Czas nie mieszka w zegarku

Czas, to jeden z najcenniejszych skarbów w naszym życiu, który zwykliśmy trwonić, gubić albo pozwalać mu na to, aby nam uciekał. Choć jest szczegółowo podzielony na dni, godziny, minuty i sekundy, które niezmiennie trwają tyle samo – my wierzymy, iż jest on rozciągliwy jak guma. Wciąż próbujemy upchać w tym samym czasie coraz więcej zadań , czynności i spotkań z innymi.  Doprowadzamy do sytuacji, w której nie starcza nam czasu na wszystko i tym  sposobem zamiast koncentrować się na samym życiu koncentrujemy się wyłącznie na pogoni za czasem.

czas

Strażnicy czasu

W starej dzielnicy Gdańska o nazwie Wrzeszcz mieści się niewielki salon fryzjerski przeznaczony dla mężczyzn. Miły, klimatyczny i z fajną ekipą. Jak wiele nowo otwartych salonów ma wypasione fotele i świetny wystrój wnętrz. Ma jednak jeszcze coś specjalnego… sobotni walk-in days. W dni robocze umawiasz się na wizytę o konkretnej godzinie natomiast, kiedy masz ochotę wpaść do chłopaków w sobotę musisz nastawić się na przesiadywanie w kolejce. Jednak nie przesiaduje się w niej, dla samego przesiadywania, tylko ten czas służy temu, aby poznawać się i integrować z innymi klientami – to swoisty obyczaj tego miejsca.

„Przyjmujemy zapisy telefoniczne od poniedziałku do piątku NATOMIAST w soboty zapraszamy na walk-in days od 9:00-16:00 (lub do ostatniego klienta). Wchodzisz, siadasz, zamawiasz drinka i czekasz na swoją kolej. Liczymy na to, że klienci będą mogli się zintegrować i wymienić spostrzeżeniami lub czymkolwiek tam chcą :-)” – wpis z profilu The Barbers na Facebook’u

Z punktu widzenia zegarka, taka sobotnia wizyta w salonie to strata czasu. Zamiast wejść do fryzjera o konkretnej godzinie, usiąść na kilkanaście minut i już mieć temat z głowy (i to dosownie), będziesz musiał siedzieć i czekać. Mimo to, soboty cieszą się tam niesłabnącym wzięciem. Czy korzystają z nich „czasowi utracjusze” lub desperaci, którym nie udało się wyrwać kilkunastu minut na strzyżenie w tygodniu – zdecydowanie nie.  W soboty przychodzą Ci, którzy chcą złapać oddech w nieustannym biegu przez  życie, pozbyć się presji pośpiechu i doświadczyć przyjemności rozmowy z drugim człowiekiem, który tak samo jak oni nie będzie w tym momencie w biegu. Kiedy zwalniamy, zaczynamy zauważać innych ludzi, kiedy ich zauważymy budzi się w nas naturalna ciekawość człowieka: kim jest, co robi w życiu i jak do tego doszło, że znalazł się razem z nami w tym samym miejscu i czasie…

 Mądrość greków i tajemnica życia

Grecy zwykli często powtarzać „siga, siga” (tłum.  „powoli, powoli”) co ma oznaczać powoli, spokojnie, bez pośpiechu, bez nerwów. Jest to odzwierciedlenie ich, pozbawionego stresu i codziennego pędu, stylu życia.  Nie trzeba wybujałej wyobraźni, aby wyobrazić sobie jak wielki dysonans powstaje w sytuacji zderzenia ich kultury z zachodnim, nastawionym na tempo i wyniki, podejściem do dnia codziennego. Kiedy sfrustrowany mieszkaniec zachodniej Europy pomstuje na greckie podejście może usłyszeć najczęściej wypowiadane z przekąsem „wy macie zegarki a my mamy czas” i jest w tym wiele racji. Czas jest bowiem życiem a życie jest w sercu a nie zegarku i to miarą serca powinniśmy mierzyć jego upływ a nie minutami. Podświadomie doskonale zdajemy sobie z tego prawdę, ale robimy bardzo wiele, aby tego nie dostrzec. Czasami myślę, że nasze zegarki nie powinny odmierzać bezimiennych minut ale pokazywać czas w ciągu dnia, w którym poświęciliśmy pełną uwagę komuś innemu, czas w którym byliśmy szczęśliwi, który przeznaczyliśmy tylko dla siebie i w którym uśmiech był widoczny na naszej twarzy. Zamiast datownika powinno się znaleźć na cyferblacie miejsce na licznik dobrych słów, które powiedzieliśmy sami sobie oraz uczynków, które sprawiły przyjemność innym. To byłby doprawdy wartościowy pomiar czasu…

ciułacze czasu

Ciułacze czasu

Czy naprawdę jest istotne, czy na wizytę u fryzjera poświęciliśmy 20 minut, czy godzinę. Czy też ważniejsze jest to, czy ten czas spędziliśmy w miłej atmosferze, a fryzjer poświecił nam wystarczająco dużo uwagi.  Przy czym, wizyta u fryzjera to „pikuś” w porównaniu z innymi ważniejszymi w życiu sprawami jak odpoczynek, czas dla najbliższych, spotkania z przyjaciółmi i rozwijanie swoich zainteresowań. Kiedy brakuje nam czasu na zadania zaplanowane na dany dzień zaczynamy go podbierać z tych obszarów, które w danym momencie wydają się mniej istotne. Przyjaciele ze spotkaniem muszą poczekać na weekend, albo następny tydzień. Dzieci i najbliżsi muszą się zadowolić samą naszą obecnością, bo na rozmowy z nimi nie mamy teraz czasu. Pies musi się nauczyć, że zamiast trzech dłuższych spacerów, które służyły naszemu zdrowiu, od teraz będą tylko dwa krótkie „na siku” a ewentualnie ten wieczorny może zostać lekko wydłużony, jeśli lista zadań na to pozwoli. Sen – no tak, spać trzeba ale kto powiedział, że 6-8 godzin, przecież jak się człowiek zepnie to i 5 albo 4,5 zupełnie wystarczy.

Pod koniec dnia padnięci i przemęczeni padamy do łóżka dumni z tego ile udało się nam zrobić. Jeszcze tylko zanim odpłyniemy w objęcia Morfeusza nastawiamy zegarek na poranne budzenie, aby zerwać się z samego rana i nie marnując dnia pognać naprzeciw oczekującym nas zadaniom.  Jak się dobrze postaramy, to może skrócimy czas dotarcia do pracy o 15 minut, może urwiemy z lunchu 5 minut, w czasie spotkania z innymi jednocześnie odpiszemy na trzy inne maile albo SMS’y. Ludzi tak postępujących Michael Ende w swojej książce „Momo” określa ciułaczami czasu:

Wprawdzie ciułacze czasu ubierali się lepiej niż ludzie mieszkający w okolicy starego amfiteatru. Zarabiali więcej pieniędzy i mogli ich więcej wydawać. Jednakże mieli markotne, zmęczone albo zgorzkniałe twarze i oczy, w których nie było życzliwości. […] Nie mieli nikogo, kto umiałby ich tak słuchać, że stawaliby się dzięki temu mądrzejsi, skłonniejsi do zgody, a nawet pogodni. Ale nawet gdyby znalazł się ktoś taki w pobliżu, byłoby bardzo wątpliwe, czy kiedykolwiek odwiedziliby go – chyba, że można by to było załatwić w pięć minut. Inaczej byłby to czas stracony.

 […]Marzenia uchodziły w ich kręgach niemal za przestępstwo. Najgorzej jednak znosili ciszę. Bo w ciszy ogarniał ich strach, domyślali się bowiem, co dzieje się w rzeczywistości z ich życiem. Dlatego robili hałas, ilekroć groziła im cisza. Nie był to jednak wesoły zgiełk, jak na placu zabaw dla dzieci, lecz hałas wściekły i zły, który z dnia na dzień bardziej wypełniał miasto.

Jak się wydaje, nikt nie zauważył, że oszczędzając czas w rzeczywistości oszczędza coś zupełnie innego. Nikt nie chciał sobie uświadomić, że jego życie staje się uboższe, coraz bardziej jednostajne, coraz zimniejsze. Najdotkliwiej jednak odczuwały to dzieci, bo dla nich nikt nie miał czasu.

Życzę Wam, abyście nigdy nie stali się „ciułaczami czasu” i aby w chwilach kiedy podupadniecie na zdrowiu lub będzie potrzebowali wsparcia innych, był przy Was zawsze ktoś bliski i oddany a nie jedynie zimny i precyzyjny zegarek odmierzający czas bezimiennymi minutami.

filizanka_smallTekst pisałem rozkoszując się pyszną herbatę Rukeri z afrykańskiej Rwandy i w ten sposób dodając kolejną chwilę przyjemności do czasu mierzonego sercem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *