE rozwijam

Wraz z nastaniem w naszym życiu dorosłości, bardzo często przestajemy uczyć się nowych rzeczy a tym bardziej ruchów. Zasadniczo wystarcza nam wachlarz ruchowy, którym już dysponujemy. Łącząc znane nam ruchy, w różnych konfiguracjach potrafimy sobie poradzić z większością sytuacji spotykanych w życiu. Przestajemy uczyć się czegoś nowego, a tym samym nie rozbudowujemy naszych połączeń nerwowych. Często nie będąc świadomymi, że dotychczasowe zaczynają zanikać. Mówiąc obrazowo, nie staramy się już zerwać nowej grzechotki.

Częsty obrazek z życia dorosłych, to te same powtarzalne czynności w pracy, powrót z pracy do domu i odpalenie telewizora, w który wpatrujemy się aż do snu. Ciało leży na kanapie lub zapadło się w fotelu, nie otrzymując żadnych impulsów. Nasz mózg również nie angażuje się zbytnio w obrazy na ekranie telewizora, jedynie chłonąc je bezrefleksyjnie. Zostajemy pochłonięci iluzją życia, bo zamiast samemu żyć, zaczynamy się identyfikować z bohaterami seriali lub telenowel. To oni wciąż mierzą się z czymś w życiu, co rusz zrywając kolejną przysłowiową grzechotkę znad głowy. My w tym czasie, wciąż tkwimy prawie nieruchomo na swoich „legowiskach”.

Rusz się i pobudź mózg

Jeżeli chcesz opóźnić symptomy starości oraz odwlec w czasie niezbyt miły kontakt z chorobą Alzheimera lub Parkinsona pobudzaj swój mózg. Możesz uczyć się nowych rzeczy, znajdować nowe hobby – to też go rozwija.

Najbardziej efektywna będzie jednak stymulacja mózgu za pomocą nauki nowych ruchów. Nie musi to być nic wielkiego, np. nauka mycia zębów lewą ręka dla osób praworęcznych. Można jednak połączyć tę stymulację z dobrą dla naszego zdrowia aktywnością fizyczną. Ostatnio na alejce parkowej minęła mnie para rozbawionych pięćdziesięciolatków na rolkach. Ewidentnie było widać, że to ich pierwsze kroki.

Rozwój osobisty - Life factory - joga, yoga

Jeżeli dla Ciebie rolki to ekstremum, zapraszam na jogę. Kiedyś byłem przekonany o swojej dobre koordynacji ruchowej i orientacji przestrzennej – zajęcia jogi bardzo szybko wyprowadziły mnie z błędu. Kiedy moje ciało musiało ustawić się w nieznanych pozycjach a mój mózg nauczyć się koordynować jednocześnie np. dociskanie stopy przedniej nogi do maty z napięciem uda w tylnej nodze i do tego odpowiednio oddychać bywało „gorąco”.  Zresztą bardzo często kiedy uczymy się nowej pozycji, najpierw próbujemy ją jakoś niezdarnie wykonać a następnie nasza nauczycielka mówi, abyśmy dali moment naszemu mózgowi na przetworzenie wszystkich informacji i wyobrażenie sobie układu ciała w danej pozycji. Czasami aby nam wyszło, musimy podjąć wiele nieudanych prób, niczym leżący w łóżeczku niemowlak, który szykuje się do zerwania dyndającej nad jego głową grzechotki.

filizanka_small Ten tekst pisałem popijając, nasypaną do kubka lewą ręką,  pyszną herbatę Lahidżan z Iranu

Czas nie mieszka w zegarku

Czas, to jeden z najcenniejszych skarbów w naszym życiu, który zwykliśmy trwonić, gubić albo pozwalać mu na to, aby nam uciekał. Choć jest szczegółowo podzielony na dni, godziny, minuty i sekundy, które niezmiennie trwają tyle samo – my wierzymy, iż jest on rozciągliwy jak guma. Wciąż próbujemy upchać w tym samym czasie coraz więcej zadań , czynności i spotkań z innymi.  Doprowadzamy do sytuacji, w której nie starcza nam czasu na wszystko i tym  sposobem zamiast koncentrować się na samym życiu koncentrujemy się wyłącznie na pogoni za czasem.

czas

Strażnicy czasu

W starej dzielnicy Gdańska o nazwie Wrzeszcz mieści się niewielki salon fryzjerski przeznaczony dla mężczyzn. Miły, klimatyczny i z fajną ekipą. Jak wiele nowo otwartych salonów ma wypasione fotele i świetny wystrój wnętrz. Ma jednak jeszcze coś specjalnego… sobotni walk-in days. W dni robocze umawiasz się na wizytę o konkretnej godzinie natomiast, kiedy masz ochotę wpaść do chłopaków w sobotę musisz nastawić się na przesiadywanie w kolejce. Jednak nie przesiaduje się w niej, dla samego przesiadywania, tylko ten czas służy temu, aby poznawać się i integrować z innymi klientami – to swoisty obyczaj tego miejsca.

„Przyjmujemy zapisy telefoniczne od poniedziałku do piątku NATOMIAST w soboty zapraszamy na walk-in days od 9:00-16:00 (lub do ostatniego klienta). Wchodzisz, siadasz, zamawiasz drinka i czekasz na swoją kolej. Liczymy na to, że klienci będą mogli się zintegrować i wymienić spostrzeżeniami lub czymkolwiek tam chcą :-)” – wpis z profilu The Barbers na Facebook’u

Z punktu widzenia zegarka, taka sobotnia wizyta w salonie to strata czasu. Zamiast wejść do fryzjera o konkretnej godzinie, usiąść na kilkanaście minut i już mieć temat z głowy (i to dosownie), będziesz musiał siedzieć i czekać. Mimo to, soboty cieszą się tam niesłabnącym wzięciem. Czy korzystają z nich „czasowi utracjusze” lub desperaci, którym nie udało się wyrwać kilkunastu minut na strzyżenie w tygodniu – zdecydowanie nie.  W soboty przychodzą Ci, którzy chcą złapać oddech w nieustannym biegu przez  życie, pozbyć się presji pośpiechu i doświadczyć przyjemności rozmowy z drugim człowiekiem, który tak samo jak oni nie będzie w tym momencie w biegu. Kiedy zwalniamy, zaczynamy zauważać innych ludzi, kiedy ich zauważymy budzi się w nas naturalna ciekawość człowieka: kim jest, co robi w życiu i jak do tego doszło, że znalazł się razem z nami w tym samym miejscu i czasie…

 Mądrość greków i tajemnica życia

Grecy zwykli często powtarzać „siga, siga” (tłum.  „powoli, powoli”) co ma oznaczać powoli, spokojnie, bez pośpiechu, bez nerwów. Jest to odzwierciedlenie ich, pozbawionego stresu i codziennego pędu, stylu życia.  Nie trzeba wybujałej wyobraźni, aby wyobrazić sobie jak wielki dysonans powstaje w sytuacji zderzenia ich kultury z zachodnim, nastawionym na tempo i wyniki, podejściem do dnia codziennego. Kiedy sfrustrowany mieszkaniec zachodniej Europy pomstuje na greckie podejście może usłyszeć najczęściej wypowiadane z przekąsem „wy macie zegarki a my mamy czas” i jest w tym wiele racji. Czas jest bowiem życiem a życie jest w sercu a nie zegarku i to miarą serca powinniśmy mierzyć jego upływ a nie minutami. Podświadomie doskonale zdajemy sobie z tego prawdę, ale robimy bardzo wiele, aby tego nie dostrzec. Czasami myślę, że nasze zegarki nie powinny odmierzać bezimiennych minut ale pokazywać czas w ciągu dnia, w którym poświęciliśmy pełną uwagę komuś innemu, czas w którym byliśmy szczęśliwi, który przeznaczyliśmy tylko dla siebie i w którym uśmiech był widoczny na naszej twarzy. Zamiast datownika powinno się znaleźć na cyferblacie miejsce na licznik dobrych słów, które powiedzieliśmy sami sobie oraz uczynków, które sprawiły przyjemność innym. To byłby doprawdy wartościowy pomiar czasu…

ciułacze czasu

Ciułacze czasu

Czy naprawdę jest istotne, czy na wizytę u fryzjera poświęciliśmy 20 minut, czy godzinę. Czy też ważniejsze jest to, czy ten czas spędziliśmy w miłej atmosferze, a fryzjer poświecił nam wystarczająco dużo uwagi.  Przy czym, wizyta u fryzjera to „pikuś” w porównaniu z innymi ważniejszymi w życiu sprawami jak odpoczynek, czas dla najbliższych, spotkania z przyjaciółmi i rozwijanie swoich zainteresowań. Kiedy brakuje nam czasu na zadania zaplanowane na dany dzień zaczynamy go podbierać z tych obszarów, które w danym momencie wydają się mniej istotne. Przyjaciele ze spotkaniem muszą poczekać na weekend, albo następny tydzień. Dzieci i najbliżsi muszą się zadowolić samą naszą obecnością, bo na rozmowy z nimi nie mamy teraz czasu. Pies musi się nauczyć, że zamiast trzech dłuższych spacerów, które służyły naszemu zdrowiu, od teraz będą tylko dwa krótkie „na siku” a ewentualnie ten wieczorny może zostać lekko wydłużony, jeśli lista zadań na to pozwoli. Sen – no tak, spać trzeba ale kto powiedział, że 6-8 godzin, przecież jak się człowiek zepnie to i 5 albo 4,5 zupełnie wystarczy.

Pod koniec dnia padnięci i przemęczeni padamy do łóżka dumni z tego ile udało się nam zrobić. Jeszcze tylko zanim odpłyniemy w objęcia Morfeusza nastawiamy zegarek na poranne budzenie, aby zerwać się z samego rana i nie marnując dnia pognać naprzeciw oczekującym nas zadaniom.  Jak się dobrze postaramy, to może skrócimy czas dotarcia do pracy o 15 minut, może urwiemy z lunchu 5 minut, w czasie spotkania z innymi jednocześnie odpiszemy na trzy inne maile albo SMS’y. Ludzi tak postępujących Michael Ende w swojej książce „Momo” określa ciułaczami czasu:

Wprawdzie ciułacze czasu ubierali się lepiej niż ludzie mieszkający w okolicy starego amfiteatru. Zarabiali więcej pieniędzy i mogli ich więcej wydawać. Jednakże mieli markotne, zmęczone albo zgorzkniałe twarze i oczy, w których nie było życzliwości. […] Nie mieli nikogo, kto umiałby ich tak słuchać, że stawaliby się dzięki temu mądrzejsi, skłonniejsi do zgody, a nawet pogodni. Ale nawet gdyby znalazł się ktoś taki w pobliżu, byłoby bardzo wątpliwe, czy kiedykolwiek odwiedziliby go – chyba, że można by to było załatwić w pięć minut. Inaczej byłby to czas stracony.

 […]Marzenia uchodziły w ich kręgach niemal za przestępstwo. Najgorzej jednak znosili ciszę. Bo w ciszy ogarniał ich strach, domyślali się bowiem, co dzieje się w rzeczywistości z ich życiem. Dlatego robili hałas, ilekroć groziła im cisza. Nie był to jednak wesoły zgiełk, jak na placu zabaw dla dzieci, lecz hałas wściekły i zły, który z dnia na dzień bardziej wypełniał miasto.

Jak się wydaje, nikt nie zauważył, że oszczędzając czas w rzeczywistości oszczędza coś zupełnie innego. Nikt nie chciał sobie uświadomić, że jego życie staje się uboższe, coraz bardziej jednostajne, coraz zimniejsze. Najdotkliwiej jednak odczuwały to dzieci, bo dla nich nikt nie miał czasu.

Życzę Wam, abyście nigdy nie stali się „ciułaczami czasu” i aby w chwilach kiedy podupadniecie na zdrowiu lub będzie potrzebowali wsparcia innych, był przy Was zawsze ktoś bliski i oddany a nie jedynie zimny i precyzyjny zegarek odmierzający czas bezimiennymi minutami.

filizanka_smallTekst pisałem rozkoszując się pyszną herbatę Rukeri z afrykańskiej Rwandy i w ten sposób dodając kolejną chwilę przyjemności do czasu mierzonego sercem.

Kiedy jest za dobrze, to jest źle…

Często marzymy o tym, aby w naszym życiu wszystko idealnie się układało. Była praca, która daje dobre pieniądze i satysfakcję. Lokum – odpowiednio duże, wygodne i w dobrej lokalizacji oraz ktoś obok, kto wesprze, pocieszy albo fajnie spędzi z nami czas. Zero stresów, zero problemów – po prostu raj. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że to najprostsza droga do tego, aby „umrzeć” za życia.

zmiany oznaczają rozwój

Króliczy raj

Do napisania tego tekstu skłonił mnie film Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego „KRÓLIK PO BERLIŃSKU”. Opowiada on historię dzikich królików, które kiedyś żyły na Placu Poczdamskim w Berlinie. Zaraz po wojnie miasto to było w ruinie, a jednym z najbardziej dokuczliwych problemów był  brak żywności. Ludzie, aby przeżyć na Placu Poczdamskim zakładali grządki i pola uprawne, które wabiły również wygłodniałe króliki z całego miasta. Oczywiście ludzie chronili swoje uprawy zabezpieczając je siatkami, które nie dopuszczały królików. Jednak pewnego dnia, w życiu królików, wydarzyło się coś niespodziewanego. Zostały one, wraz z pasem ziemi, na którym żyły odizolowane od ludzi. Początkowo zasiekami a potem grubym porządnym murem, przez który nie mógł przejść ani człowiek, ani inny niebezpieczny dla królików zwierz. Co więcej, choć po obu stronach pasa ziemi stał mur berliński, na którym aż roiło się od żołnierzy z bronią, nikt nie strzelał do królików w obawie o rozpętanie konfliktu zbrojnego. Tak oto nastał czas idylli i powstało wymarzone miejsce do króliczego żywota. Jedzenia w bród, bark niebezpiecznych drapieżników i innych zagrożeń. Z czasem efekt tego stanu stał się bardzo wyraźny: „Szczęśliwe zwierzęta nie musiały nic robić. Mając to czego pragnęły, zaczęły sprawiać wrażenie jakby otaczający świat przestał je interesować. Stopniowo popadały w bierność i apatię”. Gdyby nic się nie zmieniało, ten stan trwałby nieprzerwanie a króliki mogłyby być tylko bardziej bierne i apatyczne. Jednak natura nie znosi braku zmian i tak też było w tym przypadku. Obalenie muru, zburzyło wieloletni rozdział idealnego świata królików od rzeczywistego świata. Na ich teren wtargnęli ludzie, drapieżniki i miasto. Bierne i apatyczne króliki były zupełnie nieprzygotowane na taki obrót sprawy. Zatracony instynkt i brak umiejętności przetrwania w trudnych i niebezpiecznych sytuacjach doprowadził do zagłady króliczej populacji z poczdamskiego placu.

Szlachetne utrudnianie

Film miał być analogią do zniewolonego przez system komunistycznego społeczeństwa. Niesie jednak za sobą uniwersalne przesłanie dotyczące tego, jak niebezpieczny może być w życiu czas, gdy wszystko zbyt długo idealnie nam się układa. Najczęściej rozkoszujemy się tym stanem i zapominamy, że w życiu nic nie jest stałe a to co jest, z dużym prawdopodobieństwem ulegnie zmianie. Stąd jeżeli mamy tyle szczęścia, że trafił nam się taki czas, to po chwili należytego odpoczynku wzorem szambelana z „Iwony księżniczki Burgunda” Witold Gombrowicz powinniśmy zacząć utrudniać:

Szambelan stawia fotele do góry nogami
Król: Szambelanie, co robisz?
Szambelan: Utrudniam.
Król: Utrudniasz?
Szambelan: Siadanie na przykład. Trudniej usiąść, gdy fotel tak stoi.

Naszym utrudnianiem może być jakiś kurs, czy szkolenie. Podjęcie nowej aktywności czy to sportowej, czy intelektualnej albo podróż do nowego, nieznanego miejsca. Każda sytuacja, w której będziemy musieli sobie poradzić z trudnościami lub staniemy przed jakimś wyzwaniem wymusi nasze działanie i da impuls do aktywności. Dzięki czemu, nie popadniemy wzorem berlińskich królików w stan bierności i apatii, tylko będziemy się ciągle rozwijać.

Chris Sacca, jeden z najbardziej barwnych wiceprezesów w Dolinie Krzemowej, napisał kiedyś na Twitterze, że jedyną rzeczą, jakiej wymagał od ludzi, których miał zatrudnić, było znalezienie się w sytuacji, w której byli zagubieni, sami, w miejscu, w którym nikt nie mówił ich językiem i musieli polegać na łasce i niełasce innych. Czemu było to tak ważne, możecie przeczytać w artykule dostępnym pod tym linkiem.

filizanka_small pisząc o berlińskich królikach sączyłem pyszną chińską herbatę Milk Oolong.

Wiosenny reset – zaktualizuj swoje życie

Kilka dni temu przyszła kalendarzowa wiosna, zapowiadając czas przebudzenia i generalnej odnowy. Na krzewach i drzewach pojawiają się nowe pąki, ziarna niedługo zaczną kiełkować a to, co zapadło w sen zimowy przebudzi się lub zdążyło już to uczynić. Co by się nie działo, z dużym prawdopodobieństwem zetkną się z odmienną sytuacją i warunkami niż te przed nadejściem zimy i będę musiały sobie z tym jakoś poradzić, czyli inaczej mówiąc dostosować do bieżącej sytuacji.

Rozwój osobisty - odnowa

Do sytuacji, która ulega dynamicznym zmianom dopasowuje się nie tylko przyroda. Również nasze smartfony, komputery i wszystkie inne urządzeni podłączone do sieci co rusz wgrywają i instalują aktualizacje – a to nowy system operacyjny, a to nowa baza wirusów do systemu antywirusowego, a to aktualizacja jakiś sterowników. Przyglądając się temu wszystkiemu zadałem sobie pytanie: kiedy aktualizujemy się my – ludzie?

Z całą pewnością robimy to trafiając w życiu na jakieś traumatyczne sytuacje. Często mamy wtedy do czynienia z tak wysokim stresem, że następuje chwilowe przeciążenie naszego systemu (mózg, układ nerwowy) i nasz organizm przechodzi coś w rodzaju całkowitego resetu. Kiedy „podłącza się ponownie” do życia wiele z dotychczasowych zwyczajów, poglądów a czasami i całe podejście do świata ulega zmianie i przeobrażeniu.

Niejednokrotnie takim zwrotnym momentem bywają też dalekie podróże, kiedy dotykamy innych kultur i stylów życia, w których przez jakiś czas musimy funkcjonować. Świetnie ujęła to w swoim facebook’owym wpisie moja przyjaciółka opisując swoją „podróż życia”: „Indie mogą stanowić skuteczną terapię, Jedziesz na pół roku do Indii, albo nauczysz się uważności, akceptacji, spokoju i po prostu luzu, albo zwariujesz od hałasu, brudu, bardzo odmiennych zwyczajów.” ( polecam cały jej wpis wraz z fascynującą fotorelacją tutaj)

Co jednak zrobić, kiedy nie mamy do czynienie z traumatycznym przeżyciem, a perspektywa dalekiego wyjazdu jest odległa. Wbrew pozorom rozwiązanie jest całkiem proste – potrzebujemy się jedynie zatrzymać i pobyć sami ze sobą przez dłuższą chwilę. Warunek jest jeden, nie zagłuszajmy bycia ze sobą muzyką, włączonym telewizorem czy innymi rzeczami odciągającymi naszą uwagę. Spędzenie dłuższej chwili z samym sobą w ciszy i bez zbędnych rozpraszaczy, już dla niektórych z nas może być ekstremalnym przeżyciem. Jeśli jednak masz ochotę na nieco głębsze doświadczenie proponuję skorzystać z poniższej propozycji:

  • Usiądź albo połóż się na podłodze (możesz to zrobić na kocu aby nie było za twardo). Już samo to, że obserwujemy otoczenie z poziomu podłogi, dla większości dorosłych będzie ciekawym doświadczeniem. Sprawdź jak się czujesz będąc tak nisko .Czy to komfortowy poziom dla Ciebie? Czy siedząc lub leżąc na podłodze czujesz się nieswojo, a jeśli tak to zastanów się dlaczego?
  • Kiedy już się oswoisz z przebywaniem na podłodze zamknij oczy i weź kilka głębokich oddechów. Obserwuj oddech – jak powietrze wpływa do Twojego ciała i jak się po nim rozchodzi. Jeżeli czujesz gdzieś w ciele ból albo napięcie postaraj się w wyobraźni skierować oddech w to miejsce. Postaraj się wydłużyć swój wdech i wydech…
  • Kiedy już się wyciszysz i nawiążesz lepszy kontakt z samym sobą. Tym prawdziwym – a nie pędzącym w pośpiechu przez życie – odpowiedź sobie szczerze na cztery poniższe pytania:
  1. Kim jesteś?
  2. Co nadaje sens Twojemu życiu? Co jest w nim największą wartością?
  3. Jak w trzech zdaniach podsumowałbyś swoje dotychczasowe życie?
  4. W co najwięcej zainwestowałeś w swoim życiu (czasu, energii, uwagi, emocji) i z jakim efektem?

Ciekaw jestem jak się będziesz czuł z odpowiedziami, które uzyskałeś. Czy obudzą one w Tobie poczucie zadowolenia i satysfakcji z życia które masz, czy też popchną Cie do jakiś zmian. Jak by nie było, taka chwila refleksji bywa bardzo przydatna i wyrywa nas z codziennego działania na „autopilocie”. Niech to będzie Twój wiosenny reset, który pozwoli Ci zweryfikować czy ta drogą, która podążasz jest tą właściwą, czy też idziesz nią tylko dlatego, że kiedyś na nią wkroczyłeś…

filizanka_small pisałem ten tekst popijając aromatyczny Earl Grey Lawendowy 

Działam, więc jestem

Kartezjusz powiedziała „myślę, więc jestem”, jednak patrząc na to co obecnie dzieje się z naszym społeczeństwem właściwsze współczesności było by chyba stwierdzenie „działam, więc jestem”.  Efektywność i wydajność stały się bowiem bożkami obecnej kultury a my hołdując im na co dzień nawet nie zauważamy jak gubimy kontakt z naturą i samym sobą. W pracy staramy się wyrobić normy i wskaźniki. Wiele reklam zachęca nas do tego, aby być fit i activ, nawet jeśli dopada nas choroba podobno ma nam wystarczyć jedna tabletka aby pokonać grypę i beztrosko śmigać na narciarskich stokach, albo brać udział w rajdach samochodowych. Jakby tego było mało, w życiu prywatnym sami sobie równie często nakładamy kaganiec efektywności.  Wystarczy tylko spojrzeć na te wszystkie smartfonowe aplikacje, które mierzą, ważą i oceniają każdą naszą aktywność w ciągu dnia i pilnują abyśmy zbytnio się nie lenili. Wcześniej, nigdy w życiu nie wiedziałem ile dziennie zrobiłem kroków, ile metrów przebiegłem i jak dużo kalorii spaliłem. Tymczasem teraz mija połowa dnia a w mojej komórce już pojawia się komunikat „zwiększ swoją aktywność, zrealizowałeś 70% swojego planu”. Kończy się miesiąc a kolejna aplikacja podsyła mi raport mojej aktywności miesięcznej i porównuje ja z aktywnością grupy znajomych.  Porównaniom, raportom i wynikom nie ma końca.

Rozwój osobisty - Life factory - pęd

Ostatnio dopadła mnie grypa i ścięła z nóg wysoką gorączką na kilka dni. Jak to zazwyczaj zwykłem czynić, postanowiłem fakt choroby potraktować jako nowe ciekawe doświadczenie i czegoś się z niego nauczyć. Po pierwsze uświadomiłem sobie, że wirus który mnie zaatakował mógł zdobyć kontrole nad moim ciałem tylko dlatego, że w poprzednich dniach byłem tak aktywny, że aż przemęczony i chronicznie niedospany. Co oczywiście istotnie wpłynęło na obniżenie odporności mojego organizmu. Po drugie, doświadczyłem uczucia prawie nic nie robienia. Nie zadziałały cudowne tabletki, po których to miały mi jak ręka odjął zniknąć objawy grypy, a brak energii i osłabienie spowodowały to, że po wykonaniu najprostszej czynności musiałem się zdrzemnąć na pół godziny, aby odzyskać siły. Każdy z początkowych dni choroby był wyjątkowo mało efektywny i wydajny, a mój mózg w reakcji na ten fakt zaczął wariować i odpalać katastroficzne filmy o przyszłych wydarzeniach. Czułem się winny, że nic nie robię i nie działam. Miałem wrażenie, że coś mi umyka, że coś tracę a tym samym wzrastał poziom stresu, który raczej nie wspierał mnie w dochodzeniu do zdrowia. Spirala poczucia winy i stresu, narastała przez kilka dni, aż do momentu kiedy zdałem sobie z tego sprawę i świadomie zdecydowałem, że choroba oznacza czas na odpoczynek i regenerację.

Powstaje teraz pytanie, jak wielu z nas i jak często w dniu codziennym przystaje i zadaje sobie pytanie za czym i dlaczego pędzę. Czy faktycznie odhaczenie kilku dodatkowych załatwionych spraw jest warte zarwanie np. dwóch godzin snu. Czy życie w biegu i nieustającym pośpiechu nie zwracając uwagi na sygnały z naszego ciała o przemęczeniu i konieczność chwilowego przystopowania ma sens.  Czy faktycznie bardziej wartościowe jest zrobienie dodatkowych 2 tys. kroków, czy może lepiej się zdrzemnąć na pół godziny w ciągu dnia. Czy rzeczywiście ma sens ciągłe porównywanie się z innymi. Czy tylko fizyczna wydajność się liczy, czy równie ważny jest psychiczny relaks. Za każdym razem kiedy mam nerwowy czas, wspominam sobie jedną z wczesnojesiennych weekendowych wycieczek na Kaszuby i moment kiedy razem z moją drugą połową leżeliśmy przez półgodziny na lekko kołyszącym się pomoście w promieniach słońca, wsłuchując się w plusk wody i śpiew ptaków. Według mojej smartfonowej aplikacji do mierzenia aktywności był to czas nieefektywny i zmarnowany,  natomiast według mnie jeden z lepiej wykorzystanych…

filizanka_small tekst pisałem popijając magiczną herbatę Mango Tango

Rozpieprz schemat

Nie jestem zwolennikiem siłowego wprowadzania zmian w naszym życiu. Wole dłużej trwające procesy, czy też metamorfozy, pozwalające na stopniowe oswajanie się z tym co się z nami dzieje.  Uznaje jednak, że są w naszym życiu pewne tak głęboko zakorzenione schematy postępowania czy funkcjonowania, iż nie da się ich zmieniać w „pokojowy” sposób. Wymagane jest w tym przypadku jedno ostre cięcie, które wywróci wszystko do góry nogami i pozwoli zbudować nowe zasady postępowania na przyszłość.

Rozwój osobisty - Life factory - rozpieprz to!

Nie zmieniaj, nie modyfikuj tylko rozpieprz z całym impetem to co chcesz wykorzenić lub całkowicie przebudować. Jednak zanim się do tego zabierzesz wyczekaj na odpowiedni moment. Musisz mieć wystarczająco dużo siły i energii. Nie ma chyba jakiegoś jednego sposobu, który podpowie po czym poznać ten moment, po prostu musisz to wewnętrznie poczuć.

W moim przypadku takim skostniałym schematem było przekonanie, że układ mebli w dużym pokoju jest jedynym najbardziej ergonomicznym ze wszystkich możliwych. Kiedy go meblowałem 10 lat wcześniej, moje życie było na innym etapie i także czego innego od niego oczekiwałem. Co najmniej już od pół roku chodziła za mną myśl, aby coś tu pozmieniać i poprzestawiać. Potrzebowałem tchnąć nową energie w to miejsce. Jednak ile razy o tym myślałem, w mojej głowie pojawiało się przekonanie, że inaczej nic w tym pokoju poustawiać się nie da. A jak nawet bym coś poprzesuwał, to tylko zmieni się na gorsze. Tak było do jednego piątkowego popołudnia, kiedy to zabrałem się za sprzątanie mieszkania. Kiedy wkroczyłem z odkurzaczem do dużego pokoju, nagle poczułem, że to jest moment na zmianę. Byłem pełen energii i podejścia „niech się dzieje, co chce”. Założyłem, że jak zmiany nie wypalą to najwyżej postawię wszystko tak jak wcześniej stało.  Włączyłem muzykę i zacząłem przesuwanie i przenoszenie całego wyposażenie pokoju. Nie trafiłem za pierwszym razem, ale po jakiś 30-40 minutach pojawił się nowy, mocno nowatorski układ. Wielki szklany stół, przestał być centralnym punktem pokoju i wylądował pod oknem, otworzyło to swobodny dostęp do kanapy oraz uwolniło sporo pustej przestrzeni pośrodku pokoju. Z pomieszczenia o częściowo biurowym charakterze, pokój zmienił się w bardzo przytulny i domowy. Sam byłem zaskoczony, tym jak szybko i dobrze mi poszło.  Pozostało tylko dokończyć odkurzanie.

Zmiany się dokonały i choć byłem zadowolony z ich efektów, to zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. Na całe szczęście znajomi, którzy mnie odwiedzili w weekend potwierdzili zasadność mojego działania i bardzo chwalili nowy układ mebli. To co się jednak potem stało było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem. Zmiany w ustawieniu pokoju, wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności (jedna zmiana, pociągnęła za sobą kolejne), spojrzałem na niektóre aspekty mojego domowego życia z innej perspektywy i tutaj też dokonałem zmian. Przez kilka pierwszych poranków, nie mogłem się szykować do pracy na zasadzie automatycznych odruchów, bo wszystko teraz leżało w innym miejscu i już od pierwszych chwil przeżywałem poszczególne dni w pełni świadomie i uważnie. Miałem też niezły ubaw z samego siebie, kiedy wpadałem do domu i chciałem odruchowo coś rzucić na stół, a zamiast niego trafiałem na pustkę i musiałem zatrzymywać się w połowie ruchu. W ciągu trzech kolejnych tygodni od tego przemeblowania, uporządkowałem jeszcze parę innych domowych kwestii i z efektów całości jestem mega zadowolony.

Rozwój osobisty - Life factory - schemat

Jak mawia znajomy lekarz, z niektórymi sprawami w życiu trzeba postępować jak z wrzodem. Nie nakłuwać go delikatnie i zakładać sączek, bo cała sprawa będzie się ciągnąć w nieskończoność i babrać niepotrzebnie. Tylko, choćby miało na mement zaboleć, trzeba ciąć po całości i z jednym zamachem oczyścić ranę. Uczucie ulgi, które potem przychodzi jest nie do zapomnienia.

Pozostaje teraz pytanie, czy i Ty nie masz jakiejś zaległej sprawy do uporządkowania, albo czy jakiś zakorzeniony w Tobie schemat postępowania nie ogranicza Twojej swobody działania. Jeżeli coś takiego Ciebie dotyczy, poczekaj na odpowiedni moment przypływu energii i działaj, ale nie delikatnie i powoli, tylko na całego.

filizanka_small  w pisaniu tego tekstu wspierała mnie zielona herbata imbirowo-cytrynowa GREEN TEA GINGER LEMON

Kiedy puka nowe…

Jest czas kiedy mamy poukładane życie, wszystkie tematy są ogarnięte a potrzeba bezpieczeństwa jest dopieszczona w każdym obszarze. Wszystko wiemy, wszystko znamy, każde działanie weszło w określony schemat lub nawyk. Ryzyko, niczym spasiony kot wygrzewa się na piecu i nie ma ochoty na działanie. Jedynie od czas do czasu ziewnie nieznacznie wprawiając w lekkie drganie nutę niepokoju. Jest miło, ciepło i przytulnie, gdy nagle… do drzwi puka nowe.

Rozwój osobisty - Life factory - nowe

Ono zawsze puka, bo przychodzi z zewnątrz. Wszystko co wewnątrz, już znamy. Puka i burzy nasz rutynowy, bezpieczny porządek. Stoi u drzwi i się niecierpliwi a my rozdarci nie wiemy czy drzwi ryglować, czy też je uchylić. Intuicyjnie bowiem czujemy, że gdy wpuścimy nowe nigdy już nie będziemy tą samą osobą. Zetknąwszy się z nowym, doświadczywszy go – zawsze i na zawsze zostaniemy zmienieni. Jest to zjawisko nad wyraz ryzykowne, bo trudno przewidzieć co nowe niesie ze sobą, czy jest przyjazne, czy wrogie. Jeśli chcesz się tego dowiedzieć nie masz wyboru i musisz otworzyć drzwi. Tu nie ma miejsca na ich lekkie uchylenie, bo kiedy jedynie muśniesz nowe, to nie poznasz go do końca i nie doświadczysz prawdziwej zmiany.

Oczywiście, można zostać ze starym nie otwierając drzwi. Wrócić na kanapę i włączyć telewizor, żyjąc życiem serialowych bohaterów lub fascynując się dokonaniami uczestników kolejnych talent show’ów. Niemniej jednak, wcześniej czy później stare zacznie uwierać.  Jest bowiem jak politycy. Początkowo sporo obiecuje, ale nigdy nie spełnia wszystkich obietnic. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale szczęścia często już zapewnić nie może. To wtedy rodzą się frustraci. Nie znoszą swojej pracy, jednak nie ryzykują zmiany, bo nowa nie daje gwarancji, że będzie lepiej. Żyją w toksycznych związkach, ale nic z tym nie robią, bo nikt ich nie zapewni, że znajdą nowy. Jest też ryzyko, że jak nawet taki się trafi, to nie będzie lepszy od obecnego. Czasami nawet nachodzi ich taka myśl, że może jednak otworzyć się na coś nowego, ale kiedy to przemyślą szybko kalkulują nieopłacalność ryzyka. Umysł bowiem zawsze jest stary. Przechowuje w sobie pamięć całej twojej przeszłości i ma już wypracowane rozwiązania na wszystko co Ci się przydarzyło.  Nie lubi i boi się nowego.

Rozwój osobisty - Life factory - ruina

Mimo to, nie żyjemy w wyizolowanym środowisku i ono zawsze jakoś na nas wpływa. Zatem jakby nasz umysł się nie starał, nowe przychodzące z zewnątrz wciąż stuka do naszych drzwi. Stare natomiast staje się powtarzalne, nudne i monotonne a co za tym idzie pokusa zmiany staje się jeszcze silniejsza. Musimy się jednak mieć na baczności, bo umysł nie jest do końca bezbronny. Potrafi wytworzyć iluzję zmiany a wspiera go w tym powszechny konsumpcjonizm i pogoń za karierą. Tchórzymy przed zmianą siebie, ale mamy poczucie rozwoju bo nasze konto w banku się powiększa. Zaczynamy się lepiej ubierać i jeździć lepszym samochodem przez co sądzimy, że inni nas bardziej szanują. Piastujemy coraz to nowe stanowiska i nasze nazwisko staje się bardziej znane a my czujemy się potężniejsi . Jednak to tylko zwodnicza sztuczka umysłu. Nie jesteś swoim kontem, nie jesteś też swoim nazwiskiem. Wystarczy, że samotnie wybierzesz się w góry lub zapuścisz w głąb ciemnego lasu a wtedy nawiążesz kontakt z naturą i samym sobą. Zobaczysz też wtedy, jak w tej sytuacji twoje konto czy nazwisko są nieistotne.

Kiedy więc następnym do Twoich drzwi zastuka nowe, przypomnij sobie słowa „Strach nie zapobiega śmierci. Zapobiega życiu” i otwórz je szeroko.

filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie pysznej czarnej herbaty Żar pustyni