Archiwa kategorii: lifeBalance

Czyją energią żyjesz?

Sporo lat temu, podczas pisania pracy magisterskiej, odwiedzałem wiele kościołów i związków wyznaniowych, aby przeprowadzić w nich wywiady do tej pracy potrzebne.  W Gminie Żydowskiej trafiłem akurat na jedno ze świąt i miałem szansę porozmawiania z jego uczestnikami. Spotkałem tam kobietę zafascynowaną judaizmem i pełną żarliwej wiary. Byłem pod jej ogromnym wrażeniem, ale jedynie do momentu, kiedy podszedł do mnie człowiek z gminy i szepną: „Nie zwracaj na nią uwagi. Jest znana w Trójmieście z tego, że średnio co kwartał mija jej religijna ekstaza i szuka nowego źródła religijnej fascynacji w innym wyznaniu. Prawdopodobnie była już członkinią większe liczby kościołów, niż ty ich odwiedziłeś”.

Rozwój osobisty - Life factory - energia

Po latach, na podobny syndrom trafiłem wśród ludzi interesujących się rozwojem osobistym oraz zdrowym trybem życia. Przeskakują ze szkolenia na szkolenie. Poznają nowe metody i  techniki a po każdym takim spotkaniu są przepełnieni nową energią do działania. Część z nich staje się na jakiś czas żarliwymi wyznawcami nowego sposobu życia, ale trwa to zazwyczaj niezbyt długo. Co najwyżej, do kolejnego szkolenia czy zdrowotnego spotkania. Czas ten jest za krótki na to, aby ostatnio poznana wiedza mogła przynieść efekty. Problem jednak w tym, że jak się dobrze przypatrzyć ich motywacji, to wbrew oficjalnym deklaracjom, wcale nie o efekty tak naprawdę tu chodzi. Ludzie Ci są uzależnieni od energii, która w czasie tych spotkań powstaje i którą napędzani żyją potem kilka dni, a może i tygodni. Kiedy tylko jej poziom spada, natychmiast rozglądają się za kolejnym wydarzeniem szkoleniowym, które może im jej dostarczyć. Niewielu z nich zdaje sobie sprawę, że w ten sposób nigdy nie będą do końca szczęśliwi i nigdy nie osiągną żadnych efektów.

Ludzie Ci odcięli się od swojego naturalnego źródła energii, które jest w nich samych. Zamiast nauczyć się jednej metody i potem konsekwentnie wcielać ją w życie, czerpiąc radość i energię z czynionych postępów, wybrali opcję na skróty. Postawili na rozwiązanie typu fast food, które na krótki moment daje energię i poczucie sprawczości, ale niczym śmieciowy hot dog szybko znika i czyni więcej złego, niż przynosi pożytku. Nie da się jednak ukryć, że łatwo ulec tej pokusie. Sam się zresztą o nią otarłem. Czytałem jeden poradnik motywacyjny za drugim i miałem poczucie, że ciągle się rozwijam i co rusz odkrywam nowe drogi. Problem jednak w tym, że żadną z tych dróg nie podążyłem. Odhaczyłem je jedynie na swojej wirtualnej mapie i już biegłem w poszukiwaniu kolejnej.  W pewnym momencie jednak, stanowczo się zatrzymałem i postanowiłem z uwagą przespacerować się po paru z tych odkrytych dróg. Przestałem pędzić za czymś nowym, a zacząłem pytać siebie jak się czuję na poszczególnych z nich. Czy są one spójne ze mną? Czym dalej szedłem tymi wybranymi, tym mniej potrzebowałem ekscytacji nowością. Poczułem jak wyciszony mózg i ciało dogadują się ze sobą i dają mi mentalnego i energetycznego kopa. Bo nie sztuką jest pobieżnie poznać jak najwięcej metod i technik. Sztuką jest natomiast wybrać dwie, trzy spójne z nami i w nich wytrwać. Dogłębnie je poznać i stać się w nich ekspertem a następnie dzielić się z innymi swoim doświadczeniem. To jest prawdziwe źródło dobrej energii.

Być może uważasz, że powyższe Cię nie dotyczy, ale aby tego być pewnym odpowiedz na parę pytań:

  1. czy nie karmisz się energią ekscytacji z Masterchef’ów , Kuchennych rewolucji i innych kulinarnych show’ów, zamiast samemu coś upichcić?
  2. czy nie „spijasz” ekscytującego flow z programów typu „Mam talent”, „The Voice of Poland” i nie żyjesz życiem ich bohaterów, zamiast swoim?
  3. czy nie kupujesz co miesiąc nowych magazynów o zdrowym życiu i nie czujesz przypływu energii dzięki zdobytej z nich wiedzy, ale nic z tą wiedzą w praktyce nie robisz? (i dla jasności, wpinanie wyciętych artykułów z poradami do segregatora się nie liczy)
  4. czy nie żyjesz porywającymi przygodami telewizyjnych lub książkowych podróżników, a samemu ostatnio nie wybrałeś w żadne nowe lub dawno nieodwiedzane miejsce.
  5. czy… i tutaj dopisz dowolne pasujące do Ciebie pytanie…

filizanka_small  tekst napisany w towarzystwie zielonej herbaty o smaku opuncji z trawą cytrynową Sencha Kaktusowa Opuncja

Czego uczy mnie joga cz. III – obudź w sobie dzieciaka

Odkrycie, które opisuje w tej części było dla mnie czymś zupełnie niespodziewanym. Wiedziałem, że decyduję się na dynamiczny rodzaj jogi i mogą mi się tutaj przydarzyć różne „dziwne” pozycje, które będą dla mnie mega wyzwaniem. Było to tym bardziej spodziewane, że na szkolnych WF-ach nigdy nie byłem gwiazdą sportu i mistrzem gibkości. Nie sądziłem jednak, że joga nauczy mnie bawić się niepowodzeniami i upadkami.

Rozwój osobisty - Life factory - wewnętrzne dziecko

Wszystko zaczęło się od zajęć, na końcu których mieliśmy dotrzeć do – jak mi się wydawało – nieosiągalnej pozycji widocznej na zdjęciu poniżej. Wymagany jest w niej balans ciałem i wyczucie równowagi. Już same przygotowania zawierały pozycje, przy których co chwilę ktoś z ćwiczących lądował na macie. Choć prowadząca przypominała o zasadzie „nic na siłę”, „nie czujesz – nie rób” wszyscy z uporem podejmowali kolejne próby. Było to jednak upór dziwny, bo pełen śmiechu i rozbawiania. Tak daleki od powszechnie spotkanego utyskiwania i narzekania. Koniec końców, kiedy doszliśmy do finalnej pozycji ustałem w niej może 3 sekundy przy okazji zaliczając 2 lądowania na macie. Co jednak najzabawniejsze, były to chyba jedne z najweselszych zajęć jogi na jakich byłem. Kiedy skończyliśmy nasza nauczycielka zapytała nas jak się czujemy. Okazało się, że takie pozycje z balansem budzą w nas wewnętrzną radość, dają satysfakcję zmagania się z równowagą ale i przy okazji niepowodzeń budzą wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to tak samo jak teraz lądowaliśmy na ziemi. Na chwilę wracamy do dziecinnej fascynacji faktem, że nie wyszło i można teraz tak dziwnie leżeć albo siedzieć. Zwróćcie uwagę, że dziecko nie zawsze płacze jak upada. Czasami siedzi wręcz zafascynowane tym, jak mogło do tego dojść, że teraz jest tutaj gdzie jest i to jeszcze w takiej dziwnej pozie.

Rozwój osobisty - Life factory - balans

Raz rozbudzone „wewnętrzne dziecko”, które od zawsze jest w nas, zaczyna nam ufać i pokazywać świat ze swojej perspektywy. Czasami nie jest to perspektywa łatwa dla kogoś, kto obrósł społecznymi wymaganiami i zakazami oraz oczekiwaną powagą w określonym wieku. Wewnętrzne dziecko ma w „głębokim poważaniu” wyścig szczurów. Upadki traktuje z równą fascynacją jak sukcesy. No bo, jak już się leży na ziemi to trzeba sprawdzić co ciekawego da się w tej pozycji zrobić i jak wygląda świat z nogami założonymi na głowę. Uczy humoru, dystansu i takiego spojrzenia na życie, które dodaje trochę luzu do sztywniackiej dorosłości. Tydzień po tych zajęciach jogi, przeprowadziłem podczas spaceru po lesie bitwę na liście z przyjaciółką, zmontowałem 4 kasztanowe ludziki z moją małą sąsiadką i uzmysłowiłem sobie jak fajnie wygląda świat z poziomu podłogi. Upadek na matę przypomniał mi bowiem, że już nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałem na podłodze coś robiąc. Co więcej, uświadomiłem sobie, że chodząc po niej codziennie praktycznie nie uświadamiam sobie jej istnienia, a przecież można na nie robić tyle fajnych rzeczy zamiast katować kręgosłup siedzeniem na krześle.

Dziecinna fascynacja życiem i zabawą udziela się zresztą nie tylko ludziom, czego najlepszym przykładem jest poniższy film z sarną, która w puchatkowym slangu (a dokładniej tygrysim) postanowiła sobie pobrykać z falami.

Na zakończenie jeszcze jedna rada odnośnie pozycji z balansem i to także dla tych, którzy jogi nie uprawiają. Jeżeli zdarzy Ci się w życiu ciężki moment. Coś pójdzie nie tak lub dopadnie Cię potężny stres i gonitwa złych myśli nie daje Ci spokoju – możesz ją w dowolnej chwili przerwać. Wystarczy stanąć na jednej nodze na 1,5 minuty. Złapanie równowagi i utrzymanie balansu tak zaangażują nasz mózg, że nie starczy mu już mocy na generowanie złych myśli – gwarantuję skuteczność, osobiście przetestowałem 😉

filizanka_small  pisząc ten tekst skorzystałem z naturalnego źródła dobrej energii YOGI TEA®Ÿ – POSITIVE ENERGY.

Energia podąża za myślą, a myśl podąża za energią…

Ta zapętlona i na pozór filozoficzna zasada często bywa wykorzystywana w szamaństwie. Jednak aby z niej skorzystać nie musimy się udawać do żadnej jurty na dzikim pustkowiu albo tłuc w magiczny bęben ile wlezie.  Oczywiście jeśli mamy na to ochotę, nie jest to zakazane 😉

Zasadę tę można wykorzystać dwojako, w zależności od sytuacji, w jakiej się znajdziemy:

Rozwój osobisty - Life factory - energia 1

  1. Energia podąża za myślą…

Jeżeli masz się z kimś spotkać ale nie masz ochoty ruszać się z domu i nachodzi Cię ochota na dzień leniwca na kanapie, zacznij niezobowiązująco… tak na wszelki wypadek zastanawiać się jak byłoby najszybciej czy najłatwiej dojechać na takie spotkanie. Czy samochodem, czy komunikacją? Którą trasę lub linię wybrać? Czy podczas tego spotkania możesz mieć ochotę na coś mocniejszego i wtedy samochód będzie stanowił ograniczenie. Czy tam gdzie masz jechać i w porze o jakiej miałbyś tam być łatwo znaleźć miejsce parkingowe.

Może zaczniesz sprawdzać rozkłady jazdy, albo na Google maps zerkniesz gdzie można zaparkować samochód… i już za teoretycznie niezobowiązującym rozmyślaniem poszła energia i działanie. W tym momencie „nabierasz rozpędu” i dużo łatwiej będzie się podnieść z kanapy. Ostatecznie skoro, już tyle kwestii związanych ze spotkaniem sprawdzony, to szkoda byłoby sobie odpuścić.

Ta „diabelska” metoda zadziała także wtedy, kiedy mamy do zrobienia jakieś trudne zadanie, którego się boimy lub nie mamy pojęcia jak się za nie zabrać. Nie podejmujmy jakiegoś bezsensownego działania dla samego działania (nie ilość, ale jakość) tylko zacznijmy myśleć o tym zadaniu. Oswajajmy się z myślą o nim, szukajmy jakiś inspiracji lub pomysłów. Jeżeli o czymś myślisz, Twoje oczy, uszy z automatu wychwytują z otoczenia różne kwestie powiązane ze sprawą. Wie o tym każdy nabywca nowego samochodu, ledwo go kupi a nagle się okazuje, że po ulicach jeździ całe mnóstwo podobnych pojazdów. Czy wcześniej ich nie było? Były, ale się na nich nie koncentrowaliśmy.

Kiedy już główkujemy dłuższą chwilę i nic, możemy zrobić sobie przerwę na jakiś film lub spacer, aby trochę zresetować umysł przed dalszym poszukiwaniem rozwiązań. Inną opcją jest zdanie się na los: weź z półki dowolną książkę, otwórz ją na stronie odpowiadającej Twojemu rocznikowi urodzenia, następnie znajdź wers będący odpowiednikiem dnia miesiąca, w którym się urodziłeś. To co w nim znajdziesz jest podpowiedzią dla Ciebie od losu. Zastanów się jak to co przeczytałeś  można powiązać z Twoim zadaniem.

Rozwój osobisty - Life factory - energia 2

  1. Myśl podąża za energią…

Ta zasada świetnie sprawdzi się kiedy mamy do wykonania zadanie, które w naszej opinii jest pozbawione sensu a uniknąć go nie można (tak, tak – tutaj zaliczać się też będą zadania od szefa). Nie ma sensu buntować się i spalać rozmyślając ile czasu teraz zmarnujemy. Zamiast tego należy niezwłocznie przystąpić do działania. Uruchomimy energię i nawet się nie spostrzeżemy kiedy nasza myśl do nas dołączy i zaczniemy kombinować jak tu najszybciej zrobić to czego od nas się oczekuje a może i dostrzeżemy jakieś pozytywne aspekty naszej aktywności.

Sam mam kilka przykładów, gdzie dzięki „bezsensownym” zadaniom z przeszłości później wykorzystałem płynącą z nich wiedzę lub umiejętności do działań jak najbardziej sensownych a nie rzadko i przyjemnych 😉

filizanka_small  piszą o energii zdecydowałem się na energetyczną herbatę Pu-Erh Guarana, było i pysznie i energetycznie

Czy można być za bardzo szczęśliwym?

Tak jakoś się składa, że w przeważającej mierze otaczam się osobami o bardzo pozytywnym nastawieniu do życia. Nie ma w tym zresztą żadnej tajemnicy, bo jak to w życiu bywa swój ciągnie do swego. Potrafimy się w miarę szybko podźwignąć z porażki, dostrzec coś pozytywnego tam gdzie wszyscy widzą same negatywy i chyba co najważniejsze mamy umiejętność wewnętrznego nakręcania się na pozytywne fale. Co może być dla wielu zaskakujące przy całym tym hiper, ultra, mega radosnym podejściu do życia cechą, która nas mocno wyróżnia jest branie pełnej odpowiedzialności za swój los (w tym i za to co nam nie wychodzi) a także to, że przy całej swojej szczęśliwości bytu nie osiadamy na laurach zapadając się w ciepło domowych pieleszy tylko permanentnie się uczymy, szkolimy i rozwijamy. Być może dla wielu z Was taka wizja brzmi pociągająco i chcielibyście do nas dołączyć, zanim jednak to zrobicie poniżej kilka naszych obserwacji.

Rozwój osobisty - Life factory - szczęście

1. Przypną Wam łatkę – „niespełna rozumu”
Kiedy masz ciągle banana na twarzy (uśmiech znaczy się) i jesteś zadowolony, to Twoi mniej zadowoleni znajomi, będą wciąż dociekali jaka choroba Ci dolega lub jakie wspomagacze musisz zażywać. W przypadku uznania, że jesteś zdrowy i nic nie bierzesz zostaniesz zakwalifikowany do tych niespełna rozumu. O mnie niektórzy mówią, że w dzieciństwie coś mi musiało upaść na głowę i uszkodzić ośrodek zmartwienia. O mojej przyjaciółce twierdzi się, że jak tylko ktoś jej powie „cześć” to ona uznaje, że ten ktoś już ją lubi.. itd.

2. Stracicie cześć znajomych – i to z czterech powodów
Po pierwsze, przez ciągły rozwój masz sporo zajętego czasu. Szkolenia, warsztaty lub inne tego typu spotkania i zajęcia powodują, że spada Twoja dostępność dla znajomych a co gorsza ciężko się z Tobą umówić na najbliższy weekend, bo przeważnie masz już go zaplanowanego. Z czasem zatem usłyszysz, że unikasz towarzystwa i jesteś winny zepsucia tak świetnych kiedyś relacji.

Po drugie, staniesz się namacalnym i bolesnym wyrzutem sumienia podczas spotkań towarzyskich. Bo kiedy inni będą się pytali „jak żyć”, narzekali na świat, państwo i wynik ostatnich wyborów, które rzekomo doprowadzają ich do tak trudnej sytuacji życiowej Ty będziesz ewidentnym dowodem na to, że się da w tych warunkach być szczęśliwym i rozwijać. Moja przyjaciółka usłyszała nawet od części znajomych, że ma wypaczoną wizję świata przez te swoje „różowe okulary” i nie widzi życia takim jakie naprawdę jest. Ciekawa to teoria, że niby inni nie patrzą na świat przez „okulary” swoich doświadczeń.

Po trzecie, poprzez zaangażowanie w swoje życie zacznie Wam brakować czasu i z tego też powodu zaczniecie go bardziej cenić i rozważniej używać. To samo będzie dotyczyć wydatkowania energii, którą dysponujecie. Wcześniej czy później uznacie, że nie chcecie trwonić tak deficytowego towaru na relacje, które Wam nic nie dają a jedynie przynoszą korzyści innym lub ci inni starają się za wszelką cenę ściągnąć Was w dół do swojego poziomu nieszczęścia.

Po czwarte, nie wiem na czym to polega ale z czasem zdecydowana większość tych mega pozytywnych zaczyna dbać o zdrowie i swoją dietę. Może to i naturalny odruch próby przedłużenia swojego żywota, skoro ono takie fajne. Oznacza to jednak mniej alkoholu i ograniczenie fast food’ów co nie sprzyja nocnoweekendowemu imprezowaniu ze znajomymi.

Rozwój osobisty - Life factory - piękne życie

3. Możecie zostać sami
Mało kto z nas był tak super pozytywnie nastawiony do życia od urodzenia. Co więcej, tajemnica tych hiperradosnych, kryje się często w trudnym dzieciństwie lub traumatycznych wydarzeniach, które nas zmieniły. O ile wydarzyły się wtedy, gdy byliśmy singlami i dopiero potem się z kimś związaliśmy to nie ma problemu. Gorzej kiedy się zmieniamy, będąc już z kimś wcześniej związani. Nierzadko kończy się to rozstaniem, bo nagle my przemy do przodu, poszerzamy swoje zainteresowania i kręgi znajomych, żyjemy aktywnie a nasza druga połowa chce tak jak wcześniej spędzać całe popołudnia grając na komputerze lub śledząc życie telenowelowych bohaterów. W takiej sytuacji nie ma bata i wspólna więź gdzieś zanika.

Na szczęście możliwy jest też wariant pozytywny, gdzie jedno pozytywnie nakręcone zaczyna nakręcać drugie i po jakimś czasie mamy fajnie pozytywnie nastawioną parę.

4. Nie zawsze będziecie lubiani
W naszym kraju raczej nie lubi się ludzi sukcesu i tych szczęśliwych, do tego często obowiązuje zasada psa ogrodnika – sam nie mam to i drugiemu nie dam. Zatem być może będziecie mieli wianuszek „fanów”, tylko czyhających na to aż Wam się noga powinie bo bycie takim szczęśliwym zostanie uznane za nieprzyzwoite w tak trudnym do życia kraju jak nasz.

Podsumowując jak ma być szczęśliwie i pozytywnie, to może nie być łatwo – zapewniam jednak, że zawsze warto 😉

filizanka_small  pisząc o szczęściu miałem ochotę na coś świeżego i orzeźwiającego, wybór padł na zieloną herbatę Moc Granatu

Czego uczy mnie joga cz. II – nie żyj na pamięć…

Początek zajęć, wszyscy już siedzą w ciszy na swoich matach i starają się wewnętrznie wyciszyć. W powietrzu delikatnie ćmi relaksująca muzyka i unosi się woń kadzidła. W tle słychać głos nauczycielki o koncentracji na oddechu i wyrównaniu wdechu i wydechu… „Poczujcie swoje ciało, jak się dzisiaj czuje. Czy coś Was boli, coś się napina – skierujcie w to miejsce oddech aby się rozluźniło. Przeskanujcie swoje ciało i pamiętajcie aby nie ćwiczyć na pamięć. To, że ostatnio wyszła Wam jakaś pozycja lub w skłonie dosięgnęliście jakiegoś miejsca nie znaczy wcale, że i dzisiaj musi się tak zdarzyć. Ćwicząc na pamięć, przestajecie słuchać swojego ciała i łatwo wtedy o kontuzję”.

Rozwój osobisty - Life factory - joga

Kiedy usłyszałem o niećwiczeniu na pamięć i nie napinaniu się na to aby powtórzyć wynik z ostatniego spotkania dotarło do mnie, że ta mądra rada stoi w sprzeczności ze wszystkim tym czego mnie uczono. W szkole podstawowej jak osiągnąłem jakiś wynik w biegu, to przy kolejnym teście sprawnościowym wynik gorszy oznaczał porażkę. Jak z jakiegoś przedmiotu miałem czwórkę na półrocze, to trója ze sprawdzianu była tragedią. Tak wychowany i nauczony społecznych oczekiwań, za każdym razem kiedy zrobiłem coś nie tak dobrze jak poprzednio czułem się winny i zastanawiałem się co się złego ze mną stało. Nigdy wcześniej nie pomyślałem o tym, czy ten dzień jest tak samo dobry jak tamten, w którym miałem lepszy rezultat. Zawsze porównywałem ze sobą jedynie wyniki a nie dni.

Gubi nas życie na pamięć. Pędzimy samochodami po ulicach, bo ostatnio dojechaliśmy tą drogą do celu w 10 minut, a że to był wieczór i puste drogi a teraz jest dzień i pełno samochodów to nie jest ważne, ważne aby zmieścić się w tych 10 minutach. Czemu nie wyszliśmy wcześniej z domu, czemu choć wiemy, że jesteśmy zmęczeni nie wzięliśmy poprawki na to, że mamy dzisiaj gorszy refleks, czy faktycznie musimy zmieścić się w tym czasie co ostatnio? – pytania te pojawią się najczęściej dopiero wtedy kiedy mamy wypadek. Gnamy, biegniemy przez życie nie zważając na to czy nas coś boli, czy ciało ostrzega – ważne aby odhaczyć kolejne pozycje z listy spraw do załatwienia… i aby nie zrobić tego gorzej niż ostatnio.

Od pamiętnej lekcji jogi zmieniłem swoje postępowanie. Kiedy rano wstaję i w pośpiechu szykowania się do pracy wskakuję pod prysznic na chwilę zwalniam i staram się poczuć to jak się czuję. Kiedy trzeba wykreślam zadania z listy na dany dzień i przenoszę je na inny, kiedy z barku czasu zmęczony ćwiczę z hantlami pod koniec dnia pozwalam sobie na mniejszą liczbę powtórzeń. Kiedy śpię krótko w nocy, nie szkoda mi czasu na regeneracyjną, krótką drzemkę po południu. Raz na jakiś czas w biegu dnia zatrzymuję się na moment i słucham siebie, skutkiem czego zacząłem zauważać jak często w ciągu dnia mam napięty kark i szyję, jak nieświadomie zaciskam mocno żuchwę. Uspokajam się wtedy na moment, biorę kilka spokojnych, długich oddechów i rozkoszuje poczuciem spływającego ze mnie napięcia. Generalnie jeszcze bardziej siebie lubię, jestem spokojniejszy i wyciszony a mimo to moi znajomi wciąż się dziwią jakim cudem robię tak wiele rzeczy….

Ten tekst dedykuję znajomemu, który pomimo dużego zmęczenia i osłabienia organizmu poszedł biegać, bo miał jogging w planie dnia. Niestety, nie dobiegł do celu a z trasy zabrała go karetka…

filizanka_small  przy pisaniu tego tekstu towarzyszyła mi  ajurwedyjska herbata łącząca w sobie 18 ziół, kwiatów i przypraw z urzekającym dodatkiem kwiatu żeńszenia GINSENG FLOWER

 

Czego uczy mnie joga cz. I – żyj na 60%

Mam już taki charakter, że we wszystkim co robię, we wszystkim co czytam lub oglądam szukam synergii z innymi moimi działaniami tzn. wyszukuje pomysły, treści i rozwiązania które sprawdzą się w innych obszarach mojego życia. Tak obecnie dzieje się też z niedawno temu rozpoczętą praktyką jogi, jeżeli tak można nazwać to co obecnie wyczyniam na sali próbując się wyciągać, naciągać i zginać przy okazji się nie połamawszy ;-). Ku mojemu zaskoczeniu, rady jakie słyszę od mojej nauczycielki jogi świetnie sprawdzają się nie tylko na jogowej macie. Dzisiaj pierwsza z nich – ćwiczcie na 60%.

W zabieganym świecie ambicji, hiperdoskonałości ciał modeli i modelek płynącej z reklam i ogólnego zachwytu nad wielozadaniowością oraz czerpaniem z życia pełnymi garściami ile się tylko da nagle ktoś mówi słowa, które działają jak kij wsadzony w szprych rozpędzonego koła od roweru. Ćwicz na 60% swoich możliwości –  nie na 10%, bo nie będziesz miał efektów i nie na 100% bo wtedy łatwo przekroczyć granicę i złapać kontuzję.

Rozwój osobisty - Life factory - czego uczy joga

Brzmi to nieco szokująco w obecnych czasach, bo zewsząd słyszę że mam działać, ćwiczyć i pracować na 120% swoich możliwości.  Reklamy energetyków przekonują mnie, że jak już nie mam siły to tylko łyk „cudownego” napoju i już rosną mi skrzydła lub wyłazi ze mnie tygrys. Mam być szybszy, sprawniejszy i praktycznie odporny na starość a wszystko to dzięki suplementom, doprowadzającym do skraju wytrzymałości cross fit’om i innym podkręconym aktywnościom. Nawet całe moje otoczenie jest w stanie podwyższonej gotowości, aby gdy tylko poczuje się słabo, zgubię oddech lub energię wesprzeć mnie dobrym słowem, niezłomną wiarą w to że sobie na pewno poradzę lub okrzykiem bojowym zapalić mnie do dalszego działania. Doszło nawet do tego, że sam do listy zadań na dany dzień dopisuję sobie jeszcze z dwa, no bo przecież jak docisnę to dam radę. Mój wewnętrzny krytyk ukształtowany przez otoczenie nie pozwala mi nigdy osiąść na laurach, no bo jak już jestem zadowolony to słyszę w głowie „możesz więcej”.

Pytanie jednak po co „więcej”? Czemu, nawet jak jestem na spacerze to podbiegam aby zdążyć na zielone światło, choć nigdzie się nie spieszę.  Polecenie aby ćwiczyć na 60% zdemolowało wprost całe moje funkcjonowanie. No bo jak to tak, że ktoś nie chce ode mnie 120 lub chociażby 100% moich możliwości a wystarcza mu nieco więcej niż połowa z nich. Zrozumiałem to, kiedy udało mi się wyłączyć ambicje i zacząłem ćwiczyć zgodnie z zaleceniem. Przestałem szarpać się i siłować ze swoim ciałem, lekko odpuściłem i znalazłem czas na to, aby je poczuć. Nagle okazało się, że czując ciało mogę lepiej wykonać daną pozycję, bo zamiast używać siły do skręcenia barku (..no bo jak to, ja nie dam rady?) wystarczy obserwować co się stanie jak minimalnie inaczej ułożę dłoń lub zrotuję staw barkowy prowadząc rękę po trochę większym okręgu. Nagle 60% stało się sposobem na to aby uzyskać lepsze efekty niż przy 100. Warunkiem koniecznym było jednak, aby na chwilę odpuścić i zobaczyć co się ze mną dzieje.

A co by się stało gdyby tak postępować nie tylko na macie do jogi, ale i w całym życiu?

Jak czuję mega zmęczenie i wyczerpanie, to nie lać w siebie kawy albo herbatek energetycznych, tylko zdrzemnąć się na chwilę dla zregenerowania energii. Gdyby nie gonić tylko za większą kasą a wydawać tą, którą się ma rozsądniej. Gdyby zamiast kolejnego filmowego hitu, w którym będę przeżywał przygody jakiegoś bohatera i dzięki temu niby resetował się po ciężkiej pracy, usiąść z termosem gorącej herbaty na brzegu polany w lesie i poobserwować co się na niej zmieni w czasie godziny. Gdyby przy okazji zbliżającego się 1 listopada Dnia Wszystkich Świętych, nagle nie obskakiwać w biegu wszystkich grobów i wielu cmentarzy a spędzić część tego dnia zamkniętym w domu z kubkiem czegoś gorącego i ze zdjęciami oraz wspomnieniami o tych, którzy odeszli.

Kiedy odpuszczasz i zwalniasz nagle znajdujesz nowe możliwości. Wyłączasz bezmyślne podążenie za innymi i Twoje ciało oraz umysł – niezaślepione próbą przetrwania za wszelką cenę do kolejnego wyznaczonego celu – powiedzą Ci czego naprawdę potrzebują i co jest dla nich ważne. Warto, aby miały szanse zrobić to same, zanim mijający czas i wiek pokażą Ci to w postaci kontuzji i innych zdrowotnych dolegliwości.

filizanka_small pisząc ten tekst nie mogłem wybrać innej herbaty niż BRIGHT MOOD – ajurwedyjska herbata na dobry nastrój i pozytywny stan ducha

 

Taki bank…

Poniższy tekst wyszperałem dawno, dawn temu w sieci, ale zrobił na mnie tak duże wrażenie, że wciąż o nim pamiętam:

Wyobraź sobie, że istnieje taki bank, który każdego ranka wpłaca na twoje konto 86.400 złotych. Bank jednak nie kumuluje środków. Co noc twoje konto wyzerowuje się do ostatniego grosza, przepada zatem wszystko, czego nie wydałeś w ciągu dnia. Co byś zrobił w takiej sytuacji?

Rozwój osobisty - Life factory - bank

Pewnie wybierałbyś codziennie wszystkie wpłacone środki. Każdy z nas ma rachunek w tym banku. Banku, który nazywa się Czas. Każdego ranka otrzymujesz 86.400 sekund. Ten bank nie przechowuje środków i nie daje ci możliwości przelewania ich na inne rachunki. W nocy nadwyżka środków zostanie anulowana. Nie możemy niczego zwrócić ani spożytkować naszego kredytu z dnia jutrzejszego. Mamy tylko to, co otrzymaliśmy dziś

Nie żyj zatem wspomnieniami przeszłości lub wyobrażeniami przyszłości, tylko tym co masz dzisiaj.

filizanka_small wspominając ten tekst piłem energetyczną zieloną herbatę Green Energy.

Tu byłem…

Pamiętam z dzieciństwa, jak w różnych popularnych miejscach nawiedzanych przez ludzi można było znaleźć wydrapane w ścianach lub wyskrobane w deskach, ewentualnie wycięte w korze drzew napisy w stylu „Byłem tu. Tomek z Krakowa”. Odkąd pojawił się Facebook, Instagram i Pinterest, wspierany przez aparaty fotograficzne w smartfonach, funkcje tych wyrytych napisów zajęły fotki wrzucane na portale społecznościowe. Na temat samych wpisów nie chcę się wypowiadać – znam i gorących ich krytyków, jak i fanów – a trzymam się zasady, że każdy sam kształtuje swoje życie i ma praw robić w nim co tylko chce, o ile tym działaniem nie krzywdzi innych.

Piszę o tym, bo zauważyłem jak wielu ludziom „umyka” samo miejsce, w którym przebywają. Wpadają i jedyne na czym się koncentrują, to na tym co jest tutaj fajnego do sfotografowania, co będzie fajne wyglądało na zdjęciu oraz ewentualnie czy na tle tego, czy owego będę dobrze wyglądać w mojej kreacji. To co cechuje fotosmartfonowców ale również i innych cyfrowych fotografów, to strzelanie dziesiątek zdjęć z założeniem, że potem w domu na spokojnie wybierze się te, które dobrze wyszły. Niestety, ekrany aparatów i smartfonów pozwalają nam spojrzeć na otaczający nas świat jedynie w pewnym jego wycinku. Ich użytkownicy przypominają czasami konie z klapkami po bokach oczu, które powodują, że koń widzi tylko to co bezpośrednio przed jego głową. Pstryk, pstryk, pstryk… wpatrzeni w ekrany i pochłonięci fotografią nie dostrzegamy wiewiórki, która przebieg tuż obok nas, dziecka, które się do nas uśmiecha czy kota, który nam się przygląda. Czasami się zastanawiam, czy takie zachowanie pozwala nam poczuć prawdziwego ducha miejsca, doświadczyć jego rzeczywistej atmosfery a czasami po prostu usiąść i odczuć fakturę drewnianej ławki, zapach rozgrzanej deski na pomoście, czy rześkość zielonej trawy.

Rozwój osobisty - Life factory - radość przeżywania

Do napisania tego artykułu skłoniło mnie krążące na Facebooku zdjęcie z wizyty Papieża Franciszka w USA. Widać na nim tłum ludzi ze smartfonami, którzy zamiast na papieża patrzą w ich ekrany. Jedynie jedna, mała staruszka patrzy w kierunku papieża. Nie robi zdjęć, jest spokojna i uśmiechnięta, ale to uśmiech inny niż u pozostałych. Wprost widać jak chłonie atmosferę tego miejsca i wydarzenia. Ona tam jest całą sobą, a pozostali trochę tu a trochę gdzie indziej. Ona stoi spokojnie, a oni w pośpiechu pstrykają fotki. Tak to prawda – oni będą mieli pamiątki w postaci fotek i zdarzeń na swoich profilach, ale ona będzie miała piękne wspomnienia. To właśnie ją chciałbym zapytać jak się czuła w tamtym miejscu, bo reszta chyba nie do końca potrafiłaby mi na to odpowiedzieć.

Sam czasami się zapominam i na początku w jakimś miejscu uruchamia mi się syndrom „pstrykacza”. Szybko jednak wyhamowuję i próbuję „poczuć to” miejsce. Zauważyć jak pachnie powietrze, czy jest suche czy wilgotne, jakie zapachy do mnie docierają. Skupiam się na detalach, kładę na pomoście, siadam na trawie, aby się zatrzymać i z perspektywy zanurzenia w tym miejscu poczuć zaciekawienie i dojrzeć to co ucieka mi w pośpiechu działania. Dawno temu, w otchłani internetu znalazłem poniższe zdjęcie, które właśnie do takiej uważności mnie natchnęło.

Rozwój osobisty - Life factory - zatrzymaj się

Zdjęcie pochodzi ze strony www.piccsy.com

filizanka_small pisząc ten tekst piłem aromatyczną herbatę Oolong Formosa, którą i Wam polecam.

Smakuj życie

Wrzesień to miesiąc, w którym często startują różnego rodzaju kursy, grupy zainteresowań i różnorakie warsztaty. Zatem pozbawia nas on jednej z podstawowych wymówek, dlaczego czegoś nie robimy lub nie próbujemy – nie pójdę na jogę bo jestem początkującym, a tam pewnie sami zaawansowani, zacząłbym kurs angielskiego ale wszystkie są już w trakcie, zapisałabym się na kurs tańca ale jak się odnajdę wśród tych którzy już ćwiczą trzy miesiące itd. itp. Oczywiście, że te powody to w przeważającej mierze wymówki ale jednak skutecznie pozwalają nam przed innymi, a szczególnie przed samym sobą,  znaleźć usprawiedliwienie na brak naszego działania.

Rozwój osobisty - Life factory - smakuj życie

Każdy boi się niepowodzenia, ośmieszenia, że mu na początku nie wyjdzie albo że nie będzie wiedział jak się zachować. Nie napiszę „olej innych i nie przejmuj się ich zdaniem”, bo będzie to przypominało rzucanie grochem o ścianę. Napiszę za to, że jest wrzesień i wielu będzie w podobnej do Ciebie sytuacji idąc pierwszy raz na jakieś zajęcia lub rozpoczynając jakiś kurs albo aktywność fizyczną. Tak, tak… po lecie, a szczególnie po oglądaniu świeżo zrobionych pamiątkowych zdjęć z wakacji, wielu dostrzega nagle nadmiar tego i owego u siebie i podejmuje decyzję o rozpoczęciu aktywności fizycznej. Wrzesień to właśnie miesiąc, w którym spotkasz sporo niezaprawionych w bojach biegaczy, rowerzystów których niewyćwiczone mięśnie nie pozwolą podjechać pod większe wzniesienie, czy też rolkarzy, którzy połowę czasu spędzają na ziemi po upadkach podczas nauki jazdy na tym  sprzęcie. Zatem w razie niepowodzenia nie będziesz się istotnie wyróżniać 😉

Powstaje jednak pytanie po co to robić?

Choćby po to, aby spróbować czegoś nowego i odnaleźć dawno zagubioną dziecinną fascynacje czymś nieznanym. Do dzisiaj pamiętam jak pierwszy raz poszedłem na koncert mis tybetańskich i spędziłem ponad  godzinę z jednej strony zafascynowany tym co wibracje i fale dźwiękowe robią z moim ciałem, a z drugiej podekscytowany tym co się jeszcze wydarzy. Już samo to, że miałem leżeć prze cały ten czas ziemi i jedynie słuchać dźwięków było dla mnie czymś zupełnie odmiennym w moim zabieganym życiu. Jednak, kiedy prowadząca walnęła w wielki gong było to uczucie wręcz ekstatyczne. Wibracje przeszyły całe moje ciało a ja tylko myślałem o tym, aby waliła w niego cały czas i to jeszcze mocniej. Po tym koncercie byłem mega zrelaksowany i do tej pory nie rozumiem, jak przy takich wibracjach i natężeniu dźwięku niektórzy z uczestników potrafili zasnąć i sobie chrapać.

Wiem jednak, że to możliwe bo poszedłem innym razem na koncert podczas którego prowadzący grał na hangu i dźwięki tego instrumentu wprowadziły mnie w taką błogość, podczas leżenia na podłodze, że odleciałem w objęcia Morfeusza. Tutaj, swoje zrobiła jeszcze oprawa – świeczki rozstawione wokół grającego, kadzidełka, plus dużo ciekawych/charakterystycznych uczestników – to wszystko tworzyło atmosferę nowego i fascynującego świata.

Zostawmy jednak koncerty. Na wiosnę tego roku byłem pierwszy raz na spływie kajakowym. Nie jakimś ekstremalnym, ale zupełnie turystyczno-relaksacyjnym ze znajomymi. Niby banalna rzecz, a jednak w kajaku do tej pory płynąłem tylko raz w życiu i teraz miałem ciągle przed oczami wizję wywrotki i utknięcia gdzieś pod kajakiem, do góry nogami. Rzeka nie była głęboka a i nurt nie był zbyt narwisty, zatem było bezpiecznie i zabawa była mega. Czułem się po tym wypadzie fantastycznie i już planuję kolejne kajakowanie. Jednak dopiero wtedy, kiedy raz wziąłem w tym udział, to zacząłem zauważać ile takich kajakarskich tras jest w pobliżu mojego domu. Ponieważ bałem się tego spływu, to satysfakcja z jego ukończenia była mega motywująca. Zresztą twórcy wesołych miasteczek, podkreślają, że aby się dobrze w nich bawić zabawa powinna być połączona z pewną dozą strachu, bo tylko wtedy nasz organizm daje nam endorfinowego kopa wywołującego doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie. Już wiesz zatem pewnie, czemu tak wiele osób uwielbia rollercoastery 😉

W czerwcu tego roku poszedłem też na 1,5 godzinne wprowadzenie do jogi i medytacji. Z jednej strony, obawiałem się czy sobie poradzę z tymi pokręconymi jogicznymi pozycjami (szczytem gibkości to ja nie jestem) a z drugiej, trochę nie wyobrażałem sobie jak ja wulkan energii będę medytował. Jestem świetny z orientacji w terenie i dokładnie wiem gdzie jest strona prawa i lewa. Jednak jak w pewnym momencie miałem leżąc przepleść prawą stopę pod lewym udem i jeszcze jedną ręką złapać się gdzieś tam, to nie podołałem temu zadaniu i poplątałem wszystkie strony i kierunki. Tak samo nie poszła mi pozycja na jednej nodze, bo co chwila mnie gibało i traciłem równowagę. Najzabawniejsze było jednak to, że nie do końca szło również pozostałym i wszyscy zamiast się jakoś napinać i denerwować mieli niezły ubaw. Szczególnie jak prowadząca mówiła, że teraz robimy pozycję ślimaka albo psa. Dowiedziałem się o dziwnych mięśniach, których wcześniej nigdy nie czułem. Wiem, że muszę popracować nad koordynacją ruchową i że muszę nauczyć się odpuszczać, bo w jodze trzeba działać z wyczuciem i bez przesadnej ambicji, bo ta druga może doprowadzić do kontuzji a ja jako perfekcjonista jestem nad wyraz ambitny.

Rozwój osobisty - Life factory - smakuj życie 2

Przykładów mógłbym jeszcze sypać dziesiątki – jak choćby masaż tajski połączony z aromaterapią, parasailing, kosztowanie dziwacznych regionalnych specjałów za granicą  itd. Co jednak łączy te wszystkie działania? Dla mnie to smak przygody, stawiania siebie w nowych sytuacjach, poznawanie ludzi i ich historii z zupełnie innych obszarów zainteresowań niż moje. Przełamywanie się, mierzenie ze swoim strachem i poszerzanie swoich horyzontów a co najważniejsze „smakowanie życia” w jego najróżniejszych formach. Tak – aby wtedy, kiedy już będą dochodziły do końca moje ostatnie godziny na tym świecie – mieć poczucie, że przeżyłem fascynujące i ciekawe życie a nie żałować, że tylu rzeczy nie spróbowałem przez te wszystkie lata.

Kończąc pozostawiam Ciebie z pytaniem: Kiedy ostatnio zrobiłeś coś pierwszy raz w życiu? 

filizanka_small pisząc ten tekst piłem przepyszny owocowy napar Pina Colada z dodatkiem kokosu

Życie w trybie „smart”

Od dawna mam dylemat jak żyć, a w zasadzie to w jakim czasie. Jedni guru podają, aby koncentrować się wyłącznie na „tu i teraz”. Inni natomiast mówią, że jeśli już teraz nie zadbasz o swoją przyszłość, to będzie ona marna i będziesz mieć problemy. Jedni mówią zwolnij, zatrzymaj się i włącz uważność, a drudzy radzą z jakich urządzeń i programów należy korzystać, aby podnieść swoją wydajność i multizadaniowość. Do tego żyjemy w erze natłoku informacji i rozwoju social mediów. Powszechnej dostępności towarów, dynamicznej ewolucji urządzeń elektronicznych do kolejnych wersji oraz nieustających promocji i okazji. W przeciwieństwie do minionych czasów prawie nie poświęcamy energii na naprawianie tego co już mamy, tylko kupujemy lepszy, nowszy model a ten poprzedni traci naszą uwagę i ląduje w śmietniku lub na dnie zapomnianej szuflady. Czy to dobrze, czy źle – jak zwykle w życiu nic nie jest czarno-białe. Z jednej strony produkujemy więcej śmieci. Z drugiej, kupując coś nowego napędzamy gospodarkę, która daje zatrudnienie innym ludziom.

Rozwój osobisty - Life factory - życie

I moglibyśmy tak dywagować w nieskończoność, ale w momencie kiedy na podobnej zasadzie jak rzeczy zaczynamy traktować innych ludzi lub zwierzęta – czyli istoty, które czują, myślą i obdarzają nas uczuciami – to zdecydowanie nam się coś w głowach porypało. Kilka dni temu w internecie gruchnęła wieść o maratończyku Piotrze Kuryło, który wcześniej adoptował ze schroniska 13-letnią suczkę a teraz w słonecznym upale przywiązał ją do bramy schroniska i się ulotnił (pech chciał… a może szczęście, że ten wyczyn został uwieczniony na nagraniu kamery). Przerażony pies spędził na słonecznym ukropie 2 godziny nim go ktoś znalazł. Rzeczony biegacz coś bełkotał o kosztach, bo pies schorowany i że niby nie miał go z kim zostawić w czasie planowanego biegu maratońskiego. Już nawet nie będę się pastwił nad nim, że przecież ma rodzinę a drugim z jego psów jakoś miał się kto zająć.

Chodzi mi bardziej o pewien trend, który  staje się coraz bardziej powszechny. Uczymy się szybko znajdować zamienniki tego co mamy. Domowe obiady zastępujemy fast food’ami, zamiast regularnego odpoczynku fundujemy sobie turbo regeneracyjne weekendowe wypady do SPA, spotkania ze znajomymi zastępuje nam wymiana z nimi postów i komentarzy na Facebook’u. Zamiast dwóch, trzech prawdziwych przyjaciół mamy setki internetowych znajomych, o których tak naprawdę za dużo nie wiemy. Reklamy zachęcają nas do zamawiania w internecie sterty nowych ubrań, przymierzania ich w domu i odsyłania tych, które nam nie pasują ale mało kto zauważa, że tak samo zaczynamy postępować z ludźmi. Portal randkowy albo czat, szybkie spotkanie jeszcze szybszy numerek i już wiemy kogo odesłać w ramach „zwrotu towaru”. Bo nam nie pasuje, nie tak leży albo nie spełni naszych wyśrubowanych standardów a że może się jakoś emocjonalnie zaangażował, albo zadurzył…. a to sorry, jego problem.

Jesteśmy coraz bardziej niezależni, mobilni i świadomi swojej wartości. Czasami zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego kiedy już jesteśmy z kimś związani. Czasami uświadomi nam to też ktoś inny, kto nagle poświeci nam trochę więcej uwagi i miłych słów niż nasza druga połowa. Jak pokazują doświadczenia moich znajomych, bardzo łatwo wtedy ulec iluzji, że o to los obdarzył nas dostępnością do nowego, lepszego modelu od tego co mamy. Zatem co… stare na śmietnik.

Rozwój osobisty - Life factory - życie 2

Rozchodzimy się, zostawiamy z dnia na dzień drugie połowy totalnie zaskoczone całą sytuacją, czasami wręcz kończymy związek jednym SMS’em. Nie próbujemy niczego naprawiać lub czegoś pozmieniać, w tym co już było. Chwytamy naszą nową zabawkę i dalej gnamy w świat…

Jednak z czasem okazuje się, że i ten nowy model miał wady ukryte – mąż, albo żona. Czasami przegrzewa mu się procesor i zapomina być dla nas miły, albo przepełnia bufor pamięci i nie jest już tak aktywną i tryskającą energią osobą jak wcześniej. Cóż można w tej sytuacji zrobić? Niestety, najczęściej zaczynamy się rozglądać za kolejnym nowszym modelem, albo chociaż takim, który ma świeższą wersję oprogramowania i najlepiej gdyby był jeszcze w promocji.

Teoretycznie można tak w nieskończoność i pewnie jest to jakiś sposób na życie. Możemy być jednak bardzo zaskoczeni, kiedy nagle na naszym głównym panelu sterowania pojawi się komunikat: „błąd systemu – choroba” lub „model niedostępny dla tej kategorii wiekowej”. Czy znajdziemy wtedy szybko jakiś „zamiennik” dla tego co było?

Chciałbym, aby było jasne, że jestem przeciwnikiem utrzymywania pewnych relacji na siłę, kiedy faktycznie już nic ze sobą nie niosą albo są dla nas destrukcyjne. Jestem też daleki od promowania nieustających i niewiele wnoszących napraw tego co było do tej pory, bo najzwyczajniej szkoda na to czasu i życia. Nie oceniam ludzi za ich decyzje, bo najczęściej nie wiem wszystkiego. Wiem tylko, że każda decyzja rodzi konsekwencje a podejmowana w biegu i na hurraoptymistycznym emocjonalnym haju nie uwzględnia wszystkich przesłanek.

I tak sobie myślę, że warto jednak na co dzień „żyć tu i teraz”. Żeby jak pojawia się jakaś nowa szansa na przyszłość, mieć pełną świadomość tego co możemy utracić albo też jakiego zniewalającego bagażu możemy się pozbyć. Jakiej jednak decyzji byśmy nie podjęli, pamiętajmy o uczuciach innych. Nikt z nas nie chciałby zostać bez słowa przywiązany do bramy schroniska i pozostawiony samemu sobie.

A wspomnianemu maratończykowi dedykuję pewną przypowiastkę, na którą gdzieś, kiedyś trafiłem w czeluściach internetu:

Rozwój osobisty - Life factory - psiak

Zmarł pewien mężczyzna a razem z nim zmarł jego pies.
I oto dusza człowieka, z psem u boku, stają przed wrotami z napisem ”Raj. Psom wstęp wzbroniony”.
Człowiek nie przeszedł przez te drzwi i poszedł dalej, w nicość z psem u boku. Idzie i po jakimś czasie widzi drugie wrota. Nic nie jest na nich napisane, tylko obok siedzi jakiś starzec. Człowiek podchodzi do niego i zagaja:
– Przepraszam szanownego…
– Święty Piotr jestem.
– A co jest za tymi wrotami?
– Raj.
– A z psem można?
– Oczywiście.
– A tam wcześniej to co to było?
– Piekło. Do Raju dochodzą tylko ci, którzy nie porzucają przyjaciół.

filizanka_small pisząc ten tekst piłem najpopularniejszą z chińskich zielonych herbat zwiniętych w kulki – China Gunpowder, czyli proch strzelniczy