Archiwa kategorii: Sukces

Rozpieprz schemat

Nie jestem zwolennikiem siłowego wprowadzania zmian w naszym życiu. Wole dłużej trwające procesy, czy też metamorfozy, pozwalające na stopniowe oswajanie się z tym co się z nami dzieje.  Uznaje jednak, że są w naszym życiu pewne tak głęboko zakorzenione schematy postępowania czy funkcjonowania, iż nie da się ich zmieniać w „pokojowy” sposób. Wymagane jest w tym przypadku jedno ostre cięcie, które wywróci wszystko do góry nogami i pozwoli zbudować nowe zasady postępowania na przyszłość.

Rozwój osobisty - Life factory - rozpieprz to!

Nie zmieniaj, nie modyfikuj tylko rozpieprz z całym impetem to co chcesz wykorzenić lub całkowicie przebudować. Jednak zanim się do tego zabierzesz wyczekaj na odpowiedni moment. Musisz mieć wystarczająco dużo siły i energii. Nie ma chyba jakiegoś jednego sposobu, który podpowie po czym poznać ten moment, po prostu musisz to wewnętrznie poczuć.

W moim przypadku takim skostniałym schematem było przekonanie, że układ mebli w dużym pokoju jest jedynym najbardziej ergonomicznym ze wszystkich możliwych. Kiedy go meblowałem 10 lat wcześniej, moje życie było na innym etapie i także czego innego od niego oczekiwałem. Co najmniej już od pół roku chodziła za mną myśl, aby coś tu pozmieniać i poprzestawiać. Potrzebowałem tchnąć nową energie w to miejsce. Jednak ile razy o tym myślałem, w mojej głowie pojawiało się przekonanie, że inaczej nic w tym pokoju poustawiać się nie da. A jak nawet bym coś poprzesuwał, to tylko zmieni się na gorsze. Tak było do jednego piątkowego popołudnia, kiedy to zabrałem się za sprzątanie mieszkania. Kiedy wkroczyłem z odkurzaczem do dużego pokoju, nagle poczułem, że to jest moment na zmianę. Byłem pełen energii i podejścia „niech się dzieje, co chce”. Założyłem, że jak zmiany nie wypalą to najwyżej postawię wszystko tak jak wcześniej stało.  Włączyłem muzykę i zacząłem przesuwanie i przenoszenie całego wyposażenie pokoju. Nie trafiłem za pierwszym razem, ale po jakiś 30-40 minutach pojawił się nowy, mocno nowatorski układ. Wielki szklany stół, przestał być centralnym punktem pokoju i wylądował pod oknem, otworzyło to swobodny dostęp do kanapy oraz uwolniło sporo pustej przestrzeni pośrodku pokoju. Z pomieszczenia o częściowo biurowym charakterze, pokój zmienił się w bardzo przytulny i domowy. Sam byłem zaskoczony, tym jak szybko i dobrze mi poszło.  Pozostało tylko dokończyć odkurzanie.

Zmiany się dokonały i choć byłem zadowolony z ich efektów, to zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. Na całe szczęście znajomi, którzy mnie odwiedzili w weekend potwierdzili zasadność mojego działania i bardzo chwalili nowy układ mebli. To co się jednak potem stało było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem. Zmiany w ustawieniu pokoju, wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności (jedna zmiana, pociągnęła za sobą kolejne), spojrzałem na niektóre aspekty mojego domowego życia z innej perspektywy i tutaj też dokonałem zmian. Przez kilka pierwszych poranków, nie mogłem się szykować do pracy na zasadzie automatycznych odruchów, bo wszystko teraz leżało w innym miejscu i już od pierwszych chwil przeżywałem poszczególne dni w pełni świadomie i uważnie. Miałem też niezły ubaw z samego siebie, kiedy wpadałem do domu i chciałem odruchowo coś rzucić na stół, a zamiast niego trafiałem na pustkę i musiałem zatrzymywać się w połowie ruchu. W ciągu trzech kolejnych tygodni od tego przemeblowania, uporządkowałem jeszcze parę innych domowych kwestii i z efektów całości jestem mega zadowolony.

Rozwój osobisty - Life factory - schemat

Jak mawia znajomy lekarz, z niektórymi sprawami w życiu trzeba postępować jak z wrzodem. Nie nakłuwać go delikatnie i zakładać sączek, bo cała sprawa będzie się ciągnąć w nieskończoność i babrać niepotrzebnie. Tylko, choćby miało na mement zaboleć, trzeba ciąć po całości i z jednym zamachem oczyścić ranę. Uczucie ulgi, które potem przychodzi jest nie do zapomnienia.

Pozostaje teraz pytanie, czy i Ty nie masz jakiejś zaległej sprawy do uporządkowania, albo czy jakiś zakorzeniony w Tobie schemat postępowania nie ogranicza Twojej swobody działania. Jeżeli coś takiego Ciebie dotyczy, poczekaj na odpowiedni moment przypływu energii i działaj, ale nie delikatnie i powoli, tylko na całego.

filizanka_small  w pisaniu tego tekstu wspierała mnie zielona herbata imbirowo-cytrynowa GREEN TEA GINGER LEMON

Kiedy puka nowe…

Jest czas kiedy mamy poukładane życie, wszystkie tematy są ogarnięte a potrzeba bezpieczeństwa jest dopieszczona w każdym obszarze. Wszystko wiemy, wszystko znamy, każde działanie weszło w określony schemat lub nawyk. Ryzyko, niczym spasiony kot wygrzewa się na piecu i nie ma ochoty na działanie. Jedynie od czas do czasu ziewnie nieznacznie wprawiając w lekkie drganie nutę niepokoju. Jest miło, ciepło i przytulnie, gdy nagle… do drzwi puka nowe.

Rozwój osobisty - Life factory - nowe

Ono zawsze puka, bo przychodzi z zewnątrz. Wszystko co wewnątrz, już znamy. Puka i burzy nasz rutynowy, bezpieczny porządek. Stoi u drzwi i się niecierpliwi a my rozdarci nie wiemy czy drzwi ryglować, czy też je uchylić. Intuicyjnie bowiem czujemy, że gdy wpuścimy nowe nigdy już nie będziemy tą samą osobą. Zetknąwszy się z nowym, doświadczywszy go – zawsze i na zawsze zostaniemy zmienieni. Jest to zjawisko nad wyraz ryzykowne, bo trudno przewidzieć co nowe niesie ze sobą, czy jest przyjazne, czy wrogie. Jeśli chcesz się tego dowiedzieć nie masz wyboru i musisz otworzyć drzwi. Tu nie ma miejsca na ich lekkie uchylenie, bo kiedy jedynie muśniesz nowe, to nie poznasz go do końca i nie doświadczysz prawdziwej zmiany.

Oczywiście, można zostać ze starym nie otwierając drzwi. Wrócić na kanapę i włączyć telewizor, żyjąc życiem serialowych bohaterów lub fascynując się dokonaniami uczestników kolejnych talent show’ów. Niemniej jednak, wcześniej czy później stare zacznie uwierać.  Jest bowiem jak politycy. Początkowo sporo obiecuje, ale nigdy nie spełnia wszystkich obietnic. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale szczęścia często już zapewnić nie może. To wtedy rodzą się frustraci. Nie znoszą swojej pracy, jednak nie ryzykują zmiany, bo nowa nie daje gwarancji, że będzie lepiej. Żyją w toksycznych związkach, ale nic z tym nie robią, bo nikt ich nie zapewni, że znajdą nowy. Jest też ryzyko, że jak nawet taki się trafi, to nie będzie lepszy od obecnego. Czasami nawet nachodzi ich taka myśl, że może jednak otworzyć się na coś nowego, ale kiedy to przemyślą szybko kalkulują nieopłacalność ryzyka. Umysł bowiem zawsze jest stary. Przechowuje w sobie pamięć całej twojej przeszłości i ma już wypracowane rozwiązania na wszystko co Ci się przydarzyło.  Nie lubi i boi się nowego.

Rozwój osobisty - Life factory - ruina

Mimo to, nie żyjemy w wyizolowanym środowisku i ono zawsze jakoś na nas wpływa. Zatem jakby nasz umysł się nie starał, nowe przychodzące z zewnątrz wciąż stuka do naszych drzwi. Stare natomiast staje się powtarzalne, nudne i monotonne a co za tym idzie pokusa zmiany staje się jeszcze silniejsza. Musimy się jednak mieć na baczności, bo umysł nie jest do końca bezbronny. Potrafi wytworzyć iluzję zmiany a wspiera go w tym powszechny konsumpcjonizm i pogoń za karierą. Tchórzymy przed zmianą siebie, ale mamy poczucie rozwoju bo nasze konto w banku się powiększa. Zaczynamy się lepiej ubierać i jeździć lepszym samochodem przez co sądzimy, że inni nas bardziej szanują. Piastujemy coraz to nowe stanowiska i nasze nazwisko staje się bardziej znane a my czujemy się potężniejsi . Jednak to tylko zwodnicza sztuczka umysłu. Nie jesteś swoim kontem, nie jesteś też swoim nazwiskiem. Wystarczy, że samotnie wybierzesz się w góry lub zapuścisz w głąb ciemnego lasu a wtedy nawiążesz kontakt z naturą i samym sobą. Zobaczysz też wtedy, jak w tej sytuacji twoje konto czy nazwisko są nieistotne.

Kiedy więc następnym do Twoich drzwi zastuka nowe, przypomnij sobie słowa „Strach nie zapobiega śmierci. Zapobiega życiu” i otwórz je szeroko.

filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie pysznej czarnej herbaty Żar pustyni

Czego uczy mnie joga cz. IV – ograniczenia w naszej głowie

Dzisiaj kolejna cześć jogowego cyklu, którą postanowiłem poświęcić mieszkającym w nas ograniczeniom. Chcąc komuś dodać otuchy i popchnąć go lekko do podjęcia jakiegoś działania i pokonania strachu lub obawy mówimy często uwierz w siebie, jesteś świetny na pewno dasz radę. Jeśli faktycznie uwierzy, może niejednokrotnie dokonać rzeczy, które uważał wcześniej za niemożliwe.

Rozwój osobisty - Life factory - mata do jogi

Kilka lat temu oglądałem film dokumentalny, o tym jak w ekstremalnych sytuacjach zagrażających czyjemuś lub naszemu życiu potrafimy użyć tak potężnej siły, jakiej zgodnie z naukowym podejściem do fizjologii naszych ciał nie mamy szansy osiągnąć. Zapamiętałem szczególnie dwóch mężczyzn, którzy uratowali kierowcę z zakleszczonej po wypadku kabiny pick-up’a, w której wybuchł pożar. Ni jak nie dało się otworzyć zakleszczonych drzwi a opcja wyciągnięcia kierowcy przez przednią szybę, ze względu na ustawienie samochodów po wypadku, nie wchodziła w rachubę. Jeden z tych mężczyzn pod wpływem impulsu wskoczył na boczne drzwi kabiny i chwyciwszy za ich górną część, tuż nad szybą,  zgiął je w połowie gołymi rękoma. Kiedy po jakimś czasie próbował ponownie choć na milimetr zgiąć lub odgiąć te same drzwi, przy użyciu całej swojej siły, metal nawet nie drgnął. Naukowcy badający jego ścięgna, mięśnie i stawy w rękach wyliczyli, że teoretycznie nie mógł on dysponować wystarczającą siłą do zgięcia tak grubego metalu. Sprawdzili także drzwi, które nie miały żadnej wady, która ewentualnie pomogła by w ich wygięciu. Wysnuli jedynie wniosek, że najprawdopodobniej pod wpływem tak wysokiego stresu, u tego mężczyzny pojawił jakiś impuls, który wyzwolił w jego ciele przepotężną dawkę energii.

Zajęcia jogi mają to do siebie, że są spokojne i nie mamy szansy doświadczyć na nich, aż tak ekstremalnych sytuacji jak powyższa. Zatem z jednej strony, nie mamy się co spodziewać „cudownego” impulsu przepotężnej energii ale z drugiej, działając z uważnością i w skupieniu łatwo możemy zauważyć rożne procesy i relacje zachodzące pomiędzy naszym ciałem a głową. Piszę o tym, bo na zajęciach jogi udało mi się już zrobić dwie rzeczy na pozór dla mnie niemożliwe i miałem tę możliwość, że przy zachowaniu pełnej świadomości obserwowałem co się ze mną dzieje.

Sytuacja I – stajemy na głowie

Kiedy na jednych z zajęć moja nauczycielka powiedziała, że przesuwamy maty pod ścianę i będziemy teraz ćwiczyli stanie na głowie, mój mózg oszalał. Zapaliły się w nim wszystkie lampki kontrolne, zawyły wszelkie alarmy a przez głowę przebiegła myśl „ona chce mnie zabić”. Kolejne myśli to:

  • „odpuść sobie, przecież boli Cię bark” – faktycznie, miałem bardzo lekką kontuzję, ale to była by zwykła wymówka.
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – faktycznie, stanie na głowie przy ścianie, to koszmar mojego dzieciństwa. Pomimo wielu prób, nigdy mi to nie wyszło na wf-ie.
  • „jesteś początkujący, za szybko na tą pozycję” – zaskakujące było dla mnie to, że mój mózg, który wcześniej nie miał do czynienia z jogą, teraz „ekspercko” ocenia co jest właściwe na tym etapie zaawansowania.

W tym czasie prawie wszyscy byli już z matami pod ścianą, więc było głupio siedzieć samemu na środku sali. Ruszyłem za nimi i postanowiłem spróbować, choć w mózgu ostrzegawcze lampki i alarmy pracowały na pełnych obrotach. Pojawiło się jednak dziwne uczucie, gdzieś w ramionach i górnej części pleców – tak jakby moje ciało krzyczało: ja chcę, dam radę. Więc spróbowałem; ręce i głowa odpowiednio ustawione, wybijam się nogami w górę i gdzieś tak w połowie ich drogi do ściany, jakby coś mnie ściągało w dół. Zdążyłem tylko wierzgnąć nogami i z powrotem wylądowałem na ziemi. Prób było kilka, podobnie nieudanych ale czułem się jakoś dziwnie, bo ciało mówiło „próbuj, fruwaj” a mózg syczał „siedź na macie i nie chojrakuj”. Zresztą przy każdej próbie miałem poczucie, że ciało może a to chyba mózg włącza strach i zatrzymuje mnie w połowie drogi do góry. Zaryzykowałem i postanowiłem całkowicie zaufać ciału, zakładając że najwyżej pierdyknę w ścianę z gracją nosorożca po czym osunę się na ziemie z nogami w górze rozbawiając pozostałych. Ostatecznie jest coś takiego jak „joga śmiechu” więc czemu nie mogę być jej nauczycielem. Mózg zdezorientowany moją desperacką decyzją, nie zdążył pozbierać się na czas i włączyć w odpowiednim momencie blokady/strachu. Stałem na głowie wyprostowany jak struna i czułem się wspaniale. Czułem jak przez rozgrzane wcześniej ćwiczeniami ciało płynie energia i zadowolenie.

Rozwój osobisty - Life factory - ograniczenia

Sytuacja II – robimy wygięcia w tył, czas na mostek

No dobra wiedziałem, że to tydzień pozycji z wygięciami do tyłu. Gnę się zatem ochoczo do tyłu i to w pionie, poziomie i na leżąco. Idzie nieźle i jest nawet przyjemnie. Ciało po wcześniejszym silnym wygięciu w tył jest rozluźnione i jakby lżejsze, kręgosłup miło rozciągnięty… Nagle, miło się kończy! Mamy położyć się na plecach i będziemy robić mostek – nauczycielka demonstruje, wyjaśniając na co zwrócić uwagę. Co napiąć i co jak ustawić, aby się dźwignąć w górę w piękny łuk. Moje oczy to widzą, ciało zachowuje pozycję zrównoważonego obserwatora a wokół niego… biega mózg z podkulonym ze strachu ogonem. Tak, tak lampki też błyskają i syreny wyją. Generator myśli daje czadu:

  • „a jak się wygniesz i potem nie złożysz” – cóż za przewrotność, ja nawet nie jestem pewien czy się w taki łuk wygnę, a ten się martwi jak z niego bezpiecznie wyjdę;
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – mój kolejny koszmar z wf-u, nawet teraz pamiętam te wszystkie stęknięcia i sapnięcia na szkolnym materacu, kiedy to z leżenia na plecach bezskutecznie próbowałem dźwignąć ciało do łuku;
  • „ona powiedziała, że to łatwiejsza pozycja z tych ZAAWANSOWANYCH ” – nie jestem zaawansowany, więc pewnie lepiej odpuścić.

Głupio jednak tak siedzieć skoro inni próbują. Jedna, druga, trzecia próba… się dźwigam, biodra w górze, ale głowa zostaje na macie. Jakaś blokada powstrzymuje mnie przed tym momentem, w którym oderwę całą siłą ramion górną część ciała, pozostawiając na ziemi jedynie dłonie i stopy. No tak, w górnej części ciała mieszka sobie mózg i nie chce wyrżnąć o ziemie jeśli mi nie wyjdzie. Ciało jednak jest ochocze do tego eksperymentu, ręce mam silne więc nie powinno być problemu. Kładę się na macie i korzystam z ostatniej deski ratunku – podstępu. Uruchamiam ciekawość, chcę zobaczyć, poczuć jak to jest tak się wygiąć, jak będzie wyglądał świat z takiej perspektywy. Ostatnia próba, napinam ręce, ściągam łopatki i z brzucha oraz ramion wypycham ciało do góry. Jest cudownie, nie znałem jeszcze takiego uczucia w kręgosłupie. To nic, że mostek jest trochę krzywy a ja się lekko kolebię. Ważne, że to zrobiłem a na dopieszczanie pozycji przyjdzie czas później.

Rozwój osobisty - Life factory - sala do jogi

Obie te sytuacje nauczyły mnie nie ufać do końca mojej głowie. Pozwoliły także zbudować punkty kontrolne, które dadzą mi znać, że mózg mnie blokuje. Znalazłem też dwie metody na jego pokonanie:

Już kiedyś Ci nie wyszło – to ewidentny znak, że mózg żyje przeszłością. Odszukał w zakamarkach pamięci związane z tą sytuacją niepowodzenie i teraz przenosi tamte wspomnienia na teraźniejszość. Nie uwzględnił jednak faktu, że dużo się od tamtej pory zmieniło (teraz mam znacznie mocniejsze i lepiej wysportowane ciało niż za młodu). Nie wziął pod uwagę, że obecna sytuacja dzieję się w innych uwarunkowaniach (nie jestem po krótkiej rozgrzewce na wf-ie, tylko po ponad godzinie ćwiczeń i pozycji przygotowujących moje ciało do tego co mam teraz zrobić). To co trzeba zrobić, to szybko przełączyć się na bycie „tu i teraz”. Pomyśleć, że możemy ten moment w naszym życiu napisać od nowa, zupełnie ignorując przeszłość. Hasło „niech się dzieje, co chce” powinno zostać naszą sztandarową myślą tego momentu.

To nie jest odpowiedni poziom dla Ciebie – mózg odwołuje się do starego tricku. Ubiera się w strój eksperta, tak samo jak zwykli aktorzy w reklamach zakładający na siebie fartuchy lekarskie i reklamujący jakieś tam suplementy. Trzeba się na moment zatrzymać i przestać ślepo wierzyć w każdą myśl z naszej głowy. Wystarczy się zastanowić, kiedy to nasz mózg miał szansę osiągnąć poziom eksperta w danej dziedzinie, aby nam mówić co jest właściwe a co nie, na tym etapie zaawansowania. Skoro mózg stosuje tricki, to i my możemy. Musimy po prostu uruchomić autentyczną ciekawość jak to będzie, gdy coś zrobimy. Jak się będziemy czuli, co wtedy zobaczymy i jakie nowe doświadczenie zdobędziemy. Mózg jest łasy na informacje, więc pewnie ulegnie tej pokusie.

Po tym wszystkim już wiem czemu w coachingu tak skutecznym jest pytanie „A gdybyś mógł, to co byś zrobił” lub „A gdybyś mógł, to jakby to wyglądało”. Zarazem jestem przerażony tym, jak wiele razy w swoim życiu mogłem ulec fałszywym podszeptom mózgu i ilu rzeczy nie zrobić, które były w zasięgu moich możliwości.

filizanka_small  przy pisaniu towarzyszyła mi zielona herbata YOGI TEA GREEN BALANCE zwana „Zieloną harmonią”

Redukcja życiowego biegu

Downshifting to modny od kilku lat termin, który w przypadku samochodu oznacza redukcję biegu, natomiast w obszarze rozwojowym, czy też życiowym odnosi się do zwolnionego stylu życia. Mówiąc inaczej downshifting to podejmowanie się mniej wymagających zobowiązań w celu utrzymania zdrowego stylu życia.

Rozwój osobisty - life factory - downshifting

Początkowo tym terminem określano zamiany jakie wprowadzali w swoim życiu zawodowym zwolennicy tego trendu. Oznaczało to dla nich zwolnienie zawodowego tempa oraz rezygnację z pogoni za stanowiskami na rzecz pracy mniej prestiżowej i za mniejsze pieniądze, która dawała im w zamian więcej zadowolenia i wolnego czasu. Sam osobiście znam osoby z dużej korporacji, które poprosiły o zmianę stanowiska na znacznie niższe, bo nie wytrzymywały presji i odpowiedzialności na pozycji menadżera. Są wśród nich i tacy, którzy sobie z tą presją radzili na pozór bardzo dobrze, ale w trakcie wizyty u masażysty poczuli jak straszliwie jest pospinane ich ciało i ile bólu kryje się w mięśniach, którego na co dzień nie czują bo ich mózg jest zalany adrenaliną nakręcającą do działania. Znam i takich, którzy dokonali spektakularnej zmiany w podejściu do życia zawodowego po wakacjach spędzonych w małym domku na jednej z greckich wysp. Bardzo też lubię jednego menadżera, który zamienił eksponowane stanowisko dyrektora departamentu w ogromnej firmie po tym jak jego syn, któregoś dnia powiedział: „tato, ja cię prawie nie znam, bo tak rzadko bywasz w domu i to zawsze wtedy kiedy ja poszedłem już spać”. Bliski jest też mi przykład kasjerki z mojego osiedla, która pracowała w jednej z sieci sklepów spożywczych z towarami z wyższej półki. Wiecznie spięta, nadąsana i nie do końca miła. Kiedy ten sklep przejęła inna firma i pojawiło się ryzyko zwolnień zdecydowała się przejść do niewielkiego, osiedlowego kiosku w jednym z pobliskich pawilonów. Przemiana, która w niej nastąpiła jest jedną z najbardziej spektakularnych jaką znam. Choć zamiast wyszukanych produktów spożywczych sprzedaje gazety, proszki, kosmetyki i robi ksero to nigdy jej w tym miejscu nie wiedziałem spiętej, czy zdenerwowanej. Co więcej, raz dostałem nawet przyjazną burę za to, że sam stoję i szukam jakiejś gazety, zamiast o nią zapytać bo przecież od tego ta ekspedientka tu jest, aby pomagać w takich sprawach. Powiem szczerze, atmosfera w tym kiosku jest tak fajna, że aż czasami nie chce się niego wychodzić.

Rozwój osobisty - Life factory - downshifting 1

Nie zawsze też w zmianie życia zawodowego chodzi o presję i eksponowane stanowisko. Czasami kluczem do zmiany jest chęć fizycznego poczucia, dotknięcia efektu swojej pracy. Siedząc w biurze przy excelowych tabelkach, dziesiątkach maili i oglądając kolejne multimedialne prezentacje nowych pomysłów przez cały czas funkcjonujemy w wirtualnym świecie. Możemy podpisywać milionowe kontrakty, podejmować decyzje, które decydują o losie dziesiątek pracowników ale w ich konsekwencji doświadczamy tylko papierowego dokumentu umowy albo elektronicznej wiadomości zawierającej w paru słowach naszą decyzję. To właśnie z tego względu coraz bardziej popularne stają się warsztaty garncarstwa, majsterkowania czy renowacji mebli. Kiedy zajmująca wysokie stanowisko Pani dyrektor zamienia wyszukany strój na dresy i przez 4 godziny papierem ściernym usuwa warstwę starego lakieru z ramy zabytkowego fotela, to może doświadczyć czegoś w jej pracy zawodowej nieosiągalnego. Mianowicie, od razu będzie mogła zobaczyć efekty swojej pracy i poczuć je bardzo dosłownie (zapach rozgrzanego drewna i lakieru, gładkość zeszlifowanej powierzchni itd.). Rzemiosło potrafi uwieść swoją magią tworzenia i wytwarzania oraz bezpośredniego obcowania z materiałem, nad którym pracujemy.

Z czasem powyższe podejście do życia zawodowego przeszło też na życie prywatne, w którym najczęściej oznacza przeciwstawienie się modnemu obecnie konsumpcjonizmowi. Przejawia się to w niekupowaniu tego czego nie potrzebujemy i generalnie prostszym życiu. Zaoszczędzone w ten sposób czas i środki finansowe mogą zostać przeznaczone na to co jest dla nas naprawdę ważne i co sprawia nam autentyczną przyjemność. Zamiast pędzić w weekend do centrum handlowego na kompulsywne zakupy i zapełnianie i tak już przepełnionych szaf, możemy usiąść w domu z kubkiem pysznej herbaty i w skupieniu pokolorować kolorowanki dla dorosłych. Jest ich obecnie pełno w księgarniach i choć na pierwszy rzut oka ta propozycja brzmi dziecinnie, to kiedy zaczniemy takie kolorowanie nasz umysł się uspokoi, wyciszy a my odczujemy satysfakcję z naszej pracy. Możemy przestać oglądać telewizję i dzięki temu zyskać czas na zabawę z dziećmi, ulubionym zwierzakiem albo odgruzowanie naszego mieszkania ze starych i niepotrzebnych dokumentów, gazet i ubrań. Możemy też wolny czas poświęcić na wyszukiwanie tanich biletów i organizować co weekend wypady w nieznane, albo znane i lubiane. Równie interesującą alternatywą może być oddanie się fotografii, pisaniu bloga czy wolontariatowi w organizacjach społecznych, które realizują ważne dla nas cele. Możliwości w tym obszarze są praktycznie nieograniczone, tak samo jak w poszukiwaniu oszczędności. Moja dobra znajoma kilka dni temu kupiła od zawodowego grafika używany zestaw z komputerem stacjonarny, na którym teraz szaleje z obróbką zdjęć . Kosztował ją ¼ ceny, jaką musiałaby dać za nowy laptop o takich parametrach. Ma swojego starego laptopa do innych spraw, a tutaj wystarczyło żeby się mentalnie przestawiła i zaakceptowała fakt zestawu stacjonarnego oszczędzając dzięki temu pieniądze i zyskując dodatkowo sporej wielkości monitor.

Rozwój osobisty - Life factory - downshifting 2

Ekstremalni downshifting’owcy mają tylko po 3 koszulki i równie niewiele pozostałych ubrań. Do tego dochodzi kilka elektronicznych urządzeń do kontaktu ze światem i jeszcze parę drobiazgów, tak aby wszystko zmieściło się w walizce. Dodać jeszcze należy rower do przemieszczania, bo po co płacić za samochód albo komunikację miejską. Na koniec niewysoka pensja, tak aby łatwo było zmienić pracę i przenieść się do innego miasta, czy kraju. Książek nie mają bo korzystają z bibliotek lub internetu, mieszkań nie kupują bo wolą wynajmować i to najczęściej z kimś na spółkę. Główna zasada im mniej rzeczy materialnych i zobowiązań, tym większa wolność i swoboda wyboru tego co się w życiu robi.

Czy to droga dla wszystkich – zdecydowanie nie! Niemniej pokazuje ona jedno z możliwych podejść. Może Cię zainspirować do jakiś zmian, albo chociażby skłonić do zastanowienia nad tym co jest naprawdę dla Ciebie ważne. Co więcej chcę Ci odrobinę w tym pomóc:

Znajdź chwilę spokojnego czasu w domu i przyjrzyj się uważnie i świadomie wszystkiemu co Cię otacza. Poszczególnym szafom, półkom, wyposażeniu kuchni, ilości kosmetyków w łazience itd.. Miej przy sobie notes i zapisuj dwie listy. Czego możesz się pozbyć już teraz oraz z czego możesz zrezygnować na przyszłość, gdy skończy się to co masz (np. wyrąbana w kosmos ultra relaksująca i dotleniająca sól do kąpieli).

Kiedy skończysz usiądź i zastanów się teraz jakie niezbędne rzeczy byś kupił, gdyby Twoje mieszkanie doszczętnie spłonęło z całym Twoim dobytkiem (nic się nie uratowało) a Ty miałbyś do dyspozycji jedynie 10 tys. PLN

Jak skończysz porównaj dwie pierwsze listy z tą zrobioną ostatnio. Jakie wnioski Ci się nasuwają? Co sądzisz o rzeczach, które masz teraz lub kupujesz je regularnie a nie ma ich na żadnej z list?

filizanka_small  przy pisaniu tego artykułu towarzyszyło mi drugie parzenie pysznej zielonej herbaty Gunpowder Temple Of Heaven

Sztuka upadania

Wiele lat szukałem w swoim życiu stabilizacji i bezpieczeństwa, aby po tym czasie zrozumieć, że są one na dłuższą metę nieosiągalne. Życie i nasze otoczenie ulega ciągłym zmianom i przeobrażeniom. Stała praca na etacie, oszczędności na koncie i stały związek faktycznie uspokajają i dają iluzję spokojnego życia. Nikt, nigdy nie da nam jednak gwarancji dożywotniego zatrudnienia czy też pewności, że któregoś dnia nie nadejdzie choroba, która pochłonie nasze wszystkie oszczędności lub zabierze nam najbliższą osobę. Jakbyśmy się nie chowali przed światem, jak bardzo byśmy nie zabiegali o stabilne i uporządkowane życie, to i tak nie uchronimy się przed niespodziewanym. Nie uda się nam schować w swoim spokojnym mieszkanku i niezauważenie dotrwać do końca życia. Zresztą, co by to dotrwanie miało oznaczać? Szarą, smutną egzystencję przepełnioną strachem i obawą o to, żeby tylko nic nam się nie stało, żeby tylko nie wydarzyło się nic niespodziewanego. „Zasiedzeni” w swojej niezmienności nigdy nie będziemy dobrze przygotowani na to co może nam się przytrafić. Zresztą brak odpowiedniego przygotowania i niepodołanie danej sytuacji wcale nie będą najgorsze – ostatecznie zdarzają się każdemu. Najgorsze będzie to, że kiedy upadniemy to będziemy bali się podnieść lub nie starczy nam na to siły.

Rozwój osobisty - Life factory - sztuka upadania

Nie nawołuję do życia bez opamiętania, do ciągłego ryzykowania swojego zdrowia i wiecznej niedojrzałej zabawy. Wręcz przeciwnie zachęcam do szukania dobrej i stabilnej pracy, polecam sukcesywne odkładanie oszczędności i każdemu życzę cudownej drugiej połowy. Tylko niech to nie będzie coś, od czego uzależniamy nasze szczęśliwe życie. Bo wtedy nie zadbamy odpowiednio o zawodowy awans i wynagrodzenie w obawie, że jak o to poprosimy albo będziemy o to walczyć to nas zwolnią. Nie będziemy mieli marzeń i celów, bo będziemy chcieli najpierw uzbierać odpowiednią kwotę na koncie bankowym zanim się nimi zajmiemy. Nawet jak znajdziemy kogoś z kim będziemy chcieli razem iść przez życie, to może on/ona nie udźwignąć obciążenia jakim go/ją obarczymy, czyniąc odpowiedzialnymi za nasze szczęści i poczucie bezpieczeństwa.

To do czego zachęcam, to do eksperymentowania w życiu i ponoszenia nieuniknionych porażek, zaliczania potknięć i polubienia siebie również takiego nie zawsze wygranego. Każda porażka jest jednocześnie nauką jak czegoś nie robić lub jak robić to inaczej. Każdy upadek powoduje, że nabieramy wprawy w tym, aby zetknięcie z ziemią było jak najmniej bolesne. Najważniejsze jednak, że po każdym z takich zdarzeniu uczymy się odnajdywać w sobie energię i siłę do tego, aby ponownie się podnieść i podjąć kolejną próbę. To zresztą cecha ludzi, którzy odnoszą sukcesy. Wielu właścicieli dochodowych firm utopiło sporo gotówki w chybionych pomysłach lub nawet kiedyś zbankrutowało. Wielu olimpijskich mistrzów musiało wcześniej przełknąć gorycz porażki lub uporać się z okresowym spadkiem formy a mimo to podźwignęli się i uparcie walczyli o miejsce na podium.

Rozwój osobisty - Life factory - dam radę

Każdy upadek i każda lekcja jaką dostaniemy od życia uczy nas zaufania do siebie i wiary w to, że damy radę. Dawno temu, w jednej z książek wyczytałem poradę, aby wyłączać w swojej głowie „filmy” o tym, że pewnie coś się nie uda. Powodują one bowiem tylko to, że marnujemy energię na scenariusze postępowania w przypadku niepowodzenia, a tak naprawdę nigdy nie wiemy jak dokładnie sytuacja się rozwinie i jakie działania trzeba będzie podjąć. Zamiast tego autor książki polecał, aby sobie przypomnieć jakąś najtrudniejszą sytuację w życiu i uzmysłowić, że jednak przez nią przeszliśmy, daliśmy radę i jesteśmy „tutaj”. Zatem jak już stanie się coś niekorzystnego, to wtedy i tak użyjemy całego naszego doświadczenia, wiedzy i zasobów w nas drzemiących do jak najefektywniejszego uporania się z danym zdarzeniem. Skorzystałem z tej rady i zadziałał on z całą siłą i stanowczością na moją korzyść. Zatem jeżeli masz listę swoich celów na ten rok, albo marzenie, które z Tobą jest od dłuższego czasu nie odkładaj go na przyszłość, tylko śmiało zabierz się do jego realizacji. Być może coś się nie uda, być może coś nie wyjdzie ale nie zmarnujesz czasu. Bo będziesz już wiedzieć czego nie robić lub co przy kolejnej próbie zrobić inaczej.

filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie rozgrzewającego herbacianego naparu Alpejski Poncz

Jeszcze nie teraz!

Kilka dni temu byłem świadkiem, jak jeden z przyszłych kierowców oblał jazdę egzaminacyjną na prawo jazdy, w jednej z osiedlowych uliczek. Przez uchyloną szybę L-ki usłyszałem tylko złowrogi głos egzaminatora „Popełnił Pan błąd, egzamin nie zdany – zamieniamy się miejscami”. Los chciał, że kilkanaście minut później spotkałem tego chłopaka na przystanku, kiedy rozmawiała z kimś przez telefon: „To już trzeci raz. Nie jestem w stanie zdać tego egzaminu, chyba sobie odpuszczę”. Nadjechał autobus, chłopak przerwał rozmowę i obaj wsiedliśmy do środka. Raczej nigdy nie zagaduję nieznajomych, ale tym razem zrobiłem inaczej. Usiadłem obok niego, przedstawiłem i powiedziałem, że widziałem jego egzamin jak i słyszałem późniejszą rozmowę. Powiedziałem również, że ja zdałem dopiero za czwartym razem, a na ulicę z placu manewrowego wyjechałem dopiero przy trzecim egzaminie. Mogę jednak z perspektywy czasu powiedzieć, że dobrze iż tak się stało, bo każda niezaliczona próba nauczyła mnie czegoś, co potem przydało mi się na drodze w czasie realnej jazdy.

Rozwój osobisty - Life factory - dasz radę

Czemu tak zrobiłem, bo mam znajomego który do egzaminu na prawo jazdy pochodził osiem razy i dopiero ten ósmy był tym, który dał mu uprawnienia do prowadzenia pojazdów. Mam jednak i drugiego znajomego, który po czwarty egzaminie poddał się zupełnie i stwierdził: „że prowadzenie samochodu nie jest dla niego”. Co ich różni? Najprawdopodobniej programowanie z dzieciństwa. Ten pierwszy mógł być chwalony lub nagradzany nie tylko za najwyższe oceny w szkole, ale i za sam fakt poprawy tych gorszych. Dzięki temu trudności i wyzwania, traktuje jako coś co go rozwija i pomaga mu się stawać coraz lepszym.  W przypadku tego drugiego, najprawdopodobniej liczyła się tylko sama ocena – albo dobra, albo zła. Nikt nie doceniał jego starań i postępów.  W późniejszym jego życiu wystarczyło niepowodzenie, aby się poddał i odpuścił – bo po co się starać, skoro i tak nikt tego nie doceni. Liczy się najwyższa nota, albo żadna.

Świetnie tę zasadę opisała profesor Carol Dweck,  która bada „rozwojowy sposób myślenia”. Jest to idea, zgodnie z którą możemy zwiększyć możliwości naszego mózgu by się uczyć i rozwiązywać problemy. Jednym z najważniejszych jej założeń jest, aby kiedy się nie udaje nie przypinać innym albo samemu sobie „łatki” nieudacznika, głupka albo że, to dla mnie za trudne. Lepiej stwierdzić „Jeszcze nie teraz”. To określenie nie stygmatyzuje, nie odbiera energii i nadziei. Skłania raczej do poszukiwania tego co poszło nie tak, poprawiania błędów i podejmowania kolejnej próby.

Jedną z odmian tej zasady jest sformułowanie używane przez moją przyjaciółkę i zarazem moją nauczycielkę angielskiego. Kiedy odnośnie jednej z kwestii biznesowych powiedziałem jej, że „nie dam rady na tym zarabiać tyle ile bym chciał” – natychmiast zmyła mi głowę stwierdzeniem: „Nie mów nie dam rady, mów nie wiem jeszcze jak to zrobić!”. Kończąc ten wpis pozostaje mi jeszcze zaprosić Was na krótki wykład profesor Dweck oraz życzyć takich przyjaciół jak moja nauczycielka od angielskiego 😉

filizanka_small  tworzeniu tego tekstu towarzyszył kubek pysznej czarnej herbaty  Assam Hattialli

Czyją energią żyjesz?

Sporo lat temu, podczas pisania pracy magisterskiej, odwiedzałem wiele kościołów i związków wyznaniowych, aby przeprowadzić w nich wywiady do tej pracy potrzebne.  W Gminie Żydowskiej trafiłem akurat na jedno ze świąt i miałem szansę porozmawiania z jego uczestnikami. Spotkałem tam kobietę zafascynowaną judaizmem i pełną żarliwej wiary. Byłem pod jej ogromnym wrażeniem, ale jedynie do momentu, kiedy podszedł do mnie człowiek z gminy i szepną: „Nie zwracaj na nią uwagi. Jest znana w Trójmieście z tego, że średnio co kwartał mija jej religijna ekstaza i szuka nowego źródła religijnej fascynacji w innym wyznaniu. Prawdopodobnie była już członkinią większe liczby kościołów, niż ty ich odwiedziłeś”.

Rozwój osobisty - Life factory - energia

Po latach, na podobny syndrom trafiłem wśród ludzi interesujących się rozwojem osobistym oraz zdrowym trybem życia. Przeskakują ze szkolenia na szkolenie. Poznają nowe metody i  techniki a po każdym takim spotkaniu są przepełnieni nową energią do działania. Część z nich staje się na jakiś czas żarliwymi wyznawcami nowego sposobu życia, ale trwa to zazwyczaj niezbyt długo. Co najwyżej, do kolejnego szkolenia czy zdrowotnego spotkania. Czas ten jest za krótki na to, aby ostatnio poznana wiedza mogła przynieść efekty. Problem jednak w tym, że jak się dobrze przypatrzyć ich motywacji, to wbrew oficjalnym deklaracjom, wcale nie o efekty tak naprawdę tu chodzi. Ludzie Ci są uzależnieni od energii, która w czasie tych spotkań powstaje i którą napędzani żyją potem kilka dni, a może i tygodni. Kiedy tylko jej poziom spada, natychmiast rozglądają się za kolejnym wydarzeniem szkoleniowym, które może im jej dostarczyć. Niewielu z nich zdaje sobie sprawę, że w ten sposób nigdy nie będą do końca szczęśliwi i nigdy nie osiągną żadnych efektów.

Ludzie Ci odcięli się od swojego naturalnego źródła energii, które jest w nich samych. Zamiast nauczyć się jednej metody i potem konsekwentnie wcielać ją w życie, czerpiąc radość i energię z czynionych postępów, wybrali opcję na skróty. Postawili na rozwiązanie typu fast food, które na krótki moment daje energię i poczucie sprawczości, ale niczym śmieciowy hot dog szybko znika i czyni więcej złego, niż przynosi pożytku. Nie da się jednak ukryć, że łatwo ulec tej pokusie. Sam się zresztą o nią otarłem. Czytałem jeden poradnik motywacyjny za drugim i miałem poczucie, że ciągle się rozwijam i co rusz odkrywam nowe drogi. Problem jednak w tym, że żadną z tych dróg nie podążyłem. Odhaczyłem je jedynie na swojej wirtualnej mapie i już biegłem w poszukiwaniu kolejnej.  W pewnym momencie jednak, stanowczo się zatrzymałem i postanowiłem z uwagą przespacerować się po paru z tych odkrytych dróg. Przestałem pędzić za czymś nowym, a zacząłem pytać siebie jak się czuję na poszczególnych z nich. Czy są one spójne ze mną? Czym dalej szedłem tymi wybranymi, tym mniej potrzebowałem ekscytacji nowością. Poczułem jak wyciszony mózg i ciało dogadują się ze sobą i dają mi mentalnego i energetycznego kopa. Bo nie sztuką jest pobieżnie poznać jak najwięcej metod i technik. Sztuką jest natomiast wybrać dwie, trzy spójne z nami i w nich wytrwać. Dogłębnie je poznać i stać się w nich ekspertem a następnie dzielić się z innymi swoim doświadczeniem. To jest prawdziwe źródło dobrej energii.

Być może uważasz, że powyższe Cię nie dotyczy, ale aby tego być pewnym odpowiedz na parę pytań:

  1. czy nie karmisz się energią ekscytacji z Masterchef’ów , Kuchennych rewolucji i innych kulinarnych show’ów, zamiast samemu coś upichcić?
  2. czy nie „spijasz” ekscytującego flow z programów typu „Mam talent”, „The Voice of Poland” i nie żyjesz życiem ich bohaterów, zamiast swoim?
  3. czy nie kupujesz co miesiąc nowych magazynów o zdrowym życiu i nie czujesz przypływu energii dzięki zdobytej z nich wiedzy, ale nic z tą wiedzą w praktyce nie robisz? (i dla jasności, wpinanie wyciętych artykułów z poradami do segregatora się nie liczy)
  4. czy nie żyjesz porywającymi przygodami telewizyjnych lub książkowych podróżników, a samemu ostatnio nie wybrałeś w żadne nowe lub dawno nieodwiedzane miejsce.
  5. czy… i tutaj dopisz dowolne pasujące do Ciebie pytanie…

filizanka_small  tekst napisany w towarzystwie zielonej herbaty o smaku opuncji z trawą cytrynową Sencha Kaktusowa Opuncja

Czego uczy mnie joga cz. III – obudź w sobie dzieciaka

Odkrycie, które opisuje w tej części było dla mnie czymś zupełnie niespodziewanym. Wiedziałem, że decyduję się na dynamiczny rodzaj jogi i mogą mi się tutaj przydarzyć różne „dziwne” pozycje, które będą dla mnie mega wyzwaniem. Było to tym bardziej spodziewane, że na szkolnych WF-ach nigdy nie byłem gwiazdą sportu i mistrzem gibkości. Nie sądziłem jednak, że joga nauczy mnie bawić się niepowodzeniami i upadkami.

Rozwój osobisty - Life factory - wewnętrzne dziecko

Wszystko zaczęło się od zajęć, na końcu których mieliśmy dotrzeć do – jak mi się wydawało – nieosiągalnej pozycji widocznej na zdjęciu poniżej. Wymagany jest w niej balans ciałem i wyczucie równowagi. Już same przygotowania zawierały pozycje, przy których co chwilę ktoś z ćwiczących lądował na macie. Choć prowadząca przypominała o zasadzie „nic na siłę”, „nie czujesz – nie rób” wszyscy z uporem podejmowali kolejne próby. Było to jednak upór dziwny, bo pełen śmiechu i rozbawiania. Tak daleki od powszechnie spotkanego utyskiwania i narzekania. Koniec końców, kiedy doszliśmy do finalnej pozycji ustałem w niej może 3 sekundy przy okazji zaliczając 2 lądowania na macie. Co jednak najzabawniejsze, były to chyba jedne z najweselszych zajęć jogi na jakich byłem. Kiedy skończyliśmy nasza nauczycielka zapytała nas jak się czujemy. Okazało się, że takie pozycje z balansem budzą w nas wewnętrzną radość, dają satysfakcję zmagania się z równowagą ale i przy okazji niepowodzeń budzą wspomnienia z dzieciństwa, kiedy to tak samo jak teraz lądowaliśmy na ziemi. Na chwilę wracamy do dziecinnej fascynacji faktem, że nie wyszło i można teraz tak dziwnie leżeć albo siedzieć. Zwróćcie uwagę, że dziecko nie zawsze płacze jak upada. Czasami siedzi wręcz zafascynowane tym, jak mogło do tego dojść, że teraz jest tutaj gdzie jest i to jeszcze w takiej dziwnej pozie.

Rozwój osobisty - Life factory - balans

Raz rozbudzone „wewnętrzne dziecko”, które od zawsze jest w nas, zaczyna nam ufać i pokazywać świat ze swojej perspektywy. Czasami nie jest to perspektywa łatwa dla kogoś, kto obrósł społecznymi wymaganiami i zakazami oraz oczekiwaną powagą w określonym wieku. Wewnętrzne dziecko ma w „głębokim poważaniu” wyścig szczurów. Upadki traktuje z równą fascynacją jak sukcesy. No bo, jak już się leży na ziemi to trzeba sprawdzić co ciekawego da się w tej pozycji zrobić i jak wygląda świat z nogami założonymi na głowę. Uczy humoru, dystansu i takiego spojrzenia na życie, które dodaje trochę luzu do sztywniackiej dorosłości. Tydzień po tych zajęciach jogi, przeprowadziłem podczas spaceru po lesie bitwę na liście z przyjaciółką, zmontowałem 4 kasztanowe ludziki z moją małą sąsiadką i uzmysłowiłem sobie jak fajnie wygląda świat z poziomu podłogi. Upadek na matę przypomniał mi bowiem, że już nie pamiętam kiedy ostatnio siedziałem na podłodze coś robiąc. Co więcej, uświadomiłem sobie, że chodząc po niej codziennie praktycznie nie uświadamiam sobie jej istnienia, a przecież można na nie robić tyle fajnych rzeczy zamiast katować kręgosłup siedzeniem na krześle.

Dziecinna fascynacja życiem i zabawą udziela się zresztą nie tylko ludziom, czego najlepszym przykładem jest poniższy film z sarną, która w puchatkowym slangu (a dokładniej tygrysim) postanowiła sobie pobrykać z falami.

Na zakończenie jeszcze jedna rada odnośnie pozycji z balansem i to także dla tych, którzy jogi nie uprawiają. Jeżeli zdarzy Ci się w życiu ciężki moment. Coś pójdzie nie tak lub dopadnie Cię potężny stres i gonitwa złych myśli nie daje Ci spokoju – możesz ją w dowolnej chwili przerwać. Wystarczy stanąć na jednej nodze na 1,5 minuty. Złapanie równowagi i utrzymanie balansu tak zaangażują nasz mózg, że nie starczy mu już mocy na generowanie złych myśli – gwarantuję skuteczność, osobiście przetestowałem 😉

filizanka_small  pisząc ten tekst skorzystałem z naturalnego źródła dobrej energii YOGI TEA®Ÿ – POSITIVE ENERGY.

Strzałą w punkt!

Przyjmując, że nigdy nie uprawiałeś łucznictwa, wyobraź sobie że stajesz z łukiem w dłoniach a gdzieś tam przed tobą w oddali znajduje się łucznicza tarcza. Napinasz cięciwę, słyszysz jak skrzypi wyginany łuk, wymierzasz grotem w cel i wypuszczasz ze świstem strzałę, która… trafia w tarczę. Nie centralnie w sam środek ale w jego okolicę, czy jesteś zadowolony?

Rozwój osobisty - Life factory - cel

Oczywiście, gdyby jej grot utkwił w centralnym punkcie byłoby cudownie, wyśmienicie czy wręcz idealnie. Pamiętać jednak należy, że często okręgi na tarczy są punktowane i choć centralny punkt ma zazwyczaj 10 pkt, to każdy od niego się oddalający jest tylko o jeden punkt mniejszy. Gdybyś więc nawet trafił w sam brzeg tarczy to i tak zaliczysz punkt. Jedynie strzała, która nie trafiła w tarczę jest tą straconą.

Powyższa zasada jest bardzo istotną kiedy wyznaczamy swoje cele życiowe. Często jesteśmy uczeni, że cel musi być precyzyjny, jasno zdefiniowany, określony w czasie i mierzalny. Co zatem robimy? Wyznaczamy sobie cel tak wymagający i ortodoksyjny jak dziesiątka na tarczy i potem się frustrujemy, że nie udaje nam się go osiągnąć. Jesteśmy tak na nim skupieni, że nawet jak mamy wyniki bliskie temu co sobie założyliśmy jesteśmy niezadowoleni i zirytowani, na skutek czego niejednokrotnie w ogóle z niego rezygnujemy. Strzała w piątce to porażka, a trafienie w brzeg tarczy za jeden punkt nabiera znamion życiowej tragedii a przecież punkty się sumują, z każdym wypuszczeniem strzały się uczymy i doskonalimy w tym co robimy – tymczasem dla nas liczy się tylko dziesiątka i środek tarczy. Zapominamy zupełnie o tym, że strzała stracona to jedynie ta, która w tarczę w ogóle nie trafiła.

Jaki wniosek płynie z powyższego, otóż taki że oprócz samego celu powinniśmy jeszcze wyznaczyć „brzeg tarczy” czyli granicę za którą efekty naszych działań dopiero uznajemy za nieskuteczne lub też granicę, na której przekroczenie się nie zgodzimy kiedy działania dotyczą ważnych dla nas przekonań czy wartości. Dla lepszego zobrazowania tej sytuacji posłużę się konkretnym przykładem:

Nasze oczekiwanie: mieć taką pracę, która zapewni nam czas na nasze życie prywatne i wypoczynek.

Cel jaki często wybierzemy w tej sytuacji to: praca max. 8 godzin dziennie

Co się zatem stanie jeśli, któregoś dnia będziemy musieli popracować 15-20 minut dłużej. Będziemy wściekli i źli, że musieliśmy zrezygnować z naszego celu. Złość, którą wywoła ta sytuacja najprawdopodobniej rozleje się na resztę tego dnia i kiedy już wyjdziemy do domu będziemy mieli zepsute całe popołudnie i wieczór.

Co mogło by być naszą granicą:

  • akceptowalne jest abyśmy raz na jakiś czas (np. raz na dwa tygodnie albo miesiąc) zostali w pracy max. 2 godziny dłużej,
  • możemy zostać w pracy dłużej jeśli innego dnia wyjdziemy z pracy wcześniej,
  • akceptujemy dłuższą pracę pod warunkiem, że wiemy o tym minimum dwa dni wcześniej i możemy sobie odpowiednio zorganizować czas prywatny,
  • piątek to dzień kiedy musimy kończyć punktualnie, chwila dłużej w pracy w inne dni jest ok. o ile nie zdarza się codziennie,

podobnych pomysłów może być jeszcze sporo.

Kiedy znamy nasz idealny cel, ale zarazem wiemy jakie odstępstwa od niego jesteśmy w stanie zaakceptować i uznać, że nie jest to nic złego (jesteśmy jeszcze w tarczy) życie staje się łatwiejsze i bardziej satysfakcjonujące.

filizanka_small  pisząc o łuku i strzelaniu być może stereotypowo sięgnąłem po herbatę Men’s Tea, na którą składa się mieszanka prażonych przypraw z dodatkiem pobudzającego chilli 

Opowieść o białym kocie, czyli czemu sukces jest Twoim wrogiem

Codziennie w drodze do pracy urządzam sobie mały spacer przez cichą i spokojną dzielnicę willową.  W czasie tych przechadzek, co rusz napotykam na hasające na świeżym powietrzu koty. Jedne polują, inne siedzą dumnie i dumają, a jest i kilka takich co wygrzewają się na słońcu lub rozgrzanych maskach samochodów. Dzisiaj chciałbym się skupić na tych pierwszych, czyli tych z rozbudzonym instynktem łowieckim. Większość z nich czarnych lub w całej rozpiętości odcieni szarości szczególnie o tej porze roku świetnie zlewa się z otoczeniem. Nie mają one problemów z maskowaniem i bliskim podejściem do niczego nieświadomej ofiary. Trzy dni temu widziałem nawet przyczajonego w krzakach kota, którego pysk był w odległości dosłownie 20-30 centymetrów od buszującego w trawie ptaka.

Rozwój osobisty - Life factory - sukces

Jest jednak wśród tych polujących kotów, jeden kot szczególny a jego cechą wyróżniającą jest widoczna z dużej odległości biel jego futerka. Przyjrzałem mu się dobrze i nie ma on nawet najmniejszej kępki włosów w ciemniejszym odcieniu. Zdawało by się, że z takim ubarwieniem jest na przegranej pozycji i nie ma najmniejszej szansy na upolowanie jakiegoś smacznego kąska.  Jednak kiedy widzę z jakim zacięciem oraz pasją podkrada i czai się na ptaki jestem święcie przekonany, że pomimo wielu porażek świętuje również sukcesy. To jedyny kot, który kiedy obserwuje jakiegoś ptaka jest tak skupiony, że zupełnie nie zwraca na mnie uwagi, nie obdarzy mnie nawet jednym małym zerknięciem. Kilka dni temu lekko spóźniłem się do pracy bo przez 5 minut obserwowałem jak maksymalnie rozpłaszczony na szarej kostce brukowej czołgał się po niej schowany za krawężnikiem aby przybliżyć się do śmietnika na brzegu którego siedziało spore ptaszysko. Jego ciało choć bardzo elastyczne, było mocno napięte. Nie wykonał ani jednego zbędnego ruchu, był w swoim działaniu precyzyjny jak chirurg podczas operacji. Pomyślałem sobie, że ten to musi się natrudzić, ale zarazem być lepszym i skuteczniejszym łowcą od swoich koci pobratymców, którym łatwo się zlać z otoczeniem. Kiedy o tym myślałem w twarz uderzył mnie zimy podmuch wiatru i uzmysłowiłem sobie, że już niedługo mój ulubieniec będzie miał najłatwiej ze wszystkich znanych mi okolicznych kotów. Kiedy spadnie śnieg, jego biel będąca dotychczas przekleństwem stanie się naturalnym kolorem maskującym a wyćwiczona w trudnych dniach łowiecka technika i precyzja zapewnią mu pełny brzuch w tych zimnych dniach. Za to jego czarni i szarzy bracia utracą swój element zaskoczenia, a ponieważ do tej pory mieli całkiem łatwo nie są tak świetnie wyćwiczonymi myśliwym jak ten biały kociak.

Sytuacja ta uzmysłowiła mi fakt, że trudności i problemy na jakie napotykam w życiu, choć może w danej chwili są dla nas czymś niewygodnym i nieprzyjemnym są zarazem wyzwaniem, z którym się mierząc zyskujemy nowe umiejętności i doświadczenia. Niczym biały kot nie zadawalamy się siedzeniem w krzakach i czekaniem aż ofiara się do nas zbliży, tylko doskonalimy się w radzeniu sobie z daną okolicznością. Kiedy w przyszłości trafimy na podobną lub zbliżoną sytuację zdobyte wcześniej doświadczenie spowoduje, że łatwo i szybko sobie z nią poradzimy. Podobnie będzie, gdy nadejdą trudniejsze dni. Natomiast Ci, którym sukces przychodził do tej pory łatwo będą mieli problemy. Niewprawni w umiejętności, bez woli walki i przetrwania szybko się poddadzą i pozwolą się przytłoczyć problemom. Tym samym ich wcześniejszy sukces, stanie się przyczyną ich porażki.

Przypomniało mi się też szkolenie biznesowe, na którym prowadzący przestrzegał przed sytuacją, w której jakaś firma osiąga bardzo szybko spektakularny sukces. Jak tłumaczył, jeżeli taki sukces nadejdzie zbyt wcześniej biznes po chwili chwały i tryumfu może się zawalić, bo brak mu dobrych fundamentów, które buduje się wraz z sukcesywnym rozwojem firmy. Tym sposobem ponownie sukces, staje się przysłowiowym gwoździem do trumny dla tych którzy mu ulegli. Usypia czujność, daje złudne wrażenie „nieśmiertelności” i odbiera nam szansę na zdobywanie nowych doświadczeń i umiejętności. Stajemy się więźniami naszej „strefy komfortu” nie dostrzegając z jej wnętrza nadciągających z zewnątrz zagrożeń.

Kiedy zatem trafisz na jakieś trudności lub zabraknie ci sił do dalszego działania, to przypomnij sobie opowieść o biały kocie. Być może los obdarował cię właśnie tymi trudnościami aby zbyt łatwy sukces nie doprowadziła cię w przyszłości do wielkich kłopotów.

filizanka_small  pisałem ten tekst w chłodny jesienny wieczór popijając jedną z najbardziej znanych chińskich białych herbat o subtelnym smaku Shou Mei