Archiwa kategorii: Sukces

Energia podąża za myślą, a myśl podąża za energią…

Ta zapętlona i na pozór filozoficzna zasada często bywa wykorzystywana w szamaństwie. Jednak aby z niej skorzystać nie musimy się udawać do żadnej jurty na dzikim pustkowiu albo tłuc w magiczny bęben ile wlezie.  Oczywiście jeśli mamy na to ochotę, nie jest to zakazane 😉

Zasadę tę można wykorzystać dwojako, w zależności od sytuacji, w jakiej się znajdziemy:

Rozwój osobisty - Life factory - energia 1

  1. Energia podąża za myślą…

Jeżeli masz się z kimś spotkać ale nie masz ochoty ruszać się z domu i nachodzi Cię ochota na dzień leniwca na kanapie, zacznij niezobowiązująco… tak na wszelki wypadek zastanawiać się jak byłoby najszybciej czy najłatwiej dojechać na takie spotkanie. Czy samochodem, czy komunikacją? Którą trasę lub linię wybrać? Czy podczas tego spotkania możesz mieć ochotę na coś mocniejszego i wtedy samochód będzie stanowił ograniczenie. Czy tam gdzie masz jechać i w porze o jakiej miałbyś tam być łatwo znaleźć miejsce parkingowe.

Może zaczniesz sprawdzać rozkłady jazdy, albo na Google maps zerkniesz gdzie można zaparkować samochód… i już za teoretycznie niezobowiązującym rozmyślaniem poszła energia i działanie. W tym momencie „nabierasz rozpędu” i dużo łatwiej będzie się podnieść z kanapy. Ostatecznie skoro, już tyle kwestii związanych ze spotkaniem sprawdzony, to szkoda byłoby sobie odpuścić.

Ta „diabelska” metoda zadziała także wtedy, kiedy mamy do zrobienia jakieś trudne zadanie, którego się boimy lub nie mamy pojęcia jak się za nie zabrać. Nie podejmujmy jakiegoś bezsensownego działania dla samego działania (nie ilość, ale jakość) tylko zacznijmy myśleć o tym zadaniu. Oswajajmy się z myślą o nim, szukajmy jakiś inspiracji lub pomysłów. Jeżeli o czymś myślisz, Twoje oczy, uszy z automatu wychwytują z otoczenia różne kwestie powiązane ze sprawą. Wie o tym każdy nabywca nowego samochodu, ledwo go kupi a nagle się okazuje, że po ulicach jeździ całe mnóstwo podobnych pojazdów. Czy wcześniej ich nie było? Były, ale się na nich nie koncentrowaliśmy.

Kiedy już główkujemy dłuższą chwilę i nic, możemy zrobić sobie przerwę na jakiś film lub spacer, aby trochę zresetować umysł przed dalszym poszukiwaniem rozwiązań. Inną opcją jest zdanie się na los: weź z półki dowolną książkę, otwórz ją na stronie odpowiadającej Twojemu rocznikowi urodzenia, następnie znajdź wers będący odpowiednikiem dnia miesiąca, w którym się urodziłeś. To co w nim znajdziesz jest podpowiedzią dla Ciebie od losu. Zastanów się jak to co przeczytałeś  można powiązać z Twoim zadaniem.

Rozwój osobisty - Life factory - energia 2

  1. Myśl podąża za energią…

Ta zasada świetnie sprawdzi się kiedy mamy do wykonania zadanie, które w naszej opinii jest pozbawione sensu a uniknąć go nie można (tak, tak – tutaj zaliczać się też będą zadania od szefa). Nie ma sensu buntować się i spalać rozmyślając ile czasu teraz zmarnujemy. Zamiast tego należy niezwłocznie przystąpić do działania. Uruchomimy energię i nawet się nie spostrzeżemy kiedy nasza myśl do nas dołączy i zaczniemy kombinować jak tu najszybciej zrobić to czego od nas się oczekuje a może i dostrzeżemy jakieś pozytywne aspekty naszej aktywności.

Sam mam kilka przykładów, gdzie dzięki „bezsensownym” zadaniom z przeszłości później wykorzystałem płynącą z nich wiedzę lub umiejętności do działań jak najbardziej sensownych a nie rzadko i przyjemnych 😉

filizanka_small  piszą o energii zdecydowałem się na energetyczną herbatę Pu-Erh Guarana, było i pysznie i energetycznie

Czego uczy mnie joga cz. II – nie żyj na pamięć…

Początek zajęć, wszyscy już siedzą w ciszy na swoich matach i starają się wewnętrznie wyciszyć. W powietrzu delikatnie ćmi relaksująca muzyka i unosi się woń kadzidła. W tle słychać głos nauczycielki o koncentracji na oddechu i wyrównaniu wdechu i wydechu… „Poczujcie swoje ciało, jak się dzisiaj czuje. Czy coś Was boli, coś się napina – skierujcie w to miejsce oddech aby się rozluźniło. Przeskanujcie swoje ciało i pamiętajcie aby nie ćwiczyć na pamięć. To, że ostatnio wyszła Wam jakaś pozycja lub w skłonie dosięgnęliście jakiegoś miejsca nie znaczy wcale, że i dzisiaj musi się tak zdarzyć. Ćwicząc na pamięć, przestajecie słuchać swojego ciała i łatwo wtedy o kontuzję”.

Rozwój osobisty - Life factory - joga

Kiedy usłyszałem o niećwiczeniu na pamięć i nie napinaniu się na to aby powtórzyć wynik z ostatniego spotkania dotarło do mnie, że ta mądra rada stoi w sprzeczności ze wszystkim tym czego mnie uczono. W szkole podstawowej jak osiągnąłem jakiś wynik w biegu, to przy kolejnym teście sprawnościowym wynik gorszy oznaczał porażkę. Jak z jakiegoś przedmiotu miałem czwórkę na półrocze, to trója ze sprawdzianu była tragedią. Tak wychowany i nauczony społecznych oczekiwań, za każdym razem kiedy zrobiłem coś nie tak dobrze jak poprzednio czułem się winny i zastanawiałem się co się złego ze mną stało. Nigdy wcześniej nie pomyślałem o tym, czy ten dzień jest tak samo dobry jak tamten, w którym miałem lepszy rezultat. Zawsze porównywałem ze sobą jedynie wyniki a nie dni.

Gubi nas życie na pamięć. Pędzimy samochodami po ulicach, bo ostatnio dojechaliśmy tą drogą do celu w 10 minut, a że to był wieczór i puste drogi a teraz jest dzień i pełno samochodów to nie jest ważne, ważne aby zmieścić się w tych 10 minutach. Czemu nie wyszliśmy wcześniej z domu, czemu choć wiemy, że jesteśmy zmęczeni nie wzięliśmy poprawki na to, że mamy dzisiaj gorszy refleks, czy faktycznie musimy zmieścić się w tym czasie co ostatnio? – pytania te pojawią się najczęściej dopiero wtedy kiedy mamy wypadek. Gnamy, biegniemy przez życie nie zważając na to czy nas coś boli, czy ciało ostrzega – ważne aby odhaczyć kolejne pozycje z listy spraw do załatwienia… i aby nie zrobić tego gorzej niż ostatnio.

Od pamiętnej lekcji jogi zmieniłem swoje postępowanie. Kiedy rano wstaję i w pośpiechu szykowania się do pracy wskakuję pod prysznic na chwilę zwalniam i staram się poczuć to jak się czuję. Kiedy trzeba wykreślam zadania z listy na dany dzień i przenoszę je na inny, kiedy z barku czasu zmęczony ćwiczę z hantlami pod koniec dnia pozwalam sobie na mniejszą liczbę powtórzeń. Kiedy śpię krótko w nocy, nie szkoda mi czasu na regeneracyjną, krótką drzemkę po południu. Raz na jakiś czas w biegu dnia zatrzymuję się na moment i słucham siebie, skutkiem czego zacząłem zauważać jak często w ciągu dnia mam napięty kark i szyję, jak nieświadomie zaciskam mocno żuchwę. Uspokajam się wtedy na moment, biorę kilka spokojnych, długich oddechów i rozkoszuje poczuciem spływającego ze mnie napięcia. Generalnie jeszcze bardziej siebie lubię, jestem spokojniejszy i wyciszony a mimo to moi znajomi wciąż się dziwią jakim cudem robię tak wiele rzeczy….

Ten tekst dedykuję znajomemu, który pomimo dużego zmęczenia i osłabienia organizmu poszedł biegać, bo miał jogging w planie dnia. Niestety, nie dobiegł do celu a z trasy zabrała go karetka…

filizanka_small  przy pisaniu tego tekstu towarzyszyła mi  ajurwedyjska herbata łącząca w sobie 18 ziół, kwiatów i przypraw z urzekającym dodatkiem kwiatu żeńszenia GINSENG FLOWER

 

Czego uczy mnie joga cz. I – żyj na 60%

Mam już taki charakter, że we wszystkim co robię, we wszystkim co czytam lub oglądam szukam synergii z innymi moimi działaniami tzn. wyszukuje pomysły, treści i rozwiązania które sprawdzą się w innych obszarach mojego życia. Tak obecnie dzieje się też z niedawno temu rozpoczętą praktyką jogi, jeżeli tak można nazwać to co obecnie wyczyniam na sali próbując się wyciągać, naciągać i zginać przy okazji się nie połamawszy ;-). Ku mojemu zaskoczeniu, rady jakie słyszę od mojej nauczycielki jogi świetnie sprawdzają się nie tylko na jogowej macie. Dzisiaj pierwsza z nich – ćwiczcie na 60%.

W zabieganym świecie ambicji, hiperdoskonałości ciał modeli i modelek płynącej z reklam i ogólnego zachwytu nad wielozadaniowością oraz czerpaniem z życia pełnymi garściami ile się tylko da nagle ktoś mówi słowa, które działają jak kij wsadzony w szprych rozpędzonego koła od roweru. Ćwicz na 60% swoich możliwości –  nie na 10%, bo nie będziesz miał efektów i nie na 100% bo wtedy łatwo przekroczyć granicę i złapać kontuzję.

Rozwój osobisty - Life factory - czego uczy joga

Brzmi to nieco szokująco w obecnych czasach, bo zewsząd słyszę że mam działać, ćwiczyć i pracować na 120% swoich możliwości.  Reklamy energetyków przekonują mnie, że jak już nie mam siły to tylko łyk „cudownego” napoju i już rosną mi skrzydła lub wyłazi ze mnie tygrys. Mam być szybszy, sprawniejszy i praktycznie odporny na starość a wszystko to dzięki suplementom, doprowadzającym do skraju wytrzymałości cross fit’om i innym podkręconym aktywnościom. Nawet całe moje otoczenie jest w stanie podwyższonej gotowości, aby gdy tylko poczuje się słabo, zgubię oddech lub energię wesprzeć mnie dobrym słowem, niezłomną wiarą w to że sobie na pewno poradzę lub okrzykiem bojowym zapalić mnie do dalszego działania. Doszło nawet do tego, że sam do listy zadań na dany dzień dopisuję sobie jeszcze z dwa, no bo przecież jak docisnę to dam radę. Mój wewnętrzny krytyk ukształtowany przez otoczenie nie pozwala mi nigdy osiąść na laurach, no bo jak już jestem zadowolony to słyszę w głowie „możesz więcej”.

Pytanie jednak po co „więcej”? Czemu, nawet jak jestem na spacerze to podbiegam aby zdążyć na zielone światło, choć nigdzie się nie spieszę.  Polecenie aby ćwiczyć na 60% zdemolowało wprost całe moje funkcjonowanie. No bo jak to tak, że ktoś nie chce ode mnie 120 lub chociażby 100% moich możliwości a wystarcza mu nieco więcej niż połowa z nich. Zrozumiałem to, kiedy udało mi się wyłączyć ambicje i zacząłem ćwiczyć zgodnie z zaleceniem. Przestałem szarpać się i siłować ze swoim ciałem, lekko odpuściłem i znalazłem czas na to, aby je poczuć. Nagle okazało się, że czując ciało mogę lepiej wykonać daną pozycję, bo zamiast używać siły do skręcenia barku (..no bo jak to, ja nie dam rady?) wystarczy obserwować co się stanie jak minimalnie inaczej ułożę dłoń lub zrotuję staw barkowy prowadząc rękę po trochę większym okręgu. Nagle 60% stało się sposobem na to aby uzyskać lepsze efekty niż przy 100. Warunkiem koniecznym było jednak, aby na chwilę odpuścić i zobaczyć co się ze mną dzieje.

A co by się stało gdyby tak postępować nie tylko na macie do jogi, ale i w całym życiu?

Jak czuję mega zmęczenie i wyczerpanie, to nie lać w siebie kawy albo herbatek energetycznych, tylko zdrzemnąć się na chwilę dla zregenerowania energii. Gdyby nie gonić tylko za większą kasą a wydawać tą, którą się ma rozsądniej. Gdyby zamiast kolejnego filmowego hitu, w którym będę przeżywał przygody jakiegoś bohatera i dzięki temu niby resetował się po ciężkiej pracy, usiąść z termosem gorącej herbaty na brzegu polany w lesie i poobserwować co się na niej zmieni w czasie godziny. Gdyby przy okazji zbliżającego się 1 listopada Dnia Wszystkich Świętych, nagle nie obskakiwać w biegu wszystkich grobów i wielu cmentarzy a spędzić część tego dnia zamkniętym w domu z kubkiem czegoś gorącego i ze zdjęciami oraz wspomnieniami o tych, którzy odeszli.

Kiedy odpuszczasz i zwalniasz nagle znajdujesz nowe możliwości. Wyłączasz bezmyślne podążenie za innymi i Twoje ciało oraz umysł – niezaślepione próbą przetrwania za wszelką cenę do kolejnego wyznaczonego celu – powiedzą Ci czego naprawdę potrzebują i co jest dla nich ważne. Warto, aby miały szanse zrobić to same, zanim mijający czas i wiek pokażą Ci to w postaci kontuzji i innych zdrowotnych dolegliwości.

filizanka_small pisząc ten tekst nie mogłem wybrać innej herbaty niż BRIGHT MOOD – ajurwedyjska herbata na dobry nastrój i pozytywny stan ducha

 

Taki bank…

Poniższy tekst wyszperałem dawno, dawn temu w sieci, ale zrobił na mnie tak duże wrażenie, że wciąż o nim pamiętam:

Wyobraź sobie, że istnieje taki bank, który każdego ranka wpłaca na twoje konto 86.400 złotych. Bank jednak nie kumuluje środków. Co noc twoje konto wyzerowuje się do ostatniego grosza, przepada zatem wszystko, czego nie wydałeś w ciągu dnia. Co byś zrobił w takiej sytuacji?

Rozwój osobisty - Life factory - bank

Pewnie wybierałbyś codziennie wszystkie wpłacone środki. Każdy z nas ma rachunek w tym banku. Banku, który nazywa się Czas. Każdego ranka otrzymujesz 86.400 sekund. Ten bank nie przechowuje środków i nie daje ci możliwości przelewania ich na inne rachunki. W nocy nadwyżka środków zostanie anulowana. Nie możemy niczego zwrócić ani spożytkować naszego kredytu z dnia jutrzejszego. Mamy tylko to, co otrzymaliśmy dziś

Nie żyj zatem wspomnieniami przeszłości lub wyobrażeniami przyszłości, tylko tym co masz dzisiaj.

filizanka_small wspominając ten tekst piłem energetyczną zieloną herbatę Green Energy.

Myśl w bok, a nie w głąb…

Nasz system edukacyjny od dawien dawna nie kładł nacisku na samodzielne myślenie, kreatywność i twórcze rozwiązywanie problemów. Dodatkowo w ostatnich latach jeszcze wzmocnił nacisk na mechaniczność i schematyczność myślenia wprowadzając szereg testów zaliczeniowych i klasyfikacyjnych. Działania te prowadzą do tego, że kreatywne z natury i ciekawe świata dziecko zaczyna uczyć się schematycznego i odtwórczego myślenia. Myślenie to zwane jest myśleniem wertykalnym lub myśleniem „w głąb” i polega na szukaniu rozwiązań szybkich, logicznych i zgodnych z posiadanymi wzorcami.

Rozwój osobisty - Life factory - myślenie lateralne

Przeciwieństwem tego sposobu myślenia jest tak zwane myślenie lateralne, zwane także równoległym albo myśleniem „w bok”. Cechuje się ono nowym spojrzeniem na sytuację, przeformułowaniem problemu, co niejednokrotnie prowadzi do dostrzeżenia nowych możliwości. Świetnym przykładem konieczności odwołania się do takiego myślenia, w celu wybrnięcia z trudnej sytuacji, jest popularna opowieść o zamożnym kupcu i jego pięknej córce:

Zamożny kupiec zapożyczył się u starego i chciwego bankier. Kiedy pomimo zapożyczenia interesy nie szły po myśli kupca i popadał on w coraz większe długi, bankier zwęszył świetny interes do zrobienia. Zaproponował kupcowi, że umorzy jego długi jeśli ten odda mu swoją córkę za żonę. Widząc jednak przerażenie na twarzy kupca i jego córki, bankier zaproponował, że decyzję podejmie za nich los. Włożę do woreczka dwa kamyki z alejki – czarny i biały. Jeżeli wyciągniesz biały – mówi do dziewczyny, daruję ojcu długi, a ty jesteś wolna. Ale jeżeli wyciągniesz czarny kamyk, wtedy daruję ojcu długi, a ty wyjdziesz za mnie za mąż. Dziewczyna wiedziała, że jeżeli nie zgodziłaby się na losowanie, zostałaby panną ale jej ojciec trafiłby do więzienia za długi. Zatem przystała na propozycję bankiera.

Bankier podniósł z alejki, na której stali dwa kamienie i włożył je do woreczka. Bystra dziewczyna zauważyła jednak, że oba były czarne.

Co zrobiłbyś na miejscu dziewczyny, która nie chce wyjść za mąż? Jak byś wybrnął z tej sytuacji?

Pomyśl chwilę i pokombinuj, a jeśli chciałbyś wiedzieć co zrobiła dziewczyna, przeczytaj odpowiedź umieszczoną pod obrazkiem

Rozwój osobisty - Life factory - myślenie lateralne 1

Dziewczyna wylosowała jeden z kamieni i „niechcący” upuściła go na drogę. a potem zaproponowała sprawdzenie jaki kamień pozostał w woreczku, aby było wiadomo, który wylosowała 😉

Czy już rozumiesz co oznacza myślenie lateralne?  Jeżeli chciałbyś go używać powinieneś rozbudzić w sobie gotowość do pozbycia się schematycznego postrzegania i rozumienia świata oraz być gotowym na spojrzenie na problem z różnych stron. Edward de Bono, który opracował termin myślenia lateralnego, zawsze podkreślał, że jednym z narzędzi potrzebnych do jego wykorzystania jest poczucie humoru i przestrzeganie kilku prostych zasad:

  • Nie stosuj się do zasad których nie ma
  • Uważaj na etykietki
  • Obserwuj szczegóły
  • Zerwij z rutyną

Może zatem mała próba jak Ci pójdzie tym razem:

  • Pewien facet jest ubrany całkowicie na czarno. Ma czarne buty, skarpetki, spodnie, sweter, rękawiczki i kominiarkę. Idzie czarną ulicą, na której nie świeci się żadna latarnia. Nie widać też księżyca – jest nów, a niebo zachmurzone. Naprzeciw niego z dużą prędkością jedzie czarny samochód z wyłączonymi światłami – jednak w jakiś sposób kierowca zobaczył mężczyznę i się zatrzymał. Jak to możliwe?

Rozwój osobisty - Life factory - myślenie lateralne

Był dzień – czy gdzieś jest napisane inaczej?

  • Ojciec i jego syn mieli wypadek samochodowy. Ojciec zmarł, a syna przewieziono karetką do szpitala. Gdy chirurg go zobaczył krzyknął: „Nie mogę operować tego chłopca, on jest moim synem!”. Jak to możliwe?

Rozwój osobisty - Life factory - myślenie lateralne 3

Chirurg może być kobietą, więc także i matką 

filizanka_small  mam nadzieję, że dobrze bawiłeś się rozwiązując te lateralne zagadki. Dla mnie było to miłe uelastycznianie swojego mózgu, tym bardziej że przy ich rozwiązywaniu piłem „rozjaśniającą umysł” Yerba Mate IQ

Napisz do siebie list

Ja zawsze widzę dwa podobieństwa wakacji do Nowego Roku. Pierwsze to to, że większość ludzi dzieli etapy swojego życia na lata zaczynające się zawsze 1 stycznia, u mnie rok trwa od wyjazdu wakacyjnego do wyjazdu wakacyjnego i z tego powodu nie zawsze ma równą liczbę miesięcy. Po drugie, bo zarówno Nowy Rok jak i wakacje są momentem, w którym snujemy plany na przyszłość oraz podejmujemy niejednokrotnie kluczowe decyzje.

O ile, w przypadku Nowego Roku większość chyba wieży w magię tego „przełomowego” dnia lub robi plany bo społeczna presja mówi, że tak trzeba. O tyle, w przypadku wakacji to raczej efekt przemyśleń i pomysłów, które kiełkują w naszej głowie, kiedy łamiemy zwyczajowy układ dnia. Czasami to kwestia tego, że w czasie urlopu zwolnimy tempo życia lub na odwrót przeżyjemy jakąś szaloną przygodę. Czasami to efekt zderzenia z inną kulturą i innymi zwyczajami, a czasami bywa to też efekt tego, że wystawiamy się godzinami na słońce, które dodaje nam energii i wigoru.  Niestety w obu przypadkach los tych planów jest bardzo podobny. Zostają jedynie gdzieś na papierze, dysku twardym albo w głowie autora lub też ulatują gdzieś w niepamięć, bezwzględnie ukatrupione przez codzienne sprawy zwykłych dni. Czasami mamy jeszcze tyle pary w sobie, aby nowy pomysł pociągnąć przez klika dni a może nawet i tygodni. Jednak zawsze, po jakimś czasie przychodzi zniechęcenie lub dywersyjne pytanie o sens naszych działań. Znam to aż nadto dobrze, bo przez wiele lat po powrocie z każdych zagranicznych wakacji, szedłem do księgarni po nową książkę do nauki angielskiego solennie sobie obiecując, że w przyszłym roku nie będzie już u mnie tak wiele obciachu z tym językiem. O obietnicy pamiętałem zazwyczaj jakieś dwa tygodnie a półka z książkami do angielskiego wzbogacała się o kolejną zbierającą kurz pozycję.

vintage-binoculars-notepad-compass-old-map-ink-pen-inkwell-pocket-kni-71106-L

Czy to wakacyjne data powstania pomysły jest winna niepowodzeniom planów? Sama w sobie zdecydowanie nie. Przyczyna pierwsza – to fakt, że często pomysł przychodzi nam w stanie euforii lub tak zwanym „stanie mocy”, kiedy to nakręceni jakimiś pozytywnymi emocjami moglibyśmy przenosić góry. Przyczyna druga – to naturalna reakcja przy podejmowaniu nowych działań na pierwsze problemy z nimi związane. Trzeba sporo samozaparcia albo wiary w cel, aby ten moment przełamać i wytrwać w działaniu.

Jeżeli zdarzają Ci się sytuacje podobne do moich niegdysiejszych bojów z angielskim, możesz sobie pomóc w jeden bardzo sprytny sposób. Otóż, napisz do siebie list. Pisz go zaraz po podjęciu decyzji o zrobieniu czegoś. Pisz go w momencie, kiedy masz swój „stan mocy”. Wlej w niego całą swoją siłę, energię i wiarę w siebie, którymi dysponujesz w danym momencie. Pisz do siebie jak stary przyjaciel. Napisz czemu chcesz zrobić to co planujesz, co fajnego Tobie lub innym to przyniesie. Opisz jak się czujesz, kiedy piszesz ten list, w którym miejscu twojego ciała czujesz energię (ręce, brzuch, klatka piersiowa a może gdzieś na karku), ja ją czujesz (są to wibracje, ciepło, coś niespokojnie się wiercącego) i postaraj się nadać temu momentowi jakąś nazwę. Ja do dzisiaj pamiętam mój pierwszy moment zanurzenia w oceanie. Do dziś czuję te małe błyskawice przeskakujące po moich ramionach, kiedy nagrzane ciało zetknęło się z wodą a potem ten cudowny moment całkowitego relaksu, rozluźnienia i poczucia jedności z oceanem – nazywam go „zanurzeniem mocy”.

To była pierwsza część listu. W drugiej napisz pytania – jakie Twój stary dobry przyjaciel-  zadałby Ci, zaciekawiony Twoimi postępami w sprawie:

– Co się teraz dzieje z Twoim świetnym pomysłem?

– Czy masz dla niego wystarczająco dużo czasu? A jeśli nie, to co było takiego ważnego, że zdecydowałeś się ten czas przeznaczyć na realizację innych zadań?

– Czy masz w sobie dość energii do działania? Czy pamiętasz ile było jej w Tobie w momencie pisania tego listu? Czy pamiętasz gdzie była wtedy w Twoim ciele i jak ją czułeś. A gdybyś teraz miał spróbować ją wyczuć w sobie to gdzie ją znajdziesz i jak będziesz ją czuć.

– Czy gdy przypominasz sobie nazwę swojego „momentu mocy” i wszystkie emocje i zdarzenia które mu towarzyszyły to jesteś w stanie zaczerpnąć w tym momencie z niego jeszcze trochę energii?

– Czego już spróbowałeś aby realizować swój pomysł?

– Co zadziałało?

– Co nie wyszło?

– Jakie obecnie istnieją możliwości działania?

– Jak się poczujesz kiedy już zrealizujesz swój cel?

– Jaki będzie Twój następny a może pierwszy krok?

– Kiedy go zrobisz?

biblioteka

Teraz masz dwie możliwości:

  1. Wyślij ten list do siebie mailem, ale w programie pocztowym ustaw aby nie został on dostarczony do Ciebie przed upływem 3 miesięcy (Np. w Otlooku kiedy masz przygotowaną wiadomość, przed jej wysłaniem wybierasz z górnego menu Opcje, potem funkcje Opóźnij dostarczenie i wpisujesz datę za 3 miesiące w polu „Nie dostarczaj przed:”
  2. Schowaj list do koperty a tą włóż do jednej z książek na półce lub w jakieś zimowe ciuchy i ustaw sobie w komórce przypomnienie za 3 miesiące z informacją gdzie masz zajrzeć aby znaleźć napisany do siebie list.

Kiedy go dostaniesz usiądź i w spokoju przeczytaj. Być może się zdziwisz, tym co wtedy się stanie. Wiem co piszę, bo sam dostałem takiego maila po trzech miesiącach od założenia własnej firmy 😉

Życie w trybie „smart”

Od dawna mam dylemat jak żyć, a w zasadzie to w jakim czasie. Jedni guru podają, aby koncentrować się wyłącznie na „tu i teraz”. Inni natomiast mówią, że jeśli już teraz nie zadbasz o swoją przyszłość, to będzie ona marna i będziesz mieć problemy. Jedni mówią zwolnij, zatrzymaj się i włącz uważność, a drudzy radzą z jakich urządzeń i programów należy korzystać, aby podnieść swoją wydajność i multizadaniowość. Do tego żyjemy w erze natłoku informacji i rozwoju social mediów. Powszechnej dostępności towarów, dynamicznej ewolucji urządzeń elektronicznych do kolejnych wersji oraz nieustających promocji i okazji. W przeciwieństwie do minionych czasów prawie nie poświęcamy energii na naprawianie tego co już mamy, tylko kupujemy lepszy, nowszy model a ten poprzedni traci naszą uwagę i ląduje w śmietniku lub na dnie zapomnianej szuflady. Czy to dobrze, czy źle – jak zwykle w życiu nic nie jest czarno-białe. Z jednej strony produkujemy więcej śmieci. Z drugiej, kupując coś nowego napędzamy gospodarkę, która daje zatrudnienie innym ludziom.

Rozwój osobisty - Life factory - życie

I moglibyśmy tak dywagować w nieskończoność, ale w momencie kiedy na podobnej zasadzie jak rzeczy zaczynamy traktować innych ludzi lub zwierzęta – czyli istoty, które czują, myślą i obdarzają nas uczuciami – to zdecydowanie nam się coś w głowach porypało. Kilka dni temu w internecie gruchnęła wieść o maratończyku Piotrze Kuryło, który wcześniej adoptował ze schroniska 13-letnią suczkę a teraz w słonecznym upale przywiązał ją do bramy schroniska i się ulotnił (pech chciał… a może szczęście, że ten wyczyn został uwieczniony na nagraniu kamery). Przerażony pies spędził na słonecznym ukropie 2 godziny nim go ktoś znalazł. Rzeczony biegacz coś bełkotał o kosztach, bo pies schorowany i że niby nie miał go z kim zostawić w czasie planowanego biegu maratońskiego. Już nawet nie będę się pastwił nad nim, że przecież ma rodzinę a drugim z jego psów jakoś miał się kto zająć.

Chodzi mi bardziej o pewien trend, który  staje się coraz bardziej powszechny. Uczymy się szybko znajdować zamienniki tego co mamy. Domowe obiady zastępujemy fast food’ami, zamiast regularnego odpoczynku fundujemy sobie turbo regeneracyjne weekendowe wypady do SPA, spotkania ze znajomymi zastępuje nam wymiana z nimi postów i komentarzy na Facebook’u. Zamiast dwóch, trzech prawdziwych przyjaciół mamy setki internetowych znajomych, o których tak naprawdę za dużo nie wiemy. Reklamy zachęcają nas do zamawiania w internecie sterty nowych ubrań, przymierzania ich w domu i odsyłania tych, które nam nie pasują ale mało kto zauważa, że tak samo zaczynamy postępować z ludźmi. Portal randkowy albo czat, szybkie spotkanie jeszcze szybszy numerek i już wiemy kogo odesłać w ramach „zwrotu towaru”. Bo nam nie pasuje, nie tak leży albo nie spełni naszych wyśrubowanych standardów a że może się jakoś emocjonalnie zaangażował, albo zadurzył…. a to sorry, jego problem.

Jesteśmy coraz bardziej niezależni, mobilni i świadomi swojej wartości. Czasami zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego kiedy już jesteśmy z kimś związani. Czasami uświadomi nam to też ktoś inny, kto nagle poświeci nam trochę więcej uwagi i miłych słów niż nasza druga połowa. Jak pokazują doświadczenia moich znajomych, bardzo łatwo wtedy ulec iluzji, że o to los obdarzył nas dostępnością do nowego, lepszego modelu od tego co mamy. Zatem co… stare na śmietnik.

Rozwój osobisty - Life factory - życie 2

Rozchodzimy się, zostawiamy z dnia na dzień drugie połowy totalnie zaskoczone całą sytuacją, czasami wręcz kończymy związek jednym SMS’em. Nie próbujemy niczego naprawiać lub czegoś pozmieniać, w tym co już było. Chwytamy naszą nową zabawkę i dalej gnamy w świat…

Jednak z czasem okazuje się, że i ten nowy model miał wady ukryte – mąż, albo żona. Czasami przegrzewa mu się procesor i zapomina być dla nas miły, albo przepełnia bufor pamięci i nie jest już tak aktywną i tryskającą energią osobą jak wcześniej. Cóż można w tej sytuacji zrobić? Niestety, najczęściej zaczynamy się rozglądać za kolejnym nowszym modelem, albo chociaż takim, który ma świeższą wersję oprogramowania i najlepiej gdyby był jeszcze w promocji.

Teoretycznie można tak w nieskończoność i pewnie jest to jakiś sposób na życie. Możemy być jednak bardzo zaskoczeni, kiedy nagle na naszym głównym panelu sterowania pojawi się komunikat: „błąd systemu – choroba” lub „model niedostępny dla tej kategorii wiekowej”. Czy znajdziemy wtedy szybko jakiś „zamiennik” dla tego co było?

Chciałbym, aby było jasne, że jestem przeciwnikiem utrzymywania pewnych relacji na siłę, kiedy faktycznie już nic ze sobą nie niosą albo są dla nas destrukcyjne. Jestem też daleki od promowania nieustających i niewiele wnoszących napraw tego co było do tej pory, bo najzwyczajniej szkoda na to czasu i życia. Nie oceniam ludzi za ich decyzje, bo najczęściej nie wiem wszystkiego. Wiem tylko, że każda decyzja rodzi konsekwencje a podejmowana w biegu i na hurraoptymistycznym emocjonalnym haju nie uwzględnia wszystkich przesłanek.

I tak sobie myślę, że warto jednak na co dzień „żyć tu i teraz”. Żeby jak pojawia się jakaś nowa szansa na przyszłość, mieć pełną świadomość tego co możemy utracić albo też jakiego zniewalającego bagażu możemy się pozbyć. Jakiej jednak decyzji byśmy nie podjęli, pamiętajmy o uczuciach innych. Nikt z nas nie chciałby zostać bez słowa przywiązany do bramy schroniska i pozostawiony samemu sobie.

A wspomnianemu maratończykowi dedykuję pewną przypowiastkę, na którą gdzieś, kiedyś trafiłem w czeluściach internetu:

Rozwój osobisty - Life factory - psiak

Zmarł pewien mężczyzna a razem z nim zmarł jego pies.
I oto dusza człowieka, z psem u boku, stają przed wrotami z napisem ”Raj. Psom wstęp wzbroniony”.
Człowiek nie przeszedł przez te drzwi i poszedł dalej, w nicość z psem u boku. Idzie i po jakimś czasie widzi drugie wrota. Nic nie jest na nich napisane, tylko obok siedzi jakiś starzec. Człowiek podchodzi do niego i zagaja:
– Przepraszam szanownego…
– Święty Piotr jestem.
– A co jest za tymi wrotami?
– Raj.
– A z psem można?
– Oczywiście.
– A tam wcześniej to co to było?
– Piekło. Do Raju dochodzą tylko ci, którzy nie porzucają przyjaciół.

filizanka_small pisząc ten tekst piłem najpopularniejszą z chińskich zielonych herbat zwiniętych w kulki – China Gunpowder, czyli proch strzelniczy 

Zostań graczem – graj zamiast się frustrować

Niejednokrotnie nasze życie nie toczy się tak jak tego byśmy chcieli i pisząc to nie mam na myśli zdarzeń przełomowych lub dramatycznych sytuacji.  Piszę o drobnych sprawach dnia codziennego – które mimo tego, że nie ma w tym żadnej naszej winy – nagle obracają się przeciw nam rujnując plan dnia, zmuszając do dodatkowych działań albo zwyczajnie w świecie psując nam humor.

Kiedyś w takich sytuacjach, jak większość ludzi irytowałem się. Czasami wykłócałem o swoje i opowiadałem znajomym jak ten, czy tamta mnie wkurzyli, albo jaki bu..el mają w danej instytucji. Tak był do czasu, kiedy na jednym ze szkoleń dotyczących zarządzania finansami nie trafiłem na koncepcję „gracza”.  Jak to ja, z czasem przerobiłem tę koncepcję na swoja modłę i zbudowałem z niej zasadę, dzięki której ćwiczę swoją uważność, kontroluję emocje i wzmacniam swoje optymistyczne podejście do życia.

Rozwój osobisty - Life factory - graj

Pierwsza zasada to nie frustrować się złymi sytuacjami, na które nie mam wpływu i które są całkowicie ode mnie nie zależne. Druga – kluczowa dla koncepcji „gracza” – staraj się każdą złą sytuację przerobić na pozytywną i wyciągaj z niej ile się da.

Przykład pierwszy – nieważna polisa:

W jednej z firm ubezpieczeniowych przedłużyłem przez internet swoją polisę ubezpieczenia medycznego, zapewniająca mi darmową opiekę medyczną w jednym z ogólnopolskich centrów medycznych. Kiedy po kilku dniach umawiałem się telefonicznie do lekarza konsultantka nie mogła znaleźć mojej polisy po jej numerze, ale odszukała ją podobno po moim numerze PESEL. W umówionym dniu udałem się do lekarza, wcześniej zgłaszając swoje przybycie w rejestracji. Jakże byłem zaskoczony gdy 5 minut później, kiedy siedziałem już przed gabinetem lekarskim podeszła do mnie pracownica rejestracji informując, że nie wie czy ja jestem tego świadom, ale za tę wizytę będę musiał zapłacić bo moje ubezpieczenie wygasło. W jednej chwili poczułem uderzenie ciśnienia i już,  już miałem wybuchnąć…, gdy przypomniałem sobie o moim postanowieniu „gracza”. Uśmiechnąłem się do Pani i zapytałem czy jest pewna tego co mówi, bo jeśli okaże się to prawdą, to ja mam w domu dowód zamówienia ubezpieczenia oraz jego opłacenia i będę się domagał od firmy rekompensaty tej sytuacji. Pani była totalnie zaskoczona moją reakcją i dała tylko radę wykrztusić „proszę się nie denerwować”. Jak się okazało, moja druga odpowiedź jedynie pogłębiła jej zagubienie. Powiedziałem, iż się nie denerwuję a nawet cieszę, bo dzięki ich błędowi załatwię sobie miesiąc darmowego ubezpieczenia. Wymagało to ode mnie chwilowego wyłożenia pieniędzy, które potem zostały mi zwrócone oraz napisania dwóch reklamacji i po miesiącu dostałem od firmy ubezpieczeniowej oczekiwaną rekompensatę za popełnioną pomyłkę.

Przykład drugi – zamówienie co znika:

Czytam sporo książek i bardzo często zamawiam je przez internet. Ostatniego zakupu dokonywałem w jednym z wydawnictw zamawiając u nich dwie książki. Kiedy po dwóch tygodniach nie miałem ani książek, ani żadnej informacji z wydawnictwa napisałem do nich mailem załączając do niego dowód wpłaty.  W odpowiedzi przeczytałem, że moja wpłata do nich dotarła ale zamówienie, którego dotyczyła zniknęło im ze strony internetowej, w związku z tym mam im napisać jakie książki zamówiłem i na jaki adres mają być przesłane. Ani słowa o przeprosinach, albo że im przykro z powodu tej sytuacji. W pierwszej chwili wkurzyłem się, że ktoś bezkarnie obraca moimi pieniędzmi i nic sobie z tego nie robi, jak również nie poczuwa się do winy, bo to system nawalił. Ciśnienie mi się podniosło, epitety cisnęły na usta…, kiedy nagle wyhamowałem, usiadłem spokojnie i zacząłem szukać na stronie wydawnictwa książki jaką chciałbym dostać za darmo w ramach rekompensaty za błąd systemu. Następnie już na spokojnie usiadłem i napisałem reklamację, w której wyjaśniłem Pani z wydawnictwa, że za błędy ich systemu to oni opowiadają, że brak przeprosin z ich strony świadczy o zupełnym braku szacunku do klienta i że za całe to nieprzyjemne zdarzenia chce anulowania opłaty za przesyłkę, albo darmowej książki. Na całe nieszczęście wydawnictwo zgubiło i tego mojego maila. Oczywiście, nie omieszkałem wykorzystać i tej sytuacji. Efekt, po miesiącu od zamówienia otrzymałem poniższą przesyłkę.

Rozwój osobisty - Life factory - graj 2
Dwie dolne książki to moje zamówienie, cztery górne to rekompensata 😉

Czy stałem się z powodu mojego podejścia awanturnikiem – nie. Czy jeżeli, ktoś mnie za błąd przeprosi i powie parę miłych snów to i tak dochodzę rekompensaty – nie, bo każdy może się pomylić a miłe słowo i tak mi już umiliło dzień. Czy oszczędzam swoje nerwy unikając frustracji – tak. Czy obecnie czyjeś błędy są dla mnie problemem – wręcz przeciwnie, to szansa na fajną rekompensatę.

Rozwój osobisty - Life factory - ufaj tylko niektórym.

Zapraszam i Ciebie do tej zabawy. Bo zamiast biernego wściekania się na ludzi lub instytucje i generowania złych emocji, oszczędzasz swoje nerwy, dostajesz rekompensaty i edukujesz drugą stronę, że błędy kosztują i to nie klienta, ale tego kto błąd popełnił.

filizanka_small pisząc powyższy tekst piłem klasyczną łagodną czarną herbatę – China Keemun Anhui

Punkt zero, czyli skąd startujesz…

Wszyscy chyba znamy najczęstsze losy postanowień noworocznych, czy też tych które rodzą się w naszej głowie tuż po powrocie z wakacji: od teraz biorę się za siebie i ćwiczę, zaczynam ostro naukę obcego języka itp. Jakoś tak dziwnym trafem, po miesiącu lub dwóch najczęściej mam przygotowaną całą baterię argumentów czemu danym postanowieniem nie mogliśmy się zająć lub to co najczęstsze: „nawet zacząłem z zapałem, ale nie szło mi za dobrze, nie było efektów i tak jakoś sobie odpuściłem”. Niejednokrotnie, jeśli nawet przetrwamy w postanowieniu jeden kwartał to z czasem przestajemy dostrzegać, albo doceniać efekty naszych starań i tracimy motywację a jest ona kluczowa do osiągnięcia zamierzonego celu. Przy czym dla jasności – powyższa zasada nie tyczy się tylko postanowień powziętych w Nowy Rok, czy pierwszego dnia po powrocie z wakacyjnych wojaży, ale wszystkich postanowień, które wymagają od nas zaangażowania czasu i energii w ich realizację. Dzieje się tak dlatego, że z czasem tracimy nasze zaangażowanie, zapominamy dlaczego chcieliśmy realizować dane postanowienie lub bardzo częste przestajemy widzieć efekty i postępy.

Rozwój osobisty - Life factory - punkt zero

Dzisiaj chciałbym się skupić na tej ostatniej przyczynie, bowiem bardzo często przystępując hurraoptymistycznie do działania zapominamy uwiecznić swój punkt startu. Mówimy np. od jutra zaczynam ćwiczyć a po dwóch miesiącach stwierdzamy, że jakoś umięśnienie nam fantastycznie nie przyrosło i nie ubyło nadmiaru ciała, tam gdzie się spodziewaliśmy przez co nie mamy wymarzonej tarki na brzuchu. Tylna część ciała, w dolnym stanie nie stała się wystarczając jędrna a nasze łydki wcale nie są pięknie wyrzeźbione. Oczywiście, że nie  – bo dwa miesiące to za mało, ale mimo to jest to świetny argument do porzucenia ćwiczeń, no bo przecież nam nie wychodzi. Gdybyśmy jednak porównali ile pompek, przysiadów lub innych ćwiczeń mogliśmy wykonać pierwszego dnia a ile po tych dwóch miesiącach, z pewnością bylibyśmy pozytywnie zaskoczeni tą informacją i zyskalibyśmy motywację do dalszego wysiłku. Dzięki czemu, z kolejnymi tygodniami ćwiczeń, zmiany w ciele nadeszłyby nieuchronnie.

Rozwój osobisty - Life factory - punkt zero 2

Podobnie rzecz ma się np. z liczbą słówek w języku obcym. Mnie np. po kilku latach nauki angielskiego wciąż dopada syndrom niewystarczającego postępu i zniechęcenia. Jestem wręcz przekonany o moim wrodzonym antytalencie do umiejętności lingwistycznych i bezproduktywnym trwonieniu czasu na naukę. Jednak, kiedy wyjeżdżam za granicę i nagle mogę, z nowo poznaną osobą, całkiem swobodnie porozmawiać, dowiedzieć się ciekawych informacji o niej i kraju, w którym żyje a do tego opowiedzieć coś o sobie  – odzyskuję energię do działania. Tak, jestem świadomy tego, że pewnie kaleczę język, mieszam czasy w wypowiedziach i nie zawsze użyje najbardziej odpowiedniego wyrażenia ale wtedy przypominam sobie jak kilka lat temu znałem w tym języku jedynie trzy zwroty: „yes” i „I don’t now” i „I don’t understand”. Sam fakt, że ktoś powiedział coś do mnie po angielsku budził atak paniki i nerwowo w głowie starałem się zbudować jakieś zdanie, które będę mógł potem wydukać w odpowiedzi. Teraz niczego w głowie nie buduję, tylko od razu wchodzę w konwersację wierząc w to, że i tak jakoś sobie poradzę.

Rozwój osobisty - Life factory - nawyki

Jak mawiają mądrzy ludzie przystępując do nowego działania, warto je tak zaplanować aby być prawie pewnym sukcesu w początkowym okresie jego realizacji. Jak wiadomo „prawie – robi wielką różnicę” ale daje też dreszczyk emocji oraz pozwala rozpocząć fascynującą grę z samym sobą. Kiedy kilka lat temu zaczynałem ćwiczenia na ergonometrze (popularnie zwanym „wioślarzem”), miałem specjalnie przygotowaną tabelę, w której zapisywałem czas wiosłowania i przepłynięty dystans a po pierwszym tygodniu rozpocząłem grę. Najpierw chciałem z każdym razem przepływać o X metrów więcej w tym samym czasie, potem rzuciłem wyzwanie czasowi tzn. maksymalny wyznaczony dystans starałem się przewiosłować w jak najkrótszym czasie itd. Z tygodnia, na tydzień zmieniałem daną, z którą się ścigałem i coraz bardziej ta gra mnie wciągała. Wyniki w tabeli w pierwszych tygodniach szalały i wręcz szybowały w górę (na początku zawsze łatwo o efekty), ale działo się też coś jeszcze. Mój umysł, moje ciało zmieniało to nowe jeszcze wymuszane działanie w nawyk. Ten, jak wiadomo – włącza się automatycznie i nie ma już potem potrzeby zmuszani się do ćwiczeń – bo umysł i ciało same się ich domagają. Czas jaki jest potrzebny, aby jakieś działanie stało się nawykiem to według naukowców 28 dni regularnego powtarzania danego działania 😉

Teraz po latach, regularnie ćwiczę trzy razy w tygodniu i kiedy odpuszczę jakiś z treningów czuję się nieswojo i mam potrzebę rozładowania nagromadzonego stresu i energii. Zatem, coś co kiedyś wymagało wysiłku aby to wykonać, obecnie wymaga ode mnie wysilenia się aby tego nie robić – dzięki czemu regularnie ćwiczę od kilku lat.

A jak z tym jest u Ciebie:

Czy jeżeli realizujesz jakieś postanowienie, pamiętasz jakie były jego początki?

Czy potrafisz zauważać i doceniać małe postępy, które finalnie doprowadzą Cię do dużej zmiany?

Czy potrafisz w danym działaniu wprowadzić jakieś elementy gry z samym sobą – jakieś małe utrudnienia, wyzwania których pokonanie da Ci satysfakcję z tygodnia na tydzień?

filizanka_small od początku pisania tego tekstu towarzyszyła mi herbata Ceylon OP Dimbula Uduwela

 

 

Poddaj się, ale nie odpuszczaj

Żyjemy w kulturze, w której liczy się efektywność, zaradność, multiskillowość, wielozadaniowość, asertywność  itp., czyli wszystko ma być robione szybko sprawnie i zwycięsko. W praktycznie każdym podręczniku biznesu albo rozwoju osobistego radzą nam aby uczyć się od najlepszych, a najlepszy to ten który ma wyniki, wygrywa spory, radzi sobie z przeciwnościami i znajduje wyjście z prawie każdej sytuacji. Jednym słowem – ZWYCIĘZCA.  Z tego też powodu jakoś dziwnie mi się zrobiło kiedy w książce Eckharta Tolle „Potęga teraźniejszości” trafiłem na rozdział zatytułowany „Sens  poddania”.

No, bo jak to? Jak można zwyciężyć, czy poradzić sobie z problemem odpuszczając , kapitulując, podporządkowując się, dając za wygraną czy też godząc się na to co jest. Ano, można i to jeszcze chroniąc swoje zdrowie, nerwy i oszczędzając energię, ale po kolei.

Rozumienie „poddania się” oprócz synonimów wymienionych powyżej, mówiących o zrejterowaniu może również znaczyć tylko tyle, że dajemy sobie z kimś lub czymś spokój, dostosowujemy się lub oswajamy z daną sytuacją.  Mówiąc inaczej nie decydujemy się na przegraną tylko uznajmy, iż dana kwestia nie jest warta naszych nerwów, zdrowia czy też zwyczajnie naszego czasu. Kiedy już podejmujemy taka decyzję najczęściej opadają emocję, odpuszcza stres i przestajemy marnować energię na planowanie zemsty na sprawcy danej sytuacji (zemsty, która i tak najczęściej pozostaje jedynie w naszych planach, nie doczekując się realizacji i może dobrze). Czasami też milkną głosy w naszej głowie oskarżające nas o to, jak mogliśmy do tego dopuścić np. „Gdzie ja miałam wtedy oczy”, wytykające nam, że znowu nam nie wyszło np. „Znowu wtopa, chyba jestem jakimś nieudacznikiem” itp. Jednym słowem następuje cisza i spokój. Znajdujemy się w „tu i teraz”. To świetny moment, aby rozejrzeć się bez emocji po danej sytuacji, zweryfikować fakty i skoncentrować się na możliwych rozwiązaniach.

Rozwój osobisty - Life factory - poddaj się

W tym sensie „poddać się” znaczy ulec danej sytuacji. Nie walczyć z nią, nie szamotać – tylko spojrzeć na nią z teraźniejszości, bez wciągania w to czasu przeszłego i rozmyślania dlaczego do tego doszło i przez kogo. Doszło, to doszło i teraz trzeba myśleć jak wyjść z danej sytuacji. Ci z nas, którzy mają żyłkę biznesową mogą nawet pomyśleć co z tej sytuacji mogą jeszcze wyciągnąć dla siebie 😉 Mówiąc krótko – poddanie się nie znaczy wcale biernej zgody na dany układ, w którym się znaleźliśmy. Nie oznacza też zaniechania planowania i inicjowania pozytywnych działań. Świetnie wyjaśnił to Eckhart Tolle na poniższym przykładzie:

„Gdybyś na przykład ugrzązł w błocie, nie powiedziałbyś sobie: „Dobra kapituluję: ugrzęzłem i już”. Kapitulacja to nie to samo co poddanie. Nie musisz akceptować niepożądanej czy nie miłej sytuacji życiowej. Nie musisz też wmawiać sobie, że ugrzęznąć w błocie to właściwie nic złego. Wręcz przeciwnie. Stawiasz sprawę jasno: chcesz się wydobyć z błota. Skupiasz się wyłącznie na obecnej chwili, nie opatrując jej w myślach żadną etykietką. Znaczy to, że nie osądzasz Teraźniejszości. Skoro tak, nie opierasz też się ani nie doznajesz negatywnych emocji. Godzisz się z „jestestwem” danej chwili. Dopiero potem zaczynasz działać i robisz wszystko, co w twojej mocy, żeby wydobyć się z błota. Jest to działanie pozytywne – dużo skuteczniejsze od działania negatywnego, powodowanego gniewem, rozpaczą lub rozgoryczeniem”

W tej sytuacji nie pozostaje mi nic innego jak życzyć Wam wielu poddań, bo kiedy inni będą walczyć z sytuacją i szukać winnych, Wy już ją zaakceptujecie i będziecie na etapie rozwiązań.

filizanka_small w czasie pisania tego tekstu poddałem się chwili przyjemności z herbatą czarną z żurawiną