Archiwa kategorii: lifeBalance

Czego uczy mnie joga cz. II – nie żyj na pamięć…

Początek zajęć, wszyscy już siedzą w ciszy na swoich matach i starają się wewnętrznie wyciszyć. W powietrzu delikatnie ćmi relaksująca muzyka i unosi się woń kadzidła. W tle słychać głos nauczycielki o koncentracji na oddechu i wyrównaniu wdechu i wydechu… „Poczujcie swoje ciało, jak się dzisiaj czuje. Czy coś Was boli, coś się napina – skierujcie w to miejsce oddech aby się rozluźniło. Przeskanujcie swoje ciało i pamiętajcie aby nie ćwiczyć na pamięć. To, że ostatnio wyszła Wam jakaś pozycja lub w skłonie dosięgnęliście jakiegoś miejsca nie znaczy wcale, że i dzisiaj musi się tak zdarzyć. Ćwicząc na pamięć, przestajecie słuchać swojego ciała i łatwo wtedy o kontuzję”.

Rozwój osobisty - Life factory - joga

Kiedy usłyszałem o niećwiczeniu na pamięć i nie napinaniu się na to aby powtórzyć wynik z ostatniego spotkania dotarło do mnie, że ta mądra rada stoi w sprzeczności ze wszystkim tym czego mnie uczono. W szkole podstawowej jak osiągnąłem jakiś wynik w biegu, to przy kolejnym teście sprawnościowym wynik gorszy oznaczał porażkę. Jak z jakiegoś przedmiotu miałem czwórkę na półrocze, to trója ze sprawdzianu była tragedią. Tak wychowany i nauczony społecznych oczekiwań, za każdym razem kiedy zrobiłem coś nie tak dobrze jak poprzednio czułem się winny i zastanawiałem się co się złego ze mną stało. Nigdy wcześniej nie pomyślałem o tym, czy ten dzień jest tak samo dobry jak tamten, w którym miałem lepszy rezultat. Zawsze porównywałem ze sobą jedynie wyniki a nie dni.

Gubi nas życie na pamięć. Pędzimy samochodami po ulicach, bo ostatnio dojechaliśmy tą drogą do celu w 10 minut, a że to był wieczór i puste drogi a teraz jest dzień i pełno samochodów to nie jest ważne, ważne aby zmieścić się w tych 10 minutach. Czemu nie wyszliśmy wcześniej z domu, czemu choć wiemy, że jesteśmy zmęczeni nie wzięliśmy poprawki na to, że mamy dzisiaj gorszy refleks, czy faktycznie musimy zmieścić się w tym czasie co ostatnio? – pytania te pojawią się najczęściej dopiero wtedy kiedy mamy wypadek. Gnamy, biegniemy przez życie nie zważając na to czy nas coś boli, czy ciało ostrzega – ważne aby odhaczyć kolejne pozycje z listy spraw do załatwienia… i aby nie zrobić tego gorzej niż ostatnio.

Od pamiętnej lekcji jogi zmieniłem swoje postępowanie. Kiedy rano wstaję i w pośpiechu szykowania się do pracy wskakuję pod prysznic na chwilę zwalniam i staram się poczuć to jak się czuję. Kiedy trzeba wykreślam zadania z listy na dany dzień i przenoszę je na inny, kiedy z barku czasu zmęczony ćwiczę z hantlami pod koniec dnia pozwalam sobie na mniejszą liczbę powtórzeń. Kiedy śpię krótko w nocy, nie szkoda mi czasu na regeneracyjną, krótką drzemkę po południu. Raz na jakiś czas w biegu dnia zatrzymuję się na moment i słucham siebie, skutkiem czego zacząłem zauważać jak często w ciągu dnia mam napięty kark i szyję, jak nieświadomie zaciskam mocno żuchwę. Uspokajam się wtedy na moment, biorę kilka spokojnych, długich oddechów i rozkoszuje poczuciem spływającego ze mnie napięcia. Generalnie jeszcze bardziej siebie lubię, jestem spokojniejszy i wyciszony a mimo to moi znajomi wciąż się dziwią jakim cudem robię tak wiele rzeczy….

Ten tekst dedykuję znajomemu, który pomimo dużego zmęczenia i osłabienia organizmu poszedł biegać, bo miał jogging w planie dnia. Niestety, nie dobiegł do celu a z trasy zabrała go karetka…

filizanka_small  przy pisaniu tego tekstu towarzyszyła mi  ajurwedyjska herbata łącząca w sobie 18 ziół, kwiatów i przypraw z urzekającym dodatkiem kwiatu żeńszenia GINSENG FLOWER

 

Czego uczy mnie joga cz. I – żyj na 60%

Mam już taki charakter, że we wszystkim co robię, we wszystkim co czytam lub oglądam szukam synergii z innymi moimi działaniami tzn. wyszukuje pomysły, treści i rozwiązania które sprawdzą się w innych obszarach mojego życia. Tak obecnie dzieje się też z niedawno temu rozpoczętą praktyką jogi, jeżeli tak można nazwać to co obecnie wyczyniam na sali próbując się wyciągać, naciągać i zginać przy okazji się nie połamawszy ;-). Ku mojemu zaskoczeniu, rady jakie słyszę od mojej nauczycielki jogi świetnie sprawdzają się nie tylko na jogowej macie. Dzisiaj pierwsza z nich – ćwiczcie na 60%.

W zabieganym świecie ambicji, hiperdoskonałości ciał modeli i modelek płynącej z reklam i ogólnego zachwytu nad wielozadaniowością oraz czerpaniem z życia pełnymi garściami ile się tylko da nagle ktoś mówi słowa, które działają jak kij wsadzony w szprych rozpędzonego koła od roweru. Ćwicz na 60% swoich możliwości –  nie na 10%, bo nie będziesz miał efektów i nie na 100% bo wtedy łatwo przekroczyć granicę i złapać kontuzję.

Rozwój osobisty - Life factory - czego uczy joga

Brzmi to nieco szokująco w obecnych czasach, bo zewsząd słyszę że mam działać, ćwiczyć i pracować na 120% swoich możliwości.  Reklamy energetyków przekonują mnie, że jak już nie mam siły to tylko łyk „cudownego” napoju i już rosną mi skrzydła lub wyłazi ze mnie tygrys. Mam być szybszy, sprawniejszy i praktycznie odporny na starość a wszystko to dzięki suplementom, doprowadzającym do skraju wytrzymałości cross fit’om i innym podkręconym aktywnościom. Nawet całe moje otoczenie jest w stanie podwyższonej gotowości, aby gdy tylko poczuje się słabo, zgubię oddech lub energię wesprzeć mnie dobrym słowem, niezłomną wiarą w to że sobie na pewno poradzę lub okrzykiem bojowym zapalić mnie do dalszego działania. Doszło nawet do tego, że sam do listy zadań na dany dzień dopisuję sobie jeszcze z dwa, no bo przecież jak docisnę to dam radę. Mój wewnętrzny krytyk ukształtowany przez otoczenie nie pozwala mi nigdy osiąść na laurach, no bo jak już jestem zadowolony to słyszę w głowie „możesz więcej”.

Pytanie jednak po co „więcej”? Czemu, nawet jak jestem na spacerze to podbiegam aby zdążyć na zielone światło, choć nigdzie się nie spieszę.  Polecenie aby ćwiczyć na 60% zdemolowało wprost całe moje funkcjonowanie. No bo jak to tak, że ktoś nie chce ode mnie 120 lub chociażby 100% moich możliwości a wystarcza mu nieco więcej niż połowa z nich. Zrozumiałem to, kiedy udało mi się wyłączyć ambicje i zacząłem ćwiczyć zgodnie z zaleceniem. Przestałem szarpać się i siłować ze swoim ciałem, lekko odpuściłem i znalazłem czas na to, aby je poczuć. Nagle okazało się, że czując ciało mogę lepiej wykonać daną pozycję, bo zamiast używać siły do skręcenia barku (..no bo jak to, ja nie dam rady?) wystarczy obserwować co się stanie jak minimalnie inaczej ułożę dłoń lub zrotuję staw barkowy prowadząc rękę po trochę większym okręgu. Nagle 60% stało się sposobem na to aby uzyskać lepsze efekty niż przy 100. Warunkiem koniecznym było jednak, aby na chwilę odpuścić i zobaczyć co się ze mną dzieje.

A co by się stało gdyby tak postępować nie tylko na macie do jogi, ale i w całym życiu?

Jak czuję mega zmęczenie i wyczerpanie, to nie lać w siebie kawy albo herbatek energetycznych, tylko zdrzemnąć się na chwilę dla zregenerowania energii. Gdyby nie gonić tylko za większą kasą a wydawać tą, którą się ma rozsądniej. Gdyby zamiast kolejnego filmowego hitu, w którym będę przeżywał przygody jakiegoś bohatera i dzięki temu niby resetował się po ciężkiej pracy, usiąść z termosem gorącej herbaty na brzegu polany w lesie i poobserwować co się na niej zmieni w czasie godziny. Gdyby przy okazji zbliżającego się 1 listopada Dnia Wszystkich Świętych, nagle nie obskakiwać w biegu wszystkich grobów i wielu cmentarzy a spędzić część tego dnia zamkniętym w domu z kubkiem czegoś gorącego i ze zdjęciami oraz wspomnieniami o tych, którzy odeszli.

Kiedy odpuszczasz i zwalniasz nagle znajdujesz nowe możliwości. Wyłączasz bezmyślne podążenie za innymi i Twoje ciało oraz umysł – niezaślepione próbą przetrwania za wszelką cenę do kolejnego wyznaczonego celu – powiedzą Ci czego naprawdę potrzebują i co jest dla nich ważne. Warto, aby miały szanse zrobić to same, zanim mijający czas i wiek pokażą Ci to w postaci kontuzji i innych zdrowotnych dolegliwości.

filizanka_small pisząc ten tekst nie mogłem wybrać innej herbaty niż BRIGHT MOOD – ajurwedyjska herbata na dobry nastrój i pozytywny stan ducha

 

Taki bank…

Poniższy tekst wyszperałem dawno, dawn temu w sieci, ale zrobił na mnie tak duże wrażenie, że wciąż o nim pamiętam:

Wyobraź sobie, że istnieje taki bank, który każdego ranka wpłaca na twoje konto 86.400 złotych. Bank jednak nie kumuluje środków. Co noc twoje konto wyzerowuje się do ostatniego grosza, przepada zatem wszystko, czego nie wydałeś w ciągu dnia. Co byś zrobił w takiej sytuacji?

Rozwój osobisty - Life factory - bank

Pewnie wybierałbyś codziennie wszystkie wpłacone środki. Każdy z nas ma rachunek w tym banku. Banku, który nazywa się Czas. Każdego ranka otrzymujesz 86.400 sekund. Ten bank nie przechowuje środków i nie daje ci możliwości przelewania ich na inne rachunki. W nocy nadwyżka środków zostanie anulowana. Nie możemy niczego zwrócić ani spożytkować naszego kredytu z dnia jutrzejszego. Mamy tylko to, co otrzymaliśmy dziś

Nie żyj zatem wspomnieniami przeszłości lub wyobrażeniami przyszłości, tylko tym co masz dzisiaj.

filizanka_small wspominając ten tekst piłem energetyczną zieloną herbatę Green Energy.

Tu byłem…

Pamiętam z dzieciństwa, jak w różnych popularnych miejscach nawiedzanych przez ludzi można było znaleźć wydrapane w ścianach lub wyskrobane w deskach, ewentualnie wycięte w korze drzew napisy w stylu „Byłem tu. Tomek z Krakowa”. Odkąd pojawił się Facebook, Instagram i Pinterest, wspierany przez aparaty fotograficzne w smartfonach, funkcje tych wyrytych napisów zajęły fotki wrzucane na portale społecznościowe. Na temat samych wpisów nie chcę się wypowiadać – znam i gorących ich krytyków, jak i fanów – a trzymam się zasady, że każdy sam kształtuje swoje życie i ma praw robić w nim co tylko chce, o ile tym działaniem nie krzywdzi innych.

Piszę o tym, bo zauważyłem jak wielu ludziom „umyka” samo miejsce, w którym przebywają. Wpadają i jedyne na czym się koncentrują, to na tym co jest tutaj fajnego do sfotografowania, co będzie fajne wyglądało na zdjęciu oraz ewentualnie czy na tle tego, czy owego będę dobrze wyglądać w mojej kreacji. To co cechuje fotosmartfonowców ale również i innych cyfrowych fotografów, to strzelanie dziesiątek zdjęć z założeniem, że potem w domu na spokojnie wybierze się te, które dobrze wyszły. Niestety, ekrany aparatów i smartfonów pozwalają nam spojrzeć na otaczający nas świat jedynie w pewnym jego wycinku. Ich użytkownicy przypominają czasami konie z klapkami po bokach oczu, które powodują, że koń widzi tylko to co bezpośrednio przed jego głową. Pstryk, pstryk, pstryk… wpatrzeni w ekrany i pochłonięci fotografią nie dostrzegamy wiewiórki, która przebieg tuż obok nas, dziecka, które się do nas uśmiecha czy kota, który nam się przygląda. Czasami się zastanawiam, czy takie zachowanie pozwala nam poczuć prawdziwego ducha miejsca, doświadczyć jego rzeczywistej atmosfery a czasami po prostu usiąść i odczuć fakturę drewnianej ławki, zapach rozgrzanej deski na pomoście, czy rześkość zielonej trawy.

Rozwój osobisty - Life factory - radość przeżywania

Do napisania tego artykułu skłoniło mnie krążące na Facebooku zdjęcie z wizyty Papieża Franciszka w USA. Widać na nim tłum ludzi ze smartfonami, którzy zamiast na papieża patrzą w ich ekrany. Jedynie jedna, mała staruszka patrzy w kierunku papieża. Nie robi zdjęć, jest spokojna i uśmiechnięta, ale to uśmiech inny niż u pozostałych. Wprost widać jak chłonie atmosferę tego miejsca i wydarzenia. Ona tam jest całą sobą, a pozostali trochę tu a trochę gdzie indziej. Ona stoi spokojnie, a oni w pośpiechu pstrykają fotki. Tak to prawda – oni będą mieli pamiątki w postaci fotek i zdarzeń na swoich profilach, ale ona będzie miała piękne wspomnienia. To właśnie ją chciałbym zapytać jak się czuła w tamtym miejscu, bo reszta chyba nie do końca potrafiłaby mi na to odpowiedzieć.

Sam czasami się zapominam i na początku w jakimś miejscu uruchamia mi się syndrom „pstrykacza”. Szybko jednak wyhamowuję i próbuję „poczuć to” miejsce. Zauważyć jak pachnie powietrze, czy jest suche czy wilgotne, jakie zapachy do mnie docierają. Skupiam się na detalach, kładę na pomoście, siadam na trawie, aby się zatrzymać i z perspektywy zanurzenia w tym miejscu poczuć zaciekawienie i dojrzeć to co ucieka mi w pośpiechu działania. Dawno temu, w otchłani internetu znalazłem poniższe zdjęcie, które właśnie do takiej uważności mnie natchnęło.

Rozwój osobisty - Life factory - zatrzymaj się

Zdjęcie pochodzi ze strony www.piccsy.com

filizanka_small pisząc ten tekst piłem aromatyczną herbatę Oolong Formosa, którą i Wam polecam.

Smakuj życie

Wrzesień to miesiąc, w którym często startują różnego rodzaju kursy, grupy zainteresowań i różnorakie warsztaty. Zatem pozbawia nas on jednej z podstawowych wymówek, dlaczego czegoś nie robimy lub nie próbujemy – nie pójdę na jogę bo jestem początkującym, a tam pewnie sami zaawansowani, zacząłbym kurs angielskiego ale wszystkie są już w trakcie, zapisałabym się na kurs tańca ale jak się odnajdę wśród tych którzy już ćwiczą trzy miesiące itd. itp. Oczywiście, że te powody to w przeważającej mierze wymówki ale jednak skutecznie pozwalają nam przed innymi, a szczególnie przed samym sobą,  znaleźć usprawiedliwienie na brak naszego działania.

Rozwój osobisty - Life factory - smakuj życie

Każdy boi się niepowodzenia, ośmieszenia, że mu na początku nie wyjdzie albo że nie będzie wiedział jak się zachować. Nie napiszę „olej innych i nie przejmuj się ich zdaniem”, bo będzie to przypominało rzucanie grochem o ścianę. Napiszę za to, że jest wrzesień i wielu będzie w podobnej do Ciebie sytuacji idąc pierwszy raz na jakieś zajęcia lub rozpoczynając jakiś kurs albo aktywność fizyczną. Tak, tak… po lecie, a szczególnie po oglądaniu świeżo zrobionych pamiątkowych zdjęć z wakacji, wielu dostrzega nagle nadmiar tego i owego u siebie i podejmuje decyzję o rozpoczęciu aktywności fizycznej. Wrzesień to właśnie miesiąc, w którym spotkasz sporo niezaprawionych w bojach biegaczy, rowerzystów których niewyćwiczone mięśnie nie pozwolą podjechać pod większe wzniesienie, czy też rolkarzy, którzy połowę czasu spędzają na ziemi po upadkach podczas nauki jazdy na tym  sprzęcie. Zatem w razie niepowodzenia nie będziesz się istotnie wyróżniać 😉

Powstaje jednak pytanie po co to robić?

Choćby po to, aby spróbować czegoś nowego i odnaleźć dawno zagubioną dziecinną fascynacje czymś nieznanym. Do dzisiaj pamiętam jak pierwszy raz poszedłem na koncert mis tybetańskich i spędziłem ponad  godzinę z jednej strony zafascynowany tym co wibracje i fale dźwiękowe robią z moim ciałem, a z drugiej podekscytowany tym co się jeszcze wydarzy. Już samo to, że miałem leżeć prze cały ten czas ziemi i jedynie słuchać dźwięków było dla mnie czymś zupełnie odmiennym w moim zabieganym życiu. Jednak, kiedy prowadząca walnęła w wielki gong było to uczucie wręcz ekstatyczne. Wibracje przeszyły całe moje ciało a ja tylko myślałem o tym, aby waliła w niego cały czas i to jeszcze mocniej. Po tym koncercie byłem mega zrelaksowany i do tej pory nie rozumiem, jak przy takich wibracjach i natężeniu dźwięku niektórzy z uczestników potrafili zasnąć i sobie chrapać.

Wiem jednak, że to możliwe bo poszedłem innym razem na koncert podczas którego prowadzący grał na hangu i dźwięki tego instrumentu wprowadziły mnie w taką błogość, podczas leżenia na podłodze, że odleciałem w objęcia Morfeusza. Tutaj, swoje zrobiła jeszcze oprawa – świeczki rozstawione wokół grającego, kadzidełka, plus dużo ciekawych/charakterystycznych uczestników – to wszystko tworzyło atmosferę nowego i fascynującego świata.

Zostawmy jednak koncerty. Na wiosnę tego roku byłem pierwszy raz na spływie kajakowym. Nie jakimś ekstremalnym, ale zupełnie turystyczno-relaksacyjnym ze znajomymi. Niby banalna rzecz, a jednak w kajaku do tej pory płynąłem tylko raz w życiu i teraz miałem ciągle przed oczami wizję wywrotki i utknięcia gdzieś pod kajakiem, do góry nogami. Rzeka nie była głęboka a i nurt nie był zbyt narwisty, zatem było bezpiecznie i zabawa była mega. Czułem się po tym wypadzie fantastycznie i już planuję kolejne kajakowanie. Jednak dopiero wtedy, kiedy raz wziąłem w tym udział, to zacząłem zauważać ile takich kajakarskich tras jest w pobliżu mojego domu. Ponieważ bałem się tego spływu, to satysfakcja z jego ukończenia była mega motywująca. Zresztą twórcy wesołych miasteczek, podkreślają, że aby się dobrze w nich bawić zabawa powinna być połączona z pewną dozą strachu, bo tylko wtedy nasz organizm daje nam endorfinowego kopa wywołującego doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie. Już wiesz zatem pewnie, czemu tak wiele osób uwielbia rollercoastery 😉

W czerwcu tego roku poszedłem też na 1,5 godzinne wprowadzenie do jogi i medytacji. Z jednej strony, obawiałem się czy sobie poradzę z tymi pokręconymi jogicznymi pozycjami (szczytem gibkości to ja nie jestem) a z drugiej, trochę nie wyobrażałem sobie jak ja wulkan energii będę medytował. Jestem świetny z orientacji w terenie i dokładnie wiem gdzie jest strona prawa i lewa. Jednak jak w pewnym momencie miałem leżąc przepleść prawą stopę pod lewym udem i jeszcze jedną ręką złapać się gdzieś tam, to nie podołałem temu zadaniu i poplątałem wszystkie strony i kierunki. Tak samo nie poszła mi pozycja na jednej nodze, bo co chwila mnie gibało i traciłem równowagę. Najzabawniejsze było jednak to, że nie do końca szło również pozostałym i wszyscy zamiast się jakoś napinać i denerwować mieli niezły ubaw. Szczególnie jak prowadząca mówiła, że teraz robimy pozycję ślimaka albo psa. Dowiedziałem się o dziwnych mięśniach, których wcześniej nigdy nie czułem. Wiem, że muszę popracować nad koordynacją ruchową i że muszę nauczyć się odpuszczać, bo w jodze trzeba działać z wyczuciem i bez przesadnej ambicji, bo ta druga może doprowadzić do kontuzji a ja jako perfekcjonista jestem nad wyraz ambitny.

Rozwój osobisty - Life factory - smakuj życie 2

Przykładów mógłbym jeszcze sypać dziesiątki – jak choćby masaż tajski połączony z aromaterapią, parasailing, kosztowanie dziwacznych regionalnych specjałów za granicą  itd. Co jednak łączy te wszystkie działania? Dla mnie to smak przygody, stawiania siebie w nowych sytuacjach, poznawanie ludzi i ich historii z zupełnie innych obszarów zainteresowań niż moje. Przełamywanie się, mierzenie ze swoim strachem i poszerzanie swoich horyzontów a co najważniejsze „smakowanie życia” w jego najróżniejszych formach. Tak – aby wtedy, kiedy już będą dochodziły do końca moje ostatnie godziny na tym świecie – mieć poczucie, że przeżyłem fascynujące i ciekawe życie a nie żałować, że tylu rzeczy nie spróbowałem przez te wszystkie lata.

Kończąc pozostawiam Ciebie z pytaniem: Kiedy ostatnio zrobiłeś coś pierwszy raz w życiu? 

filizanka_small pisząc ten tekst piłem przepyszny owocowy napar Pina Colada z dodatkiem kokosu

Życie w trybie „smart”

Od dawna mam dylemat jak żyć, a w zasadzie to w jakim czasie. Jedni guru podają, aby koncentrować się wyłącznie na „tu i teraz”. Inni natomiast mówią, że jeśli już teraz nie zadbasz o swoją przyszłość, to będzie ona marna i będziesz mieć problemy. Jedni mówią zwolnij, zatrzymaj się i włącz uważność, a drudzy radzą z jakich urządzeń i programów należy korzystać, aby podnieść swoją wydajność i multizadaniowość. Do tego żyjemy w erze natłoku informacji i rozwoju social mediów. Powszechnej dostępności towarów, dynamicznej ewolucji urządzeń elektronicznych do kolejnych wersji oraz nieustających promocji i okazji. W przeciwieństwie do minionych czasów prawie nie poświęcamy energii na naprawianie tego co już mamy, tylko kupujemy lepszy, nowszy model a ten poprzedni traci naszą uwagę i ląduje w śmietniku lub na dnie zapomnianej szuflady. Czy to dobrze, czy źle – jak zwykle w życiu nic nie jest czarno-białe. Z jednej strony produkujemy więcej śmieci. Z drugiej, kupując coś nowego napędzamy gospodarkę, która daje zatrudnienie innym ludziom.

Rozwój osobisty - Life factory - życie

I moglibyśmy tak dywagować w nieskończoność, ale w momencie kiedy na podobnej zasadzie jak rzeczy zaczynamy traktować innych ludzi lub zwierzęta – czyli istoty, które czują, myślą i obdarzają nas uczuciami – to zdecydowanie nam się coś w głowach porypało. Kilka dni temu w internecie gruchnęła wieść o maratończyku Piotrze Kuryło, który wcześniej adoptował ze schroniska 13-letnią suczkę a teraz w słonecznym upale przywiązał ją do bramy schroniska i się ulotnił (pech chciał… a może szczęście, że ten wyczyn został uwieczniony na nagraniu kamery). Przerażony pies spędził na słonecznym ukropie 2 godziny nim go ktoś znalazł. Rzeczony biegacz coś bełkotał o kosztach, bo pies schorowany i że niby nie miał go z kim zostawić w czasie planowanego biegu maratońskiego. Już nawet nie będę się pastwił nad nim, że przecież ma rodzinę a drugim z jego psów jakoś miał się kto zająć.

Chodzi mi bardziej o pewien trend, który  staje się coraz bardziej powszechny. Uczymy się szybko znajdować zamienniki tego co mamy. Domowe obiady zastępujemy fast food’ami, zamiast regularnego odpoczynku fundujemy sobie turbo regeneracyjne weekendowe wypady do SPA, spotkania ze znajomymi zastępuje nam wymiana z nimi postów i komentarzy na Facebook’u. Zamiast dwóch, trzech prawdziwych przyjaciół mamy setki internetowych znajomych, o których tak naprawdę za dużo nie wiemy. Reklamy zachęcają nas do zamawiania w internecie sterty nowych ubrań, przymierzania ich w domu i odsyłania tych, które nam nie pasują ale mało kto zauważa, że tak samo zaczynamy postępować z ludźmi. Portal randkowy albo czat, szybkie spotkanie jeszcze szybszy numerek i już wiemy kogo odesłać w ramach „zwrotu towaru”. Bo nam nie pasuje, nie tak leży albo nie spełni naszych wyśrubowanych standardów a że może się jakoś emocjonalnie zaangażował, albo zadurzył…. a to sorry, jego problem.

Jesteśmy coraz bardziej niezależni, mobilni i świadomi swojej wartości. Czasami zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego kiedy już jesteśmy z kimś związani. Czasami uświadomi nam to też ktoś inny, kto nagle poświeci nam trochę więcej uwagi i miłych słów niż nasza druga połowa. Jak pokazują doświadczenia moich znajomych, bardzo łatwo wtedy ulec iluzji, że o to los obdarzył nas dostępnością do nowego, lepszego modelu od tego co mamy. Zatem co… stare na śmietnik.

Rozwój osobisty - Life factory - życie 2

Rozchodzimy się, zostawiamy z dnia na dzień drugie połowy totalnie zaskoczone całą sytuacją, czasami wręcz kończymy związek jednym SMS’em. Nie próbujemy niczego naprawiać lub czegoś pozmieniać, w tym co już było. Chwytamy naszą nową zabawkę i dalej gnamy w świat…

Jednak z czasem okazuje się, że i ten nowy model miał wady ukryte – mąż, albo żona. Czasami przegrzewa mu się procesor i zapomina być dla nas miły, albo przepełnia bufor pamięci i nie jest już tak aktywną i tryskającą energią osobą jak wcześniej. Cóż można w tej sytuacji zrobić? Niestety, najczęściej zaczynamy się rozglądać za kolejnym nowszym modelem, albo chociaż takim, który ma świeższą wersję oprogramowania i najlepiej gdyby był jeszcze w promocji.

Teoretycznie można tak w nieskończoność i pewnie jest to jakiś sposób na życie. Możemy być jednak bardzo zaskoczeni, kiedy nagle na naszym głównym panelu sterowania pojawi się komunikat: „błąd systemu – choroba” lub „model niedostępny dla tej kategorii wiekowej”. Czy znajdziemy wtedy szybko jakiś „zamiennik” dla tego co było?

Chciałbym, aby było jasne, że jestem przeciwnikiem utrzymywania pewnych relacji na siłę, kiedy faktycznie już nic ze sobą nie niosą albo są dla nas destrukcyjne. Jestem też daleki od promowania nieustających i niewiele wnoszących napraw tego co było do tej pory, bo najzwyczajniej szkoda na to czasu i życia. Nie oceniam ludzi za ich decyzje, bo najczęściej nie wiem wszystkiego. Wiem tylko, że każda decyzja rodzi konsekwencje a podejmowana w biegu i na hurraoptymistycznym emocjonalnym haju nie uwzględnia wszystkich przesłanek.

I tak sobie myślę, że warto jednak na co dzień „żyć tu i teraz”. Żeby jak pojawia się jakaś nowa szansa na przyszłość, mieć pełną świadomość tego co możemy utracić albo też jakiego zniewalającego bagażu możemy się pozbyć. Jakiej jednak decyzji byśmy nie podjęli, pamiętajmy o uczuciach innych. Nikt z nas nie chciałby zostać bez słowa przywiązany do bramy schroniska i pozostawiony samemu sobie.

A wspomnianemu maratończykowi dedykuję pewną przypowiastkę, na którą gdzieś, kiedyś trafiłem w czeluściach internetu:

Rozwój osobisty - Life factory - psiak

Zmarł pewien mężczyzna a razem z nim zmarł jego pies.
I oto dusza człowieka, z psem u boku, stają przed wrotami z napisem ”Raj. Psom wstęp wzbroniony”.
Człowiek nie przeszedł przez te drzwi i poszedł dalej, w nicość z psem u boku. Idzie i po jakimś czasie widzi drugie wrota. Nic nie jest na nich napisane, tylko obok siedzi jakiś starzec. Człowiek podchodzi do niego i zagaja:
– Przepraszam szanownego…
– Święty Piotr jestem.
– A co jest za tymi wrotami?
– Raj.
– A z psem można?
– Oczywiście.
– A tam wcześniej to co to było?
– Piekło. Do Raju dochodzą tylko ci, którzy nie porzucają przyjaciół.

filizanka_small pisząc ten tekst piłem najpopularniejszą z chińskich zielonych herbat zwiniętych w kulki – China Gunpowder, czyli proch strzelniczy 

Czy pogoda może być głupia?

To było wczoraj tak około 18:30, kiedy stałem na światłach niedaleko mojego domu. Po niebie sunęła złowroga ciemna chmura, z której lada moment miał lunąć deszcz. Zresztą, ledwo dziewczynka stojąca z matką przy przejściu powiedziała „idźmy szybciej do domu bo zaraz zacznie padać”, a już wielkie krople wody uderzyły o ziemię. Matka zmarszczyła się cała i wysyczała półgłosem „głupi deszcz”…

Rozwój osobisty - Life factory - pogoda

Nie wiem co mnie napadło, ale prawdopodobnie uruchomił się jakiś mechanizm obronny przed bezcelowym i zatruwającym życie „złym językiem”. Bo zamiast zignorować to całe zdarzenie, spojrzałem się na tę matkę i zadałem pytanie „A co musiałby ten deszcz zrobić, aby był mądrym deszczem?”.  Takiego wyrazu pustki jaki wymalował się na jej twarzy już dawno nie widziałem. Jednocześnie spoczął na mnie zabijający wzrok małej. Całą sytuację rozładowało zielone światło umożliwiające nam przejście na drugą stronę ulicy.

Spokojnie wszedłem do sklepu i kiedy już wychodziłem z zakupami potężna ulewa szalała nad całym osiedlem. W sumie miałem parasol, ale widząc wychylające się zza chmury słońce postanowiłem poczekać chwilę pod sklepowym daszkiem. Zasadniczo byłem wdzięczny za ten deszcz, bo dzięki niemu na chwilę zatrzymałem się w pędzie dnia codziennego. Mogłem na spokojnie poczuć wilgoć powietrza na swojej twarzy, zwróciłem uwagę jak ono przyjemnie orzeźwia i kontemplowałem wodne gejzery powstające po uderzeniu kropli w kałuże. Skojarzyłem, że już dawno nie przypatrywałem się rozbryzgującej wodzie. Z zadumy wyrwał mnie pisk radości jakiegoś chłopca,  który w ten sposób zareagował na wielką fontannę wylatującą spod kół przejeżdżającego samochodu. Maluch, aż cały się trząsł z radości i od pisków uciechy, przy każdym kolejnym przejeździe samochodu oraz wielkiej fali zalewającej trawnik i połowę chodnika. Jego ojciec, stojący obok również wybuchł  śmiechem obserwując reakcję małego a i mnie udzielił się ten nastrój i razem z nimi śmiałem się z całej sytuacji.  Po jakiś pięciu minutach słońce rozświetliło niebo a deszczowa chmura odpłynęła i mogliśmy opuścić zadaszone schronienie. Kiedy ruszyłem do domu rozbawiony maluch machał mi na pożegnanie.

Rozwój osobisty - Life factory - deszcz

I tylko taka myśl mnie napadła – ile bym stracił, gdybym zamiast z zaciekawieniem przyglądać się deszczowi zaczął na niego narzekać i złorzeczyć. Bardziej mnie jednak zmartwiło, to ile by stracił ten rozbawiony chłopiec, gdyby jego ojciec zaraz po wyjściu ze sklepu wysyczał ze złością „głupi deszcz”. Maluch pewnie nie miałby nawet odwagi aby się nim cieszyć.

A teraz pytanie:  Jak często Tobie zdarza się rozdawać jadowite komentarze, zatruwając tym samym innych i samego siebie oraz odbierając szanse sobie i innym na cieszenie się życiem?

Deszcz nie jest głupi, słońce nie jest mądre a wiatr nie jest idiotyczny. To są jedynie zdarzenia, którym to my nadajemy w naszej głowie znaczenie. Tak samo jest z głupią windą, która nam uciekła, durnym ekspresem, który za długo parzy kawę i tym pieprz..ym autobusem, który choć odjechał punktualnie, to jednak uciekła nam tuż sprzed nosa.

filizanka_small popijając przepysznego Rooibosa „Afrykański Busz” życzę Wam w nadchodzących dniach samych pozytywnych zdarzeń 😉

Triada interesów – zajmij się swoim

Niejednokrotnie wielu ludzi jest niezadowolonych z tego co spotyka ich w życiu. Popadamy we frustrację bo: nasi znajomi nie są tacy jak być powinni, nasz partner lub partnerka poświęcają nam za mało uwagi, dzieci nie uczą się tak dobrze jak chcemy, musimy się martwić o zdrowie najbliższych, politycy są nieuczciwi, świat jest niesprawiedliwy i los nam nie sprzyja – STOP!

Rozwój osobisty - Life factory - triada interesów

Nie wiem ilu z Was zauważyło, że żadne z powyższych oczekiwań nie dotyczy osoby, która je formułuje. Są to oczekiwania względem innych osób lub nawet świata czy losu. Mówiąc wprost mamy oczekiwania do tego co od nas nie zależy. Na pierwszy rzut oka nie brzmi to groźnie, ale wbrew pozorom takie podejście do życia może przyczynić się do wywołania smutku lub depresji. Świetnie opisała to w swojej „Mini książeczce” Byron Katie, która wyróżnia trzy rodzaje interesu: Mój, Twój i Boga (który ja na potrzeby tego artykułu określiłem interesem Universum).

Sprawa jest prosta:

Mój interes – to wszystko co jest pod moją kontrolą

Twój interes – to wszystko co jest pod Twoją kontrolą

Interes Universum – to wszystko co jest poza moją i Twoją kontrolą

Rozwój osobisty - Life factory - interes

Często zapominamy o tym podziale i formułujemy oczekiwania spoza obszaru naszej kontroli, czyli naszego interesu. Byron Katie tłumaczy to bardzo prosto. Kiedy myślę: potrzebujesz znaleźć jakąś porządną pracę, chcę abyś był szczęśliwy, powinieneś być na czas, potrzebujesz zadbać o siebie – to jestem w Twoim interesie. Natomiast gdy obawiam się trzęsień ziemi, powodzi, wojny i tego kiedy umrę – to jestem w interesie Universum.

Jak takie wchodzenie w cudze interesy może być niebezpieczne pokazuje inny przykład autorki „Mini książeczki”:

Gdy umysłowo poszłam do interesu mojej mamy, na przykład taką myślą jak: „Moja mama powinna mnie rozumieć” – natychmiast doznałam uczucia samotności. I zdałam sobie sprawę, że zawsze w mym życiu, gdy czułam się zraniona lub samotna, to byłam w interesie kogoś innego.

Kiedy myślimy, że wiemy co jest najlepsze dla kogoś innego – jesteśmy w jego interesie. Nawet, gdy próbujemy to wytłumaczyć naszym uczuciem miłości względem innej osoby nadal takie zachowanie jest czystą arogancją w naszym wykonaniu. Co więcej w efekcie tego podejścia sami martwimy się, boimy i stresujemy za kogoś, kto być może nawet tego nie zauważa, bo jest zadowolony z tego co ma.

Stara zasada mówi aby uczyć się od lepszych, to znaczy takich którzy osiągają wymierne efekty, zatem w tym przypadku mają świetne życie. Pytanie zatem czy jesteś pewien, że Twoje życie jest na tyle świetne, abyś mógł zostać doradcą innych.

Kończąc pozostawiam Cię z jednym pytaniem:  Jeżeli Ty żyjesz swoim życiem i ja żyję Twoim życiem, to kto wtedy żyje moim?

filizanka_small tekst pisałem popijając wyjątkowo subtelną w smaku herbatę wysokogórską z Nepalu – Nepal Himalayan

Odlot na słuchawkach

Każdemu z nas zdarzają się dni w których jesteśmy spięci, zestresowani i pełni niepokoju. Wpływ na to mogą mieć kwestie rodzinne, sytuacje zawodowe, problemy ze zdrowiem czy też jakaś „światła” wypowiedź polityka, który wyprowadzi nas z równowagi. W takich chwilach potrzebujemy czegoś, co nas wyhamuje, uspokoi, spowoduje rozluźnienie mięśni a czasami i wyciszy gonitwę myśli przed snem.

Rozwój osobisty - Life factory - relaks

Znam na to doskonały sposób i to taki gdzie nie trzeba łykać  tabletek, popijać gorzkich ziółek czy zastygać na półgodziny w niezbyt wygodnej pozycji medytacyjnej. Oczywiście niezmiennie będę polecał spacer na łonie natury ale wiem, że to przywilej nie zawsze dostępny w pędzie roboczego tygodnia. Do tego co chcę Ci zaproponować potrzebujesz słuchawek (to warunek konieczny) i jakiegoś urządzenia, które połączy Cię z internetem, może to być smartfon, tablet czy komputer + kilka lub kilkanaście minut tylko dla siebie.

Chciałbym cię zaprosić do świata ASMR czyli Autonomous Sensory Meridian Response. Jest to zjawisko występujących doznań fizycznych, które pojawia się wtedy kiedy słuchasz monotonnych dźwięków. Najczęściej to będą szepty, trzaski, tykanie i odgłosy tarcia lub skrobania. Na ASMR reagujemy wszyscy, jednak natężenie reakcji jest sprawą indywidualną każdego z nas.

Poniżej propozycje dwóch nagrań, a jeżeli ASMR Cię wciągnie (jest cała rzesza fanów tego zjawiska), wystarczy, że w Youtube wpiszesz hasło ASMR i dostaniesz mnóstwo innych filmików.

Rozwój osobisty - Life factory - relaks - Hairdressers

 

Rozwój osobisty - Life factory - relaks - Head massage

Jestem bardzo ciekawy jak ASMR zadziałało na Was, liczę na parę słów od Was w komentarzach 😉

 

Odhaczyć, zaliczyć, zapunktować….

W obecnych czasach w ciągu jednego dnia jesteśmy zalewani taką masą informacji i komunikatów jak nasi przodkowie w ciągu tygodnia albo miesiąca. Wraz ze wzrostem tempa informacji wzrasta też tempo życia. Mamy mnóstwo zainteresowań, jeszcze więcej rozpraszaczy, informacje na temat tego co tylko przyjdzie nam do głowy w mig znajdujemy w internecie. Znajomi, o swoich odkryciach lub osiągnięciach nie informują nas raz na jakiś czas podczas towarzyskich spotkań lecz robią to praktycznie w czasie rzeczywistym na portalach społecznościowych i komunikatorach. Powstał już nawet portal, w którym możemy wrzucać informacje i zdjęcia o naszych działaniach, wydarzeniach z naszego życia albo miejscach, w których właśnie jesteśmy a po niedługim czasie są one automatycznie usuwane – ot taka tablica ogłoszeń z naszego życia aktualizowana co kilka godzin. Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której robimy tak dużo, że nie starcza nam dnia, musimy zapisywać to co powinniśmy pamiętać bo nasz mózg przeciążony informacjami wyświetla error i nie zauważamy nawet jak wszystkie nasze działania nagle zaczynają iść w ilość a nie w jakość.

Rozwój osobisty - Life factory - paradoks życia

Koronnym przykładem jest mój znajomy, który pracuje nad kilkoma projektami w dużej korporacji , dodatkowo zapisał się na zaawansowany kurs projektowania stron WWW. Chodzi do szkoły tenisa, dwa razy w tygodniu jest na jodze i tak samo dwa razy w tygodniu chodzi na zajęcia z Tai Chi a wieczorami hurtowo ogląda całe sezony kolejnych seriali, aby być na bieżąco w rozmowach ze znajomymi. O lekcjach angielskiego i hiszpańskiego oraz udziałach w maratonach nawet nie będę się rozpisywał. Wszystko na pierwszy rzut oka wygląda cudownie i budzi szacunek dla tak intensywnego życia. Kilku innych znajomych wyraża podziw dla jego umiejętności korzystania z życia i stara mu się dorównać w jego intensywnym przeżywaniu. Nie wiedzą jednak, że wpadają właśnie w pułapkę odhaczania.

Rozwój osobisty - Life factory - życie

Piszę o pułapce bo znajomy, o którym wspominałem nawet nie zauważa, że zaczyna wyglądać jak zombie, jest notorycznie niewyspany i zmęczony. Już czwarty raz zmienił szkołę jogi bo nie jest zadowolony z efektów ćwiczeń i nie osiąga relaksu, na który tak liczył. Oczywiście, według niego winne są szkoły a według mnie on sam. Bo jak można robić postępy w jodze i osiągać relaks, kiedy wpada się zdyszanym na sale 3 minuty po rozpoczęciu zajęć a na 15 minut przed ich końcem nerwowo zerka na zegarek, bo w ciągu 20 minut od ich zakończenia trzeba być na angielskim w innej części miasta. Podobnie jest z serialami  – znajomemu po hurtowym oglądaniu mylą się nie tylko sezony ale i całe seriale, przekręca imiona głównych bohaterów, zapomina o istotnych wątkach ale według jego magicznej listy jest na bieżąco z kilkunastoma serialami. Ostatnio w trakcie jednego z treningów do maratonu zasłabł i wylądował na pogotowiu. Wspomina też coś o planach zmiany nauczyciela od hiszpańskiego, bo przy tym który jest ma za słabe postępy w nauce tego języka…

Chcąc robić wszystko na raz, zużywa na to mnóstwo energii – zapominając, że jest ona potrzebna także do życia i powinna mu wystarczyć jeszcze co najmniej na parędziesiąt lat. Ciało zamęczone ćwiczeniami i treningami, które teoretycznie miały mu pomóc już zaczyna manifestować swoją niemoc. Kwestią czasu jest to, kiedy zastrajkuje mózg lub pamięć.

Pozostaje teraz pytanie, czy i Ty nie podążasz w ślady mojego znajomego? Czy przypadkiem nie poszedłeś na ilość zamiast na jakość tego co robisz?

A może myślisz, że Ciebie to nie dotyczy – bo w Twoim życiu jest tylko praca, telewizor i facebook, zatem nie wariujesz z ilością zadań. Czy aby na pewno? Czy przypadkiem nie siedzisz na kanapie ciągle przełączając kanały, jakbyś chciał obejrzeć całą zawartość połowy z nich? Czy przypadkiem, jakoś tak niepostrzeżenie nie zacząłeś lubić tylu profili i osób na facebooku, że nie starcza Ci czasu na przeczytanie wszystkich postów z dnia?

Odpowiedź na te pytania i to co z nią zrobisz zostawiam już tylko Tobie.

filizanka_small pisząc ten tekst wybrałem białą herbatę „Shou Mei”, którą zwykłem zaparzać przez 15 minut