Archiwa kategorii: lifeBalance

Czego uczy mnie joga cz. IV – ograniczenia w naszej głowie

Dzisiaj kolejna cześć jogowego cyklu, którą postanowiłem poświęcić mieszkającym w nas ograniczeniom. Chcąc komuś dodać otuchy i popchnąć go lekko do podjęcia jakiegoś działania i pokonania strachu lub obawy mówimy często uwierz w siebie, jesteś świetny na pewno dasz radę. Jeśli faktycznie uwierzy, może niejednokrotnie dokonać rzeczy, które uważał wcześniej za niemożliwe.

Rozwój osobisty - Life factory - mata do jogi

Kilka lat temu oglądałem film dokumentalny, o tym jak w ekstremalnych sytuacjach zagrażających czyjemuś lub naszemu życiu potrafimy użyć tak potężnej siły, jakiej zgodnie z naukowym podejściem do fizjologii naszych ciał nie mamy szansy osiągnąć. Zapamiętałem szczególnie dwóch mężczyzn, którzy uratowali kierowcę z zakleszczonej po wypadku kabiny pick-up’a, w której wybuchł pożar. Ni jak nie dało się otworzyć zakleszczonych drzwi a opcja wyciągnięcia kierowcy przez przednią szybę, ze względu na ustawienie samochodów po wypadku, nie wchodziła w rachubę. Jeden z tych mężczyzn pod wpływem impulsu wskoczył na boczne drzwi kabiny i chwyciwszy za ich górną część, tuż nad szybą,  zgiął je w połowie gołymi rękoma. Kiedy po jakimś czasie próbował ponownie choć na milimetr zgiąć lub odgiąć te same drzwi, przy użyciu całej swojej siły, metal nawet nie drgnął. Naukowcy badający jego ścięgna, mięśnie i stawy w rękach wyliczyli, że teoretycznie nie mógł on dysponować wystarczającą siłą do zgięcia tak grubego metalu. Sprawdzili także drzwi, które nie miały żadnej wady, która ewentualnie pomogła by w ich wygięciu. Wysnuli jedynie wniosek, że najprawdopodobniej pod wpływem tak wysokiego stresu, u tego mężczyzny pojawił jakiś impuls, który wyzwolił w jego ciele przepotężną dawkę energii.

Zajęcia jogi mają to do siebie, że są spokojne i nie mamy szansy doświadczyć na nich, aż tak ekstremalnych sytuacji jak powyższa. Zatem z jednej strony, nie mamy się co spodziewać „cudownego” impulsu przepotężnej energii ale z drugiej, działając z uważnością i w skupieniu łatwo możemy zauważyć rożne procesy i relacje zachodzące pomiędzy naszym ciałem a głową. Piszę o tym, bo na zajęciach jogi udało mi się już zrobić dwie rzeczy na pozór dla mnie niemożliwe i miałem tę możliwość, że przy zachowaniu pełnej świadomości obserwowałem co się ze mną dzieje.

Sytuacja I – stajemy na głowie

Kiedy na jednych z zajęć moja nauczycielka powiedziała, że przesuwamy maty pod ścianę i będziemy teraz ćwiczyli stanie na głowie, mój mózg oszalał. Zapaliły się w nim wszystkie lampki kontrolne, zawyły wszelkie alarmy a przez głowę przebiegła myśl „ona chce mnie zabić”. Kolejne myśli to:

  • „odpuść sobie, przecież boli Cię bark” – faktycznie, miałem bardzo lekką kontuzję, ale to była by zwykła wymówka.
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – faktycznie, stanie na głowie przy ścianie, to koszmar mojego dzieciństwa. Pomimo wielu prób, nigdy mi to nie wyszło na wf-ie.
  • „jesteś początkujący, za szybko na tą pozycję” – zaskakujące było dla mnie to, że mój mózg, który wcześniej nie miał do czynienia z jogą, teraz „ekspercko” ocenia co jest właściwe na tym etapie zaawansowania.

W tym czasie prawie wszyscy byli już z matami pod ścianą, więc było głupio siedzieć samemu na środku sali. Ruszyłem za nimi i postanowiłem spróbować, choć w mózgu ostrzegawcze lampki i alarmy pracowały na pełnych obrotach. Pojawiło się jednak dziwne uczucie, gdzieś w ramionach i górnej części pleców – tak jakby moje ciało krzyczało: ja chcę, dam radę. Więc spróbowałem; ręce i głowa odpowiednio ustawione, wybijam się nogami w górę i gdzieś tak w połowie ich drogi do ściany, jakby coś mnie ściągało w dół. Zdążyłem tylko wierzgnąć nogami i z powrotem wylądowałem na ziemi. Prób było kilka, podobnie nieudanych ale czułem się jakoś dziwnie, bo ciało mówiło „próbuj, fruwaj” a mózg syczał „siedź na macie i nie chojrakuj”. Zresztą przy każdej próbie miałem poczucie, że ciało może a to chyba mózg włącza strach i zatrzymuje mnie w połowie drogi do góry. Zaryzykowałem i postanowiłem całkowicie zaufać ciału, zakładając że najwyżej pierdyknę w ścianę z gracją nosorożca po czym osunę się na ziemie z nogami w górze rozbawiając pozostałych. Ostatecznie jest coś takiego jak „joga śmiechu” więc czemu nie mogę być jej nauczycielem. Mózg zdezorientowany moją desperacką decyzją, nie zdążył pozbierać się na czas i włączyć w odpowiednim momencie blokady/strachu. Stałem na głowie wyprostowany jak struna i czułem się wspaniale. Czułem jak przez rozgrzane wcześniej ćwiczeniami ciało płynie energia i zadowolenie.

Rozwój osobisty - Life factory - ograniczenia

Sytuacja II – robimy wygięcia w tył, czas na mostek

No dobra wiedziałem, że to tydzień pozycji z wygięciami do tyłu. Gnę się zatem ochoczo do tyłu i to w pionie, poziomie i na leżąco. Idzie nieźle i jest nawet przyjemnie. Ciało po wcześniejszym silnym wygięciu w tył jest rozluźnione i jakby lżejsze, kręgosłup miło rozciągnięty… Nagle, miło się kończy! Mamy położyć się na plecach i będziemy robić mostek – nauczycielka demonstruje, wyjaśniając na co zwrócić uwagę. Co napiąć i co jak ustawić, aby się dźwignąć w górę w piękny łuk. Moje oczy to widzą, ciało zachowuje pozycję zrównoważonego obserwatora a wokół niego… biega mózg z podkulonym ze strachu ogonem. Tak, tak lampki też błyskają i syreny wyją. Generator myśli daje czadu:

  • „a jak się wygniesz i potem nie złożysz” – cóż za przewrotność, ja nawet nie jestem pewien czy się w taki łuk wygnę, a ten się martwi jak z niego bezpiecznie wyjdę;
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – mój kolejny koszmar z wf-u, nawet teraz pamiętam te wszystkie stęknięcia i sapnięcia na szkolnym materacu, kiedy to z leżenia na plecach bezskutecznie próbowałem dźwignąć ciało do łuku;
  • „ona powiedziała, że to łatwiejsza pozycja z tych ZAAWANSOWANYCH ” – nie jestem zaawansowany, więc pewnie lepiej odpuścić.

Głupio jednak tak siedzieć skoro inni próbują. Jedna, druga, trzecia próba… się dźwigam, biodra w górze, ale głowa zostaje na macie. Jakaś blokada powstrzymuje mnie przed tym momentem, w którym oderwę całą siłą ramion górną część ciała, pozostawiając na ziemi jedynie dłonie i stopy. No tak, w górnej części ciała mieszka sobie mózg i nie chce wyrżnąć o ziemie jeśli mi nie wyjdzie. Ciało jednak jest ochocze do tego eksperymentu, ręce mam silne więc nie powinno być problemu. Kładę się na macie i korzystam z ostatniej deski ratunku – podstępu. Uruchamiam ciekawość, chcę zobaczyć, poczuć jak to jest tak się wygiąć, jak będzie wyglądał świat z takiej perspektywy. Ostatnia próba, napinam ręce, ściągam łopatki i z brzucha oraz ramion wypycham ciało do góry. Jest cudownie, nie znałem jeszcze takiego uczucia w kręgosłupie. To nic, że mostek jest trochę krzywy a ja się lekko kolebię. Ważne, że to zrobiłem a na dopieszczanie pozycji przyjdzie czas później.

Rozwój osobisty - Life factory - sala do jogi

Obie te sytuacje nauczyły mnie nie ufać do końca mojej głowie. Pozwoliły także zbudować punkty kontrolne, które dadzą mi znać, że mózg mnie blokuje. Znalazłem też dwie metody na jego pokonanie:

Już kiedyś Ci nie wyszło – to ewidentny znak, że mózg żyje przeszłością. Odszukał w zakamarkach pamięci związane z tą sytuacją niepowodzenie i teraz przenosi tamte wspomnienia na teraźniejszość. Nie uwzględnił jednak faktu, że dużo się od tamtej pory zmieniło (teraz mam znacznie mocniejsze i lepiej wysportowane ciało niż za młodu). Nie wziął pod uwagę, że obecna sytuacja dzieję się w innych uwarunkowaniach (nie jestem po krótkiej rozgrzewce na wf-ie, tylko po ponad godzinie ćwiczeń i pozycji przygotowujących moje ciało do tego co mam teraz zrobić). To co trzeba zrobić, to szybko przełączyć się na bycie „tu i teraz”. Pomyśleć, że możemy ten moment w naszym życiu napisać od nowa, zupełnie ignorując przeszłość. Hasło „niech się dzieje, co chce” powinno zostać naszą sztandarową myślą tego momentu.

To nie jest odpowiedni poziom dla Ciebie – mózg odwołuje się do starego tricku. Ubiera się w strój eksperta, tak samo jak zwykli aktorzy w reklamach zakładający na siebie fartuchy lekarskie i reklamujący jakieś tam suplementy. Trzeba się na moment zatrzymać i przestać ślepo wierzyć w każdą myśl z naszej głowy. Wystarczy się zastanowić, kiedy to nasz mózg miał szansę osiągnąć poziom eksperta w danej dziedzinie, aby nam mówić co jest właściwe a co nie, na tym etapie zaawansowania. Skoro mózg stosuje tricki, to i my możemy. Musimy po prostu uruchomić autentyczną ciekawość jak to będzie, gdy coś zrobimy. Jak się będziemy czuli, co wtedy zobaczymy i jakie nowe doświadczenie zdobędziemy. Mózg jest łasy na informacje, więc pewnie ulegnie tej pokusie.

Po tym wszystkim już wiem czemu w coachingu tak skutecznym jest pytanie „A gdybyś mógł, to co byś zrobił” lub „A gdybyś mógł, to jakby to wyglądało”. Zarazem jestem przerażony tym, jak wiele razy w swoim życiu mogłem ulec fałszywym podszeptom mózgu i ilu rzeczy nie zrobić, które były w zasięgu moich możliwości.

filizanka_small  przy pisaniu towarzyszyła mi zielona herbata YOGI TEA GREEN BALANCE zwana „Zieloną harmonią”

Redukcja życiowego biegu

Downshifting to modny od kilku lat termin, który w przypadku samochodu oznacza redukcję biegu, natomiast w obszarze rozwojowym, czy też życiowym odnosi się do zwolnionego stylu życia. Mówiąc inaczej downshifting to podejmowanie się mniej wymagających zobowiązań w celu utrzymania zdrowego stylu życia.

Rozwój osobisty - life factory - downshifting

Początkowo tym terminem określano zamiany jakie wprowadzali w swoim życiu zawodowym zwolennicy tego trendu. Oznaczało to dla nich zwolnienie zawodowego tempa oraz rezygnację z pogoni za stanowiskami na rzecz pracy mniej prestiżowej i za mniejsze pieniądze, która dawała im w zamian więcej zadowolenia i wolnego czasu. Sam osobiście znam osoby z dużej korporacji, które poprosiły o zmianę stanowiska na znacznie niższe, bo nie wytrzymywały presji i odpowiedzialności na pozycji menadżera. Są wśród nich i tacy, którzy sobie z tą presją radzili na pozór bardzo dobrze, ale w trakcie wizyty u masażysty poczuli jak straszliwie jest pospinane ich ciało i ile bólu kryje się w mięśniach, którego na co dzień nie czują bo ich mózg jest zalany adrenaliną nakręcającą do działania. Znam i takich, którzy dokonali spektakularnej zmiany w podejściu do życia zawodowego po wakacjach spędzonych w małym domku na jednej z greckich wysp. Bardzo też lubię jednego menadżera, który zamienił eksponowane stanowisko dyrektora departamentu w ogromnej firmie po tym jak jego syn, któregoś dnia powiedział: „tato, ja cię prawie nie znam, bo tak rzadko bywasz w domu i to zawsze wtedy kiedy ja poszedłem już spać”. Bliski jest też mi przykład kasjerki z mojego osiedla, która pracowała w jednej z sieci sklepów spożywczych z towarami z wyższej półki. Wiecznie spięta, nadąsana i nie do końca miła. Kiedy ten sklep przejęła inna firma i pojawiło się ryzyko zwolnień zdecydowała się przejść do niewielkiego, osiedlowego kiosku w jednym z pobliskich pawilonów. Przemiana, która w niej nastąpiła jest jedną z najbardziej spektakularnych jaką znam. Choć zamiast wyszukanych produktów spożywczych sprzedaje gazety, proszki, kosmetyki i robi ksero to nigdy jej w tym miejscu nie wiedziałem spiętej, czy zdenerwowanej. Co więcej, raz dostałem nawet przyjazną burę za to, że sam stoję i szukam jakiejś gazety, zamiast o nią zapytać bo przecież od tego ta ekspedientka tu jest, aby pomagać w takich sprawach. Powiem szczerze, atmosfera w tym kiosku jest tak fajna, że aż czasami nie chce się niego wychodzić.

Rozwój osobisty - Life factory - downshifting 1

Nie zawsze też w zmianie życia zawodowego chodzi o presję i eksponowane stanowisko. Czasami kluczem do zmiany jest chęć fizycznego poczucia, dotknięcia efektu swojej pracy. Siedząc w biurze przy excelowych tabelkach, dziesiątkach maili i oglądając kolejne multimedialne prezentacje nowych pomysłów przez cały czas funkcjonujemy w wirtualnym świecie. Możemy podpisywać milionowe kontrakty, podejmować decyzje, które decydują o losie dziesiątek pracowników ale w ich konsekwencji doświadczamy tylko papierowego dokumentu umowy albo elektronicznej wiadomości zawierającej w paru słowach naszą decyzję. To właśnie z tego względu coraz bardziej popularne stają się warsztaty garncarstwa, majsterkowania czy renowacji mebli. Kiedy zajmująca wysokie stanowisko Pani dyrektor zamienia wyszukany strój na dresy i przez 4 godziny papierem ściernym usuwa warstwę starego lakieru z ramy zabytkowego fotela, to może doświadczyć czegoś w jej pracy zawodowej nieosiągalnego. Mianowicie, od razu będzie mogła zobaczyć efekty swojej pracy i poczuć je bardzo dosłownie (zapach rozgrzanego drewna i lakieru, gładkość zeszlifowanej powierzchni itd.). Rzemiosło potrafi uwieść swoją magią tworzenia i wytwarzania oraz bezpośredniego obcowania z materiałem, nad którym pracujemy.

Z czasem powyższe podejście do życia zawodowego przeszło też na życie prywatne, w którym najczęściej oznacza przeciwstawienie się modnemu obecnie konsumpcjonizmowi. Przejawia się to w niekupowaniu tego czego nie potrzebujemy i generalnie prostszym życiu. Zaoszczędzone w ten sposób czas i środki finansowe mogą zostać przeznaczone na to co jest dla nas naprawdę ważne i co sprawia nam autentyczną przyjemność. Zamiast pędzić w weekend do centrum handlowego na kompulsywne zakupy i zapełnianie i tak już przepełnionych szaf, możemy usiąść w domu z kubkiem pysznej herbaty i w skupieniu pokolorować kolorowanki dla dorosłych. Jest ich obecnie pełno w księgarniach i choć na pierwszy rzut oka ta propozycja brzmi dziecinnie, to kiedy zaczniemy takie kolorowanie nasz umysł się uspokoi, wyciszy a my odczujemy satysfakcję z naszej pracy. Możemy przestać oglądać telewizję i dzięki temu zyskać czas na zabawę z dziećmi, ulubionym zwierzakiem albo odgruzowanie naszego mieszkania ze starych i niepotrzebnych dokumentów, gazet i ubrań. Możemy też wolny czas poświęcić na wyszukiwanie tanich biletów i organizować co weekend wypady w nieznane, albo znane i lubiane. Równie interesującą alternatywą może być oddanie się fotografii, pisaniu bloga czy wolontariatowi w organizacjach społecznych, które realizują ważne dla nas cele. Możliwości w tym obszarze są praktycznie nieograniczone, tak samo jak w poszukiwaniu oszczędności. Moja dobra znajoma kilka dni temu kupiła od zawodowego grafika używany zestaw z komputerem stacjonarny, na którym teraz szaleje z obróbką zdjęć . Kosztował ją ¼ ceny, jaką musiałaby dać za nowy laptop o takich parametrach. Ma swojego starego laptopa do innych spraw, a tutaj wystarczyło żeby się mentalnie przestawiła i zaakceptowała fakt zestawu stacjonarnego oszczędzając dzięki temu pieniądze i zyskując dodatkowo sporej wielkości monitor.

Rozwój osobisty - Life factory - downshifting 2

Ekstremalni downshifting’owcy mają tylko po 3 koszulki i równie niewiele pozostałych ubrań. Do tego dochodzi kilka elektronicznych urządzeń do kontaktu ze światem i jeszcze parę drobiazgów, tak aby wszystko zmieściło się w walizce. Dodać jeszcze należy rower do przemieszczania, bo po co płacić za samochód albo komunikację miejską. Na koniec niewysoka pensja, tak aby łatwo było zmienić pracę i przenieść się do innego miasta, czy kraju. Książek nie mają bo korzystają z bibliotek lub internetu, mieszkań nie kupują bo wolą wynajmować i to najczęściej z kimś na spółkę. Główna zasada im mniej rzeczy materialnych i zobowiązań, tym większa wolność i swoboda wyboru tego co się w życiu robi.

Czy to droga dla wszystkich – zdecydowanie nie! Niemniej pokazuje ona jedno z możliwych podejść. Może Cię zainspirować do jakiś zmian, albo chociażby skłonić do zastanowienia nad tym co jest naprawdę dla Ciebie ważne. Co więcej chcę Ci odrobinę w tym pomóc:

Znajdź chwilę spokojnego czasu w domu i przyjrzyj się uważnie i świadomie wszystkiemu co Cię otacza. Poszczególnym szafom, półkom, wyposażeniu kuchni, ilości kosmetyków w łazience itd.. Miej przy sobie notes i zapisuj dwie listy. Czego możesz się pozbyć już teraz oraz z czego możesz zrezygnować na przyszłość, gdy skończy się to co masz (np. wyrąbana w kosmos ultra relaksująca i dotleniająca sól do kąpieli).

Kiedy skończysz usiądź i zastanów się teraz jakie niezbędne rzeczy byś kupił, gdyby Twoje mieszkanie doszczętnie spłonęło z całym Twoim dobytkiem (nic się nie uratowało) a Ty miałbyś do dyspozycji jedynie 10 tys. PLN

Jak skończysz porównaj dwie pierwsze listy z tą zrobioną ostatnio. Jakie wnioski Ci się nasuwają? Co sądzisz o rzeczach, które masz teraz lub kupujesz je regularnie a nie ma ich na żadnej z list?

filizanka_small  przy pisaniu tego artykułu towarzyszyło mi drugie parzenie pysznej zielonej herbaty Gunpowder Temple Of Heaven

Czy pamięć jest darem?

Skoro czytasz ten wpis masz już pewnie swoje lata i mnóstwo wspomnień z całego swojego życia. Tak już  bowiem mamy, że staramy się każde zdarzenie, każdy przypadek, sytuację czy spotkanego człowieka skrupulatnie zachować na przyszłość wkładając go do plecaka zwanego pamięcią. Sam się kiedyś złapałem na tym, że stojąc na jednym ze szczytów Krety, w miejscu pustym o pięknej panoramie i latających nad głową orłach stałem w milczeniu starając się jak najbardziej chłonąć to miejsce i jak najwięcej z niego zapamiętać. Dziś postąpiłbym inaczej, starałbym się nawiązać kontakt z tym miejscem i przez chwilę poczuć się jego częścią – nie zapamiętywać a czuć! Czuć zapach powietrza, zapach ziół, dotyk wiatru na twarzy i grę promieni słońca na skórze. Może nawet na chwile położyłbym się na poboczu i tak praktycznie nieużywanej drogi, aby poczuć tętno i wibracje góry. Stopiłbym się z „tu i teraz” i niczego nie kolekcjonował na przyszłość.

Rozwój osobisty - Life factory - pamięć

Plecak zwany pamięcią, ma tę właściwość, że chętnie chłonie te dobre, ale również i te złe wspomnienia. Jeżeli kiedyś ktoś nam powiedział, że czegoś nie potrafimy, albo do czegoś się nie nadajemy a my zapamiętaliśmy te słowa – to towarzyszą nam one przez cały czas aż do teraz. Stają się mimowolnie naszym ograniczeniem, w które zaczęliśmy wierzyć dawno temu i teraz kurczowo się go trzymamy. Tym samym nie podejmując żadnych prób aktywności w obszarze, którego to wspomnienie dotyczy.

Tak oto, to co przechowujemy w plecaku przeszłości wpływa na naszą teraźniejszość. Definiuje nas, ogranicza, a bywa że i przytłacza skutecznie podcinając skrzydła. Na pozór doświadczenie ułatwia życie, bo pamiętamy np. że dotykanie gorącego czajnika nie jest dobrym pomysłem i potem unikamy powtórzenia tej sytuacji. Jeżeli jednak rozpamiętujemy fakt, że jeden z naszych przyjaciół nas kiedyś oszukał, to tym sposobem już nigdy możemy nie nawiązać nowej przyjaźni. Mózg na hasło „przyjaźń” szybko zaczyna grzebać w plecaku, odnajduje przykurzone niekorzystne wspomnienie i już wie co robić – wszak przyjaźń jest bolesna.

Rozwój osobisty - Life factory -plecak

Zadziwiające jest to jak bez opamiętania dokładamy do plecaka nowe wspomnienia, zupełnie nie zwracając uwagi na jego wielkość i ciężar.  Rośnie z każdym rokiem, coraz bardziej wżynając się w nasze ramiona i dociskając nasze plecy do ziemi. My jednak nakładamy na niego slogan „doświadczenia” i jesteśmy wręcz dumni z jego wielkości. Dźwigamy go z uporem i determinacją godną lepszej sprawy. Jakbyśmy nie mieli dostępu do oczywistej prawdy, że wszystko przemija. Mijają godziny, lata, pojawiają się jacyś ludzie i potem odchodzą, być może dlatego że wykonali już swoje zadanie w naszym życiu zaplanowane dla nich przez los. Pamiętamy i przywołujemy  ich słowa, dzieła i czyny zapominając jednak często, że były one wypowiadane w innym kontekście i czasie.

Pozostaje pytanie po co targamy ten plecak? Do czego nam się przyda w momencie kiedy dojdziemy do ostatnich minut naszego życia? Może zatem to całe nasze poświęcenie nie ma sensu, może dźwigamy go z pychy, bo wierzymy że śmierć nas nigdy nie dosięgnie. Nie zachęcam do całkowitej amnezji i porzucenia pamięci. Zachęcam za to, aby przysiąść gdzieś spokojnie na poboczu swojej życiowej drogi, otworzyć plecak i z rozwagą przejrzeć jego zawartość. Wyrzucić to co już niepotrzebne i bezużyteczne, zmierzyć się z tym co w przeszłości było bolesne (przyznać się do bólu, zaakceptować fakt jego istnienia a następnie pożegnać się z nim dziękując za to, że pojawił się w naszym życiu i z pewnością czegoś nas nauczył). Tak opróżniony plecak przeszyć w połowie, aby już sama jego wielkość nie pozwalała na wrzucanie do niego tego co popadnie. Po wszystkim podnieść się i ruszyć odważnie w dalszą drogę zastępując w przyszłości chęć zapamiętania ciekawością przeżywanej chwili.

Rozwój osobisty - Life factory - mandala

Jest w buddyzmie piękny zwyczaj tworzenia mandali. Tworzy się ją wypełniając, czasami nawet przez kilkanaście dni, skomplikowane wzory drobinkami kolorowego piasku. To żmudna i precyzyjna praca, która stanowi zarazem rodzaj medytacji, podczas której można przemyśleć wiele życiowych spraw. To co jednak w tym wszystkim najbardziej ujmujące to fakt, że kiedy mandala jest już ukończona tworzący ją mnisi biorą do rąk szczotki i… jednym ruchem zmiatają wszystko. Jest to prawdziwy symbol nietrwałości i lekcja nieprzywiązywania się do tego co tymczasowe. „Zmieciona” mandala tworzy miejsce do stworzenia kolejnej, bo tak jak w naszym życiu bywa nie sama mandala jest tu celem lecz proces jej tworzenia.

filizanka_small ten tekst pisałem w towarzystwie smacznej herbaty Pu-Erh Mango Papaja

Odpowiadasz za to co oswoisz

Kilka dni temu jeden ze znajomych udostępnił na Facebooku 10 psich przykazań – od taki niby niewinny wpis, mówiący o psiejsko-ludzkich relacjach.  Mnie jednak jedno z tych przykazań wręcz wbiło w fotel i uświadomiło jeden dotąd przeze mnie niedoceniany obszar.

Rozwój osobisty - Life factory - oswojony

„Żyję od 10 do 15 lat. Jakakolwiek rozłąka z Tobą będzie dla mnie bolesna. Pamiętaj o tym zanim mnie kupisz”

Czytając powyższe uświadomiłem sobie, że nie tak rzadko, aby poprawić humor i kondycję psychiczną starszych osób rodzina kupuje im psa. Na pierwszy rzut oka takie działanie wydaje się szlachetne i z pewnością jest zrodzone z dobrych pobudek.  Pytanie jednak czy jest to działanie dobre dla psa w sytuacji, gdy taki człowiek jest już bardzo bliski schyłku swojego życia i może nie dożyć końca psiego żywota.

Pytanie to dotyczy dość skrajnej sytuacji i nie da się na nie prosto odpowiedzieć na zasadzie czarne – białe. Życia ma bowiem wiele barw i ich odcieni i każdy musi sobie na nie odpowiedzieć sam w swoim sumieniu. Wystarczy, że taki pies – jeśli nie zostałby przygarnięty przez starszą osobę – musiałby spędzić kilka lat w zimnej i mokrej klatce w schronisku, podgryzany przez innych swoich psich pobratymców, a już wydźwięk całej relacji ulega istotnemu przewartościowaniu.

Chciałbym teraz jednak przejść do relacji międzyludzkich, które jak obserwuję od wielu lat ulegają istotnemu spłyceniu. Wirtualizacja życia i komunikowanie się przez internet powoduje, że niejednokrotnie zależy nam bardziej na liczbie znajomych wyświetlanej przy naszym nazwisku w portalu społecznościowym, niż na jakości tych znajomości. Dodatkowo ulegamy złudzeniu, że na bieżąco podtrzymujemy te relacje, bo czytamy różne wpisy tych osób, oglądamy udostępnione fotografie z miejsc, które odwiedzili i odgadujemy ich poglądy na podstawie tego jakie inne profile polubili i co udostępniają na swoim profilu. Najczęściej jednak widzimy jedynie wycinek ich życia i to jeszcze odpowiednio przefiltrowany na potrzeby zbudowania odpowiedniego wizerunku wśród znajomych. Spotkanie z taką osobą w realnym świecie i rozmowa o tym co u niej słychać i jak mija jej życie może być dla nas niezłym zaskoczeniem. Sam zresztą doświadczyłem tego osobiście, kiedy jeden z fejsbukowych radosnych obieżyświatów i nieustający podróżnik o ponad 500 znajomych przyznał na wspólnym piwie, że jest bardzo samotnym i nieszczęśliwym człowiekiem.  Podróże i związane z nimi ekscytujące wydarzenia były tylko sposobem na ucieczkę od głębokiej samotności i chłodu pustego mieszkania.

Rozwój osobisty - Life factory - przyjaźń

Zachęcam zatem zdecydowanie do częstszych spotkań ze znajomymi a już szczególnie tymi, których traktujemy jako przyjaciół. Do poświęcenia sobie wzajemnie trochę czasu i lepszego poznania. Pamiętajcie jednak, że decydując się na taką relację jednocześnie ponosicie odpowiedzialność za tę drugą osobę. Zatem nieludzkim będzie potem nagłe zniknięcie bez słowa bo znaleźliśmy nową pracę, bo odkryliśmy nowe hobby, albo się zakochaliśmy. Mamy do tego pełne prawo i przyjaźń nie może być dla nas więzieniem, chodzi jedynie o to aby druga strona mogła zrozumieć dlaczego mamy dla niej mniej czasu. Jeśli jest naszym przyjacielem , z pewnością to zrozumie.

O przyjaźni, jej sensie i znaczeniu chyba najdobitniej pisał w swojej książce „Mały Książę” Antoine De Saint-Exupery w dialogu Małego Księcia z lisem:

„Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?

– Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.

– Stworzyć więzy?

– Oczywiście – powiedział lis. – Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie…

… – Nie ma rzeczy doskonałych – westchnął lis i zaraz powrócił do swej myśli: – Życie jest jednostajne. Ja poluję na kury, ludzie polują na mnie. Wszystkie kury są do siebie podobne i wszyscy ludzie są do siebie podobni. To mnie trochę nudzi. Lecz jeślibyś mnie oswoił, moje życie nabrałoby blasku. Z daleka będę rozpoznawał twoje kroki – tak różne od innych. Na dźwięk cudzych kroków chowam się pod ziemię. Twoje kroki wywabią mnie z jamy jak dźwięki muzyki. Spójrz! Widzisz tam łany zboża? Nie jem chleba. Dla mnie zboże jest nieużyteczne. Łany zboża nic mi nie mówią. To smutne! Lecz ty masz złociste włosy. Jeśli mnie oswoisz, to będzie cudownie. Zboże, które jest złociste, będzie mi przypominało ciebie. I będę kochać szum wiatru w zbożu…

… Lis zamilkł i długo przypatrywał się Małemu Księciu.

– Proszę cię… oswój mnie – powiedział.

– Bardzo chętnie – odpowiedział Mały Książę – lecz nie mam dużo czasu. Muszę znaleźć przyjaciół i nauczyć się wielu rzeczy.

– Poznaje się tylko to, co się oswoi – powiedział lis. – Ludzie mają zbyt mało czasu, aby cokolwiek poznać. Kupują w sklepach rzeczy gotowe. A ponieważ nie ma magazynów z przyjaciółmi, więc ludzie nie mają przyjaciół. Jeśli chcesz mieć przyjaciela, oswój mnie!”

Cały wpis poświeciłem relacjom z innymi, ale teraz na zakończenie chciałbym zapytać o najważniejszą osobę w Twoim życiu… o Ciebie. Czy miałeś tyle czasu, aby oswoić samego siebie?

Czy wiesz co naprawdę lubisz? Czy jesteś świadomy tego co i kiedy wywołuje Twoje emocje i jak się z nimi czujesz? Czy spędziłeś kiedyś trochę wolnego czasu tylko ze sobą – bez telewizji, książek, komputera i zagłuszania ciszy muzyką. Czy wytrzymałbyś ze sobą miesiąc na bezludnej wyspie bez kontaktu ze światem?

filizanka_small  w odpowiedni humor przy pisaniu tego tekstu wprawiła mnie herbata YOGI TEA® – BRIGHT MOOD

Sztuka upadania

Wiele lat szukałem w swoim życiu stabilizacji i bezpieczeństwa, aby po tym czasie zrozumieć, że są one na dłuższą metę nieosiągalne. Życie i nasze otoczenie ulega ciągłym zmianom i przeobrażeniom. Stała praca na etacie, oszczędności na koncie i stały związek faktycznie uspokajają i dają iluzję spokojnego życia. Nikt, nigdy nie da nam jednak gwarancji dożywotniego zatrudnienia czy też pewności, że któregoś dnia nie nadejdzie choroba, która pochłonie nasze wszystkie oszczędności lub zabierze nam najbliższą osobę. Jakbyśmy się nie chowali przed światem, jak bardzo byśmy nie zabiegali o stabilne i uporządkowane życie, to i tak nie uchronimy się przed niespodziewanym. Nie uda się nam schować w swoim spokojnym mieszkanku i niezauważenie dotrwać do końca życia. Zresztą, co by to dotrwanie miało oznaczać? Szarą, smutną egzystencję przepełnioną strachem i obawą o to, żeby tylko nic nam się nie stało, żeby tylko nie wydarzyło się nic niespodziewanego. „Zasiedzeni” w swojej niezmienności nigdy nie będziemy dobrze przygotowani na to co może nam się przytrafić. Zresztą brak odpowiedniego przygotowania i niepodołanie danej sytuacji wcale nie będą najgorsze – ostatecznie zdarzają się każdemu. Najgorsze będzie to, że kiedy upadniemy to będziemy bali się podnieść lub nie starczy nam na to siły.

Rozwój osobisty - Life factory - sztuka upadania

Nie nawołuję do życia bez opamiętania, do ciągłego ryzykowania swojego zdrowia i wiecznej niedojrzałej zabawy. Wręcz przeciwnie zachęcam do szukania dobrej i stabilnej pracy, polecam sukcesywne odkładanie oszczędności i każdemu życzę cudownej drugiej połowy. Tylko niech to nie będzie coś, od czego uzależniamy nasze szczęśliwe życie. Bo wtedy nie zadbamy odpowiednio o zawodowy awans i wynagrodzenie w obawie, że jak o to poprosimy albo będziemy o to walczyć to nas zwolnią. Nie będziemy mieli marzeń i celów, bo będziemy chcieli najpierw uzbierać odpowiednią kwotę na koncie bankowym zanim się nimi zajmiemy. Nawet jak znajdziemy kogoś z kim będziemy chcieli razem iść przez życie, to może on/ona nie udźwignąć obciążenia jakim go/ją obarczymy, czyniąc odpowiedzialnymi za nasze szczęści i poczucie bezpieczeństwa.

To do czego zachęcam, to do eksperymentowania w życiu i ponoszenia nieuniknionych porażek, zaliczania potknięć i polubienia siebie również takiego nie zawsze wygranego. Każda porażka jest jednocześnie nauką jak czegoś nie robić lub jak robić to inaczej. Każdy upadek powoduje, że nabieramy wprawy w tym, aby zetknięcie z ziemią było jak najmniej bolesne. Najważniejsze jednak, że po każdym z takich zdarzeniu uczymy się odnajdywać w sobie energię i siłę do tego, aby ponownie się podnieść i podjąć kolejną próbę. To zresztą cecha ludzi, którzy odnoszą sukcesy. Wielu właścicieli dochodowych firm utopiło sporo gotówki w chybionych pomysłach lub nawet kiedyś zbankrutowało. Wielu olimpijskich mistrzów musiało wcześniej przełknąć gorycz porażki lub uporać się z okresowym spadkiem formy a mimo to podźwignęli się i uparcie walczyli o miejsce na podium.

Rozwój osobisty - Life factory - dam radę

Każdy upadek i każda lekcja jaką dostaniemy od życia uczy nas zaufania do siebie i wiary w to, że damy radę. Dawno temu, w jednej z książek wyczytałem poradę, aby wyłączać w swojej głowie „filmy” o tym, że pewnie coś się nie uda. Powodują one bowiem tylko to, że marnujemy energię na scenariusze postępowania w przypadku niepowodzenia, a tak naprawdę nigdy nie wiemy jak dokładnie sytuacja się rozwinie i jakie działania trzeba będzie podjąć. Zamiast tego autor książki polecał, aby sobie przypomnieć jakąś najtrudniejszą sytuację w życiu i uzmysłowić, że jednak przez nią przeszliśmy, daliśmy radę i jesteśmy „tutaj”. Zatem jak już stanie się coś niekorzystnego, to wtedy i tak użyjemy całego naszego doświadczenia, wiedzy i zasobów w nas drzemiących do jak najefektywniejszego uporania się z danym zdarzeniem. Skorzystałem z tej rady i zadziałał on z całą siłą i stanowczością na moją korzyść. Zatem jeżeli masz listę swoich celów na ten rok, albo marzenie, które z Tobą jest od dłuższego czasu nie odkładaj go na przyszłość, tylko śmiało zabierz się do jego realizacji. Być może coś się nie uda, być może coś nie wyjdzie ale nie zmarnujesz czasu. Bo będziesz już wiedzieć czego nie robić lub co przy kolejnej próbie zrobić inaczej.

filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie rozgrzewającego herbacianego naparu Alpejski Poncz

Podaruj siebie w prezencie

Dzisiaj w sklepach szał, ścisk i nerwowa atmosfera. Małżeństwo kłóci się przy kasie, jak mają spakować zakupy. Kasjerka zamiast „dziękuję” mówi „dobranoc”, po czym przeprasza za pomyłkę. Spotkani znajomi ledwo stoją na nogach, bo ona pichci od rana w kuchni a on zajmuje się choinką i innymi zakupami – właśnie gdzieś im zginęły dzieci… Ogólna panika, nerwówka, stres i zepsute humory. Znajoma właśnie się zadłużyła w banku, aby zrobić odpowiednio wartościowe prezenty dla całej rodziny. Czy naprawdę o to właśnie w Święta chodzi?

Rozwój osobisty - Life factory - Święta

A gdyby, tak odpuścić…

Olać dwanaście potraw wigilijnych, bo czy ktoś naprawdę wierzy w to, że gdyby Bóg istniał byłby aż tak skrupulatnym rachmistrzem. Dwanaście potraw – do nieba, między 9 a 11 – czyściec a poniżej dziewięciu – trafiasz o piekła. Może i warto ogarnąć mieszkanie i zetrzeć kurze, ale czy naprawdę w tym zabieganym czasie musisz myć okna? Dla kogo to robisz? Dla siebie, rodziny, sąsiadów, gości, którzy cię odwiedzą czy może dla Stwórcy, żeby dobrze widział jak się dzielicie opłatkiem. No i jeszcze prezenty. Odpowiednio drogie, modne i pokazujące, że dobrze Ci się powodzi, albo chociaż ukrywające fakt, że nie masz pieniędzy. Tylko po co, czy Święta to targ rzeczy materialnych?

Tradycja dla wielu ludzi jest ważna, ale jeśli jest tylko ślepym powielaniem rytuałów bez głębszego ich rozumienia traci swój sens. Ci, którzy ją rozumieją doskonale wiedzę, że nie o ortodoksyjne jej przestrzeganie chodzi. Tradycja, trochę zmieniona i dopasowana do ludzi, którzy ją kultywują nadal zachowuje swój sens, a niejednokrotnie jej wartość jeszcze rośnie.

Z tego powodu mam propozycję – wyhamuj, odpuść i zastanów się co naprawdę w życiu jest ważne. Zamiast pośpiechu, nerwów, stresu i kupowanych w biegu przedmiotów, podaruj innym siebie w prezencie. Podaruj swój czas, swoją uwagę i swój uśmiech. Jak przyrządzisz tylko trzy potrawy, ale w zamian nie urządzisz przedświątecznej awantury też będzie dobrze. Jeżeli zamiast przygotowywania kilku potraw jednocześnie, przez godzinę w spokoju będziesz kroić ze swoim dzieckiem, albo drugą połową warzywa na sałatkę śmiejąc się, rozmawiając i chwaląc jak on/ona świetnie sobie z tym krojeniem radzi, zapewne będą bardziej zadowoleni, niż gdyby dostali cztery potrawy stawiane na stół ze złością i w akompaniamencie twojego zmęczenia. Może zamiast kolejnego niepotrzebnego gadżetu do mieszkania lub kuchni, podaruj na święta zaproszenie na romantyczną kolację. Możesz też zaproponować, aby wszystkie najbliższe wieczory zamiast na przygotowaniach do świąt spędzić na miłych spacerach i odwiedzinach w przytulnych knajpkach i to będzie Wasz wspólny prezent dla siebie. Może w ramach prezentu dla znajomych razem upieczecie jakieś ciastka i udekorujecie je osobistą dedykacją dla każdego, dodatkowo je jakoś fajnie pakując. Ja do tej pory wspominam pyszne powidła i pierniczki pięknie zapakowane i z przyczepioną karteczką „Specjalnie dla Ciebie bez cynamonu, bo wiem że jesteś na niego uczulony”. Dostaliście kiedyś taki osobisty prezent, w którym ktoś pokazał wam, że jesteście dla niego ważni?

Darując siebie w prezencie, pamiętajcie również o tym, aby podarować siebie sobie samemu. Zadbajcie o czas dla siebie, aby dać sobie również trochę przyjemności z nadchodzących świąt. Czy będzie to długa relaksująca kąpiel, wykupiony masaż, spacer po parku, wypad do kina, czy też dwie godziny spędzone samotnie w miłej knajpce z kawą i książką to już Wasz wybór…

filizanka_small pisząc ten tekst piłem przepysznego Rooibosa Świątecznego

Czyją energią żyjesz?

Sporo lat temu, podczas pisania pracy magisterskiej, odwiedzałem wiele kościołów i związków wyznaniowych, aby przeprowadzić w nich wywiady do tej pracy potrzebne.  W Gminie Żydowskiej trafiłem akurat na jedno ze świąt i miałem szansę porozmawiania z jego uczestnikami. Spotkałem tam kobietę zafascynowaną judaizmem i pełną żarliwej wiary. Byłem pod jej ogromnym wrażeniem, ale jedynie do momentu, kiedy podszedł do mnie człowiek z gminy i szepną: „Nie zwracaj na nią uwagi. Jest znana w Trójmieście z tego, że średnio co kwartał mija jej religijna ekstaza i szuka nowego źródła religijnej fascynacji w innym wyznaniu. Prawdopodobnie była już członkinią większe liczby kościołów, niż ty ich odwiedziłeś”.

Rozwój osobisty - Life factory - energia

Po latach, na podobny syndrom trafiłem wśród ludzi interesujących się rozwojem osobistym oraz zdrowym trybem życia. Przeskakują ze szkolenia na szkolenie. Poznają nowe metody i  techniki a po każdym takim spotkaniu są przepełnieni nową energią do działania. Część z nich staje się na jakiś czas żarliwymi wyznawcami nowego sposobu życia, ale trwa to zazwyczaj niezbyt długo. Co najwyżej, do kolejnego szkolenia czy zdrowotnego spotkania. Czas ten jest za krótki na to, aby ostatnio poznana wiedza mogła przynieść efekty. Problem jednak w tym, że jak się dobrze przypatrzyć ich motywacji, to wbrew oficjalnym deklaracjom, wcale nie o efekty tak naprawdę tu chodzi. Ludzie Ci są uzależnieni od energii, która w czasie tych spotkań powstaje i którą napędzani żyją potem kilka dni, a może i tygodni. Kiedy tylko jej poziom spada, natychmiast rozglądają się za kolejnym wydarzeniem szkoleniowym, które może im jej dostarczyć. Niewielu z nich zdaje sobie sprawę, że w ten sposób nigdy nie będą do końca szczęśliwi i nigdy nie osiągną żadnych efektów.

Ludzie Ci odcięli się od swojego naturalnego źródła energii, które jest w nich samych. Zamiast nauczyć się jednej metody i potem konsekwentnie wcielać ją w życie, czerpiąc radość i energię z czynionych postępów, wybrali opcję na skróty. Postawili na rozwiązanie typu fast food, które na krótki moment daje energię i poczucie sprawczości, ale niczym śmieciowy hot dog szybko znika i czyni więcej złego, niż przynosi pożytku. Nie da się jednak ukryć, że łatwo ulec tej pokusie. Sam się zresztą o nią otarłem. Czytałem jeden poradnik motywacyjny za drugim i miałem poczucie, że ciągle się rozwijam i co rusz odkrywam nowe drogi. Problem jednak w tym, że żadną z tych dróg nie podążyłem. Odhaczyłem je jedynie na swojej wirtualnej mapie i już biegłem w poszukiwaniu kolejnej.  W pewnym momencie jednak, stanowczo się zatrzymałem i postanowiłem z uwagą przespacerować się po paru z tych odkrytych dróg. Przestałem pędzić za czymś nowym, a zacząłem pytać siebie jak się czuję na poszczególnych z nich. Czy są one spójne ze mną? Czym dalej szedłem tymi wybranymi, tym mniej potrzebowałem ekscytacji nowością. Poczułem jak wyciszony mózg i ciało dogadują się ze sobą i dają mi mentalnego i energetycznego kopa. Bo nie sztuką jest pobieżnie poznać jak najwięcej metod i technik. Sztuką jest natomiast wybrać dwie, trzy spójne z nami i w nich wytrwać. Dogłębnie je poznać i stać się w nich ekspertem a następnie dzielić się z innymi swoim doświadczeniem. To jest prawdziwe źródło dobrej energii.

Być może uważasz, że powyższe Cię nie dotyczy, ale aby tego być pewnym odpowiedz na parę pytań:

  1. czy nie karmisz się energią ekscytacji z Masterchef’ów , Kuchennych rewolucji i innych kulinarnych show’ów, zamiast samemu coś upichcić?
  2. czy nie „spijasz” ekscytującego flow z programów typu „Mam talent”, „The Voice of Poland” i nie żyjesz życiem ich bohaterów, zamiast swoim?
  3. czy nie kupujesz co miesiąc nowych magazynów o zdrowym życiu i nie czujesz przypływu energii dzięki zdobytej z nich wiedzy, ale nic z tą wiedzą w praktyce nie robisz? (i dla jasności, wpinanie wyciętych artykułów z poradami do segregatora się nie liczy)
  4. czy nie żyjesz porywającymi przygodami telewizyjnych lub książkowych podróżników, a samemu ostatnio nie wybrałeś w żadne nowe lub dawno nieodwiedzane miejsce.
  5. czy… i tutaj dopisz dowolne pasujące do Ciebie pytanie…

filizanka_small  tekst napisany w towarzystwie zielonej herbaty o smaku opuncji z trawą cytrynową Sencha Kaktusowa Opuncja

Czego uczy mnie joga cz. III – obudź w sobie dzieciaka

Odkrycie, które opisuje w tej części było dla mnie czymś zupełnie niespodziewanym. Wiedziałem, że decyduję się na dynamiczny rodzaj jogi i mogą mi się tutaj przydarzyć różne „dziwne” pozycje, które będą dla mnie mega wyzwaniem. Było to tym bardziej spodziewane, że na szkolnych WF-ach nigdy nie byłem gwiazdą sportu i mistrzem gibkości. Nie sądziłem jednak, że joga nauczy mnie bawić się niepowodzeniami i upadkami.

Rozwój osobisty - Life factory - wewnętrzne dziecko

Wszystko zaczęło się od zajęć, na końcu których mieliśmy dotrzeć do – jak mi się wydawało – nieosiągalnej pozycji widocznej na zdjęciu poniżej. Wymagany jest w niej balans ciałem i wyczucie równowagi. Już same przygotowania zawierały pozycje, przy których co chwilę ktoś z ćwiczących lądował na macie. Choć prowadząca przypominała o zasadzie „nic na siłę”, „nie czujesz – nie rób” wszyscy z uporem podejmowali kolejne próby. Było to jednak upór dziwny, bo pełen śmiechu i rozbawiania. Tak daleki od powszechnie spotkanego utyskiwania i narzekania. Koniec końców, kiedy doszliśmy do finalnej pozycji ustałem w niej może 3 sekundy przy okazji zaliczając 2 lądowania na macie. Co jednak najzabawniejsze, były to chyba jedne z najweselszych zajęć jogi na jakich byłem. Kiedy skończyliśmy nasza nauczycielka zapytała nas jak się czujemy. Okazało się, że takie pozycje z balansem budzą w nas wewnętrzną radość, dają satysfakcję zmagania się z równowagą ale i przy okazji niepowodzeń budzą wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to tak samo jak teraz lądowaliśmy na ziemi. Na chwilę wracamy do dziecinnej fascynacji faktem, że nie wyszło i można teraz tak dziwnie leżeć albo siedzieć. Zwróćcie uwagę, że dziecko nie zawsze płacze jak upada. Czasami siedzi wręcz zafascynowane tym, jak mogło do tego dojść, że teraz jest tutaj gdzie jest i to jeszcze w takiej dziwnej pozie.

Rozwój osobisty - Life factory - balans

Raz rozbudzone „wewnętrzne dziecko”, które od zawsze jest w nas, zaczyna nam ufać i pokazywać świat ze swojej perspektywy. Czasami nie jest to perspektywa łatwa dla kogoś, kto obrósł społecznymi wymaganiami i zakazami oraz oczekiwaną powagą w określonym wieku. Wewnętrzne dziecko ma w „głębokim poważaniu” wyścig szczurów. Upadki traktuje z równą fascynacją jak sukcesy. No bo, jak już się leży na ziemi to trzeba sprawdzić co ciekawego da się w tej pozycji zrobić i jak wygląda świat z nogami założonymi na głowę. Uczy humoru, dystansu i takiego spojrzenia na życie, które dodaje trochę luzu do sztywniackiej dorosłości. Tydzień po tych zajęciach jogi, przeprowadziłem podczas spaceru po lesie bitwę na liście z przyjaciółką, zmontowałem 4 kasztanowe ludziki z moją małą sąsiadką i uzmysłowiłem sobie jak fajnie wygląda świat z poziomu podłogi. Upadek na matę przypomniał mi bowiem, że już nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałem na podłodze coś robiąc. Co więcej, uświadomiłem sobie, że chodząc po niej codziennie praktycznie nie uświadamiam sobie jej istnienia, a przecież można na nie robić tyle fajnych rzeczy zamiast katować kręgosłup siedzeniem na krześle.

Dziecinna fascynacja życiem i zabawą udziela się zresztą nie tylko ludziom, czego najlepszym przykładem jest poniższy film z sarną, która w puchatkowym slangu (a dokładniej tygrysim) postanowiła sobie pobrykać z falami.

Na zakończenie jeszcze jedna rada odnośnie pozycji z balansem i to także dla tych, którzy jogi nie uprawiają. Jeżeli zdarzy Ci się w życiu ciężki moment. Coś pójdzie nie tak lub dopadnie Cię potężny stres i gonitwa złych myśli nie daje Ci spokoju – możesz ją w dowolnej chwili przerwać. Wystarczy stanąć na jednej nodze na 1,5 minuty. Złapanie równowagi i utrzymanie balansu tak zaangażują nasz mózg, że nie starczy mu już mocy na generowanie złych myśli – gwarantuję skuteczność, osobiście przetestowałem 😉

filizanka_small  pisząc ten tekst skorzystałem z naturalnego źródła dobrej energii YOGI TEA®Ÿ – POSITIVE ENERGY.

Energia podąża za myślą, a myśl podąża za energią…

Ta zapętlona i na pozór filozoficzna zasada często bywa wykorzystywana w szamaństwie. Jednak aby z niej skorzystać nie musimy się udawać do żadnej jurty na dzikim pustkowiu albo tłuc w magiczny bęben ile wlezie.  Oczywiście jeśli mamy na to ochotę, nie jest to zakazane 😉

Zasadę tę można wykorzystać dwojako, w zależności od sytuacji, w jakiej się znajdziemy:

Rozwój osobisty - Life factory - energia 1

  1. Energia podąża za myślą…

Jeżeli masz się z kimś spotkać ale nie masz ochoty ruszać się z domu i nachodzi Cię ochota na dzień leniwca na kanapie, zacznij niezobowiązująco… tak na wszelki wypadek zastanawiać się jak byłoby najszybciej czy najłatwiej dojechać na takie spotkanie. Czy samochodem, czy komunikacją? Którą trasę lub linię wybrać? Czy podczas tego spotkania możesz mieć ochotę na coś mocniejszego i wtedy samochód będzie stanowił ograniczenie. Czy tam gdzie masz jechać i w porze o jakiej miałbyś tam być łatwo znaleźć miejsce parkingowe.

Może zaczniesz sprawdzać rozkłady jazdy, albo na Google maps zerkniesz gdzie można zaparkować samochód… i już za teoretycznie niezobowiązującym rozmyślaniem poszła energia i działanie. W tym momencie „nabierasz rozpędu” i dużo łatwiej będzie się podnieść z kanapy. Ostatecznie skoro, już tyle kwestii związanych ze spotkaniem sprawdzony, to szkoda byłoby sobie odpuścić.

Ta „diabelska” metoda zadziała także wtedy, kiedy mamy do zrobienia jakieś trudne zadanie, którego się boimy lub nie mamy pojęcia jak się za nie zabrać. Nie podejmujmy jakiegoś bezsensownego działania dla samego działania (nie ilość, ale jakość) tylko zacznijmy myśleć o tym zadaniu. Oswajajmy się z myślą o nim, szukajmy jakiś inspiracji lub pomysłów. Jeżeli o czymś myślisz, Twoje oczy, uszy z automatu wychwytują z otoczenia różne kwestie powiązane ze sprawą. Wie o tym każdy nabywca nowego samochodu, ledwo go kupi a nagle się okazuje, że po ulicach jeździ całe mnóstwo podobnych pojazdów. Czy wcześniej ich nie było? Były, ale się na nich nie koncentrowaliśmy.

Kiedy już główkujemy dłuższą chwilę i nic, możemy zrobić sobie przerwę na jakiś film lub spacer, aby trochę zresetować umysł przed dalszym poszukiwaniem rozwiązań. Inną opcją jest zdanie się na los: weź z półki dowolną książkę, otwórz ją na stronie odpowiadającej Twojemu rocznikowi urodzenia, następnie znajdź wers będący odpowiednikiem dnia miesiąca, w którym się urodziłeś. To co w nim znajdziesz jest podpowiedzią dla Ciebie od losu. Zastanów się jak to co przeczytałeś  można powiązać z Twoim zadaniem.

Rozwój osobisty - Life factory - energia 2

  1. Myśl podąża za energią…

Ta zasada świetnie sprawdzi się kiedy mamy do wykonania zadanie, które w naszej opinii jest pozbawione sensu a uniknąć go nie można (tak, tak – tutaj zaliczać się też będą zadania od szefa). Nie ma sensu buntować się i spalać rozmyślając ile czasu teraz zmarnujemy. Zamiast tego należy niezwłocznie przystąpić do działania. Uruchomimy energię i nawet się nie spostrzeżemy kiedy nasza myśl do nas dołączy i zaczniemy kombinować jak tu najszybciej zrobić to czego od nas się oczekuje a może i dostrzeżemy jakieś pozytywne aspekty naszej aktywności.

Sam mam kilka przykładów, gdzie dzięki „bezsensownym” zadaniom z przeszłości później wykorzystałem płynącą z nich wiedzę lub umiejętności do działań jak najbardziej sensownych a nie rzadko i przyjemnych 😉

filizanka_small  piszą o energii zdecydowałem się na energetyczną herbatę Pu-Erh Guarana, było i pysznie i energetycznie

Czy można być za bardzo szczęśliwym?

Tak jakoś się składa, że w przeważającej mierze otaczam się osobami o bardzo pozytywnym nastawieniu do życia. Nie ma w tym zresztą żadnej tajemnicy, bo jak to w życiu bywa swój ciągnie do swego. Potrafimy się w miarę szybko podźwignąć z porażki, dostrzec coś pozytywnego tam gdzie wszyscy widzą same negatywy i chyba co najważniejsze mamy umiejętność wewnętrznego nakręcania się na pozytywne fale. Co może być dla wielu zaskakujące przy całym tym hiper, ultra, mega radosnym podejściu do życia cechą, która nas mocno wyróżnia jest branie pełnej odpowiedzialności za swój los (w tym i za to co nam nie wychodzi) a także to, że przy całej swojej szczęśliwości bytu nie osiadamy na laurach zapadając się w ciepło domowych pieleszy tylko permanentnie się uczymy, szkolimy i rozwijamy. Być może dla wielu z Was taka wizja brzmi pociągająco i chcielibyście do nas dołączyć, zanim jednak to zrobicie poniżej kilka naszych obserwacji.

Rozwój osobisty - Life factory - szczęście

1. Przypną Wam łatkę – „niespełna rozumu”
Kiedy masz ciągle banana na twarzy (uśmiech znaczy się) i jesteś zadowolony, to Twoi mniej zadowoleni znajomi, będą wciąż dociekali jaka choroba Ci dolega lub jakie wspomagacze musisz zażywać. W przypadku uznania, że jesteś zdrowy i nic nie bierzesz zostaniesz zakwalifikowany do tych niespełna rozumu. O mnie niektórzy mówią, że w dzieciństwie coś mi musiało upaść na głowę i uszkodzić ośrodek zmartwienia. O mojej przyjaciółce twierdzi się, że jak tylko ktoś jej powie „cześć” to ona uznaje, że ten ktoś już ją lubi.. itd.

2. Stracicie cześć znajomych – i to z czterech powodów
Po pierwsze, przez ciągły rozwój masz sporo zajętego czasu. Szkolenia, warsztaty lub inne tego typu spotkania i zajęcia powodują, że spada Twoja dostępność dla znajomych a co gorsza ciężko się z Tobą umówić na najbliższy weekend, bo przeważnie masz już go zaplanowanego. Z czasem zatem usłyszysz, że unikasz towarzystwa i jesteś winny zepsucia tak świetnych kiedyś relacji.

Po drugie, staniesz się namacalnym i bolesnym wyrzutem sumienia podczas spotkań towarzyskich. Bo kiedy inni będą się pytali „jak żyć”, narzekali na świat, państwo i wynik ostatnich wyborów, które rzekomo doprowadzają ich do tak trudnej sytuacji życiowej Ty będziesz ewidentnym dowodem na to, że się da w tych warunkach być szczęśliwym i rozwijać. Moja przyjaciółka usłyszała nawet od części znajomych, że ma wypaczoną wizję świata przez te swoje „różowe okulary” i nie widzi życia takim jakie naprawdę jest. Ciekawa to teoria, że niby inni nie patrzą na świat przez „okulary” swoich doświadczeń.

Po trzecie, poprzez zaangażowanie w swoje życie zacznie Wam brakować czasu i z tego też powodu zaczniecie go bardziej cenić i rozważniej używać. To samo będzie dotyczyć wydatkowania energii, którą dysponujecie. Wcześniej czy później uznacie, że nie chcecie trwonić tak deficytowego towaru na relacje, które Wam nic nie dają a jedynie przynoszą korzyści innym lub ci inni starają się za wszelką cenę ściągnąć Was w dół do swojego poziomu nieszczęścia.

Po czwarte, nie wiem na czym to polega ale z czasem zdecydowana większość tych mega pozytywnych zaczyna dbać o zdrowie i swoją dietę. Może to i naturalny odruch próby przedłużenia swojego żywota, skoro ono takie fajne. Oznacza to jednak mniej alkoholu i ograniczenie fast food’ów co nie sprzyja nocnoweekendowemu imprezowaniu ze znajomymi.

Rozwój osobisty - Life factory - piękne życie

3. Możecie zostać sami
Mało kto z nas był tak super pozytywnie nastawiony do życia od urodzenia. Co więcej, tajemnica tych hiperradosnych, kryje się często w trudnym dzieciństwie lub traumatycznych wydarzeniach, które nas zmieniły. O ile wydarzyły się wtedy, gdy byliśmy singlami i dopiero potem się z kimś związaliśmy to nie ma problemu. Gorzej kiedy się zmieniamy, będąc już z kimś wcześniej związani. Nierzadko kończy się to rozstaniem, bo nagle my przemy do przodu, poszerzamy swoje zainteresowania i kręgi znajomych, żyjemy aktywnie a nasza druga połowa chce tak jak wcześniej spędzać całe popołudnia grając na komputerze lub śledząc życie telenowelowych bohaterów. W takiej sytuacji nie ma bata i wspólna więź gdzieś zanika.

Na szczęście możliwy jest też wariant pozytywny, gdzie jedno pozytywnie nakręcone zaczyna nakręcać drugie i po jakimś czasie mamy fajnie pozytywnie nastawioną parę.

4. Nie zawsze będziecie lubiani
W naszym kraju raczej nie lubi się ludzi sukcesu i tych szczęśliwych, do tego często obowiązuje zasada psa ogrodnika – sam nie mam to i drugiemu nie dam. Zatem być może będziecie mieli wianuszek „fanów”, tylko czyhających na to aż Wam się noga powinie bo bycie takim szczęśliwym zostanie uznane za nieprzyzwoite w tak trudnym do życia kraju jak nasz.

Podsumowując jak ma być szczęśliwie i pozytywnie, to może nie być łatwo – zapewniam jednak, że zawsze warto 😉

filizanka_small  pisząc o szczęściu miałem ochotę na coś świeżego i orzeźwiającego, wybór padł na zieloną herbatę Moc Granatu