Archiwa tagu: działanie

Iluzoryczna siła kołka

Od zawsze fascynowała mnie słoniowa potęga. Fakt, że nierzadko 5 tonowy i wysoki na ponad 3 metry zwierz potrafi pędzić z prędkością 15 km/godz, a na krótkim odcinku może nawet przyśpieszyć do 35, budzą mój respekt. No i jeszcze ta trąba, tak silna, że słoń może nią unieść nawet całe drzewo. Można by powiedzieć, że to żywa forteca na 4 nogach, maszyna destrukcji zdolna zniszczyć i zdemolować niemal wszystko.  W dzieciństwie podziwiałem słonie hasające po wybiegu w Zoo i te występujące w cyrku. Muszę przyznać, że te drugie zawsze wydawały mi się jakieś dziwne, często z jakąś szmatką na głowie i frędzelkiem z niej zwisającym między oczami, stające na dwóch nogach na komendę i robiące sztuczki na rozkaz. Najdziwniejsze jednak było to, że widywałem je też pasące się przy namiocie cyrkowym, z łańcuchem na jednej noce, który odchodził od niewielkiego kołka wbitego w ziemię. No i teraz zagadka, jak taki mały kołek mógł zapobiec ucieczce takiego kolosa? Mógł, bo w jego siłę wierzył słoń!

Rafał Markiewicz - Life Factory - rozwój osobisty - siła kołka

Utrata wiary w siebie

Wychowywany od małego w cyrku słoń, od zawsze był przywiązywany do różnych kołków. Był pewnie czas, kiedy się szarpał i wyrywał próbując uwolnić. Pewnie trwało to wiele dni, a może i miesięcy. Jednak wtedy słonik nie był wystarczająco silny a kołek mocno siedział w ziemi. Przyszedł też pewnie ten dzień, który zaważył na dalszym życiu słonia. Dzień, w którym słonik uwierzył w swoją słabość i niemoc, uznając że kołek jest mocniejszy niż on. Tak spędził resztę swojego żywota, wierząc w to, że gruby stalowy łańcuch przymocowany do niewielkiego palika jest w stanie uwięzić go na zawsze. Najsmutniejsze w tym jednak jest to, że już nigdy nie zakwestionował swojej niemocy, nigdy nie podjął kolejnej próby swoich sił.

Nasze źródła niemocy

Niestety, z nami jest tak samo. Żyjemy uwiązani do dziesiątków kołków, które odbierają nam wolność działania. Wciąż wierzymy, że czegoś nie możemy, że coś jest nie dla nas a wszystko to tylko dlatego, że kiedyś, ktoś coś nam powiedział albo jakaś z naszych prób zakończyła się niepowodzeniem. Pewnie jak mały słonik mieliśmy ten dzień, kiedy uznaliśmy swoją niemoc i przyjęliśmy, że kołek jest silniejszy niż my. Teraz, kiedy jesteśmy dorośli i mamy więcej siły oraz życiowego doświadczenia nawet nie przyjdzie nam do głowy, aby go wyrwać.

A może jednak…, może warto podjąć jeszcze jedną z prób i sprawdzić, czy to co niby nieosiągalne, nie jest przypadkiem naszym mentalnym kołkiem.

filizanka_small   Pisząć ten tekst piłem pysznego Oolonga Ti Kuan Yin Oolong, zwanego Żelazną Boginią Miłosierdzia

Piekielna droga – czy Ty też masz wyzwania, których unikasz?

To było piękne lato 2007 roku. To wtedy pierwszy raz poczułem smaki i zapachy Krety oraz poznałem tamtejsze niekoniecznie najlepsze drogi. W pamięci szczególnie zapadła mi jedna z nich, pełna zachwycających widoków. Prowadziła z Rethymnonu, poprzez Śpiewający Wąwóz do Klasztoru Prevelli  a następnie do pięknej plaży z twierdzą Frangokastello, gdzie podobno w drugiej połowie maja o świcie, pojawiają się tzw. „Upiorni wojownicy”, czyli „Ludzie z rosy”. Stamtąd droga serpentynami wspina się na pasmo górskie Lefka Ori, aby w poprzek wyspy przebić się z powrotem na jej północne wybrzeże.

Rafał Markiewicz - Life Factory - rozwój osobisty - droga - wyzwania

Wybierając się w drogę zadbaj o odpowiedni dobór towarzyszy

Widoki były przepiękne, zapachy oszałamiające a woda ciepła i turkusowa. Nie wspominając już o genialnej pogodzie. To mógł być cudowny dzień, ale stał się najgorszym dniem w czasie całych wakacji. W tamtym czasie nie miałem prawa jazdy, ani pojęcia o prowadzeniu samochodu. Kierowca, z którym wybrałem się na wycieczkę, miał lęk wysokości, był panikarzem i nie potrafił panować nad swoimi nerwami. Przeklinał starając się przejechać jak najszybciej przez tak wąskie uliczki miasteczek, że samochody mijały się na nich omal nie ocierając lusterkami. Pomstował na brak barierek ochronnych, na górskich drogach, które czasami zakręcały o 180 stopni. Był przerażony, że jedziemy samochodem z silnikiem o pojemności 1.1, bo według niego siła silnika mogła być za mała w sytuacji kiedy będziemy musieli zatrzymać się w czasie podjazdu pod stromą górę i następnie ruszyć z ręcznego. Tłumaczył mi, że w takiej sytuacji możemy się stoczyć samochodem do tyłu w jakąś przepaść. Uspokoił się dopiero na szerokiej plaży z ciepłą płytką wodą koło twierdzy Frangokastello. W tym wyciszeniu pomogła mu mapa, która pokazała, że to już koniec tak wąskich dróg.  Nie zauważył jednak tego, co ja dostrzegłem na tej mapie, ale na wszelki wypadek profilaktycznie milczałem.

Był to pełen serpentyn podjazd (oczywiście bez barierek zabezpieczających) i ze zniszczoną nawierzchnią, który miał nam pozwolić wjechać na pasmo gór Lefka Ori. Kiedy pod niego podjechaliśmy mój kierowca zbladł, wystąpiły na niego zimne poty i stwierdził, że nie da rady podjechać tą drogą. Chciał zawracać, ale wtedy przypomniały mu się te wszystkie wąskie drogi i przesmyki, które już pokonał. Trzęsąc się jak galareta i wieszcząc naszą niechybną śmierć, zdecydował się jednak wspiąć na to pasmo górskie. Od samego początku modlił się tylko o to, aby z góry nie jechał żaden autobus, bo ledwo wyrobiłby się na wąskich zakrętach o 180 stopni a my musielibyśmy stanąć pod górę na ręcznym, aby go przepuścić. Los jednak nie był łaskawy i w połowie drogi spotkaliśmy się z autobusem. Nie dość, że musieliśmy stanąć na ręcznym pod górkę, to kierowca autobusu pokazał nam jeszcze, że musimy się trochę cofnąć (czyli stoczyć), bo on ma za mało miejsca. Mój kierowca zaczął histerycznie krzyczeć i oświadczył, że na bank zginiemy na tej kreteńskiej drodze. Mimo to, jakimś cudem wykonał wszystkie konieczne manewry i bez osunięcia w przepaść ruszyliśmy w kierunku hotelu. W tej całej sytuacji najgorsza była moja niemoc działania, która tylko potęgowała mój strach. Byłem zamknięty w małym metalowym samochodzie, zdany na rozhisteryzowanego i przerażonego kierowcę, który wieszczył nam rychłą śmierć.

Po przyjeździe do hotelu wypiłem duszkiem dwa piwa i mamrocząc pod nosem tekst z Władcy Pierścieni:

„Droga jest zamknięta,
Zbudowali ją Ci którzy są umarli
I umarli będą jej jedynymi panami…”

obiecałem sobie solennie, że już nigdy nią nie pojadę.

Rafał Markiewicz - Life Factory - rozwój osobisty - droga - wyzwania

Bój się, ale podejmuj wyzwania

7 lat później ponownie znalazłem się na Krecie w moim ulubionym mieście Rethymnon.  Tym razem, byłem tu z moją drugą połową i prawem jazdy w kieszeni. Kreta to wyspa, którą genialnie zwiedza się samodzielnie wynajętym samochodem, ponownie więc skorzystałem z tego sposobu. Cały czas miałem w pamięci piękne widoki  i plaże na trasie między Preveli a Frangokastello, pamiętałem jednak także o wszystkich wąskich i krętych drogach oraz przerażającym podjeździe na pasmo górskie. Kiedy jednak kogoś kochasz, chcesz mu pokazać wszystko to co najpiękniejsze. Ustaliliśmy z moją drugą połową, że się boję, że nie wiem jak będzie, ale mimo to podejmę próbę przejazdu tą trasą. W zaplanowanym dniu wycieczki byłem przerażony a żołądek ze strachu wywijał mi się na drugą stronę. Próbowałem trzymać fason a chwilami, w najurokliwszych miejscach, zapominałem nawet o tym co mnie czeka dalej. Na wąskich odcinkach drogi głęboko oddychałem, żeby się uspokoić a na ostrych zakrętach mówiłem na głos co robie: „hamulec, redukcja biegu, skręt i lekko gaz…”. Tak o to, bez większych problemów dotarliśmy do ruin fortecy Frangokastello przy jednej z moich ulubionych plaż na Krecie. Pławiłem się i brykałem w płytkiej i ciepłej morskiej toni ciesząc się obecną chwilą, ale odległy o kilku kilometrów szczyt góry, na który będę musiał wjechać, nieuchronnie budził poczucie strachu. Wreszcie klamka zapadła, jedziemy już prosto w kierunku podjazdu.  Jeszcze tylko górka, jeszcze tylko zakręt i naszym oczom ukazała się…  wyremontowana i poszerzona droga z barierkami ochronnymi prowadząca na szczyt gór. Podjazd nadal był stromy i bardzo kręty, ale komfort jazdy znacznie odmienny od tego co zapamiętałem sprzed paru lat.

Do hotelu wróciłem wykończony i szczęśliwy, że podjąłem wyzwanie. Uświadomiłem sobie, że przez lata żyłem przeszłymi wyobrażeniami, które były na tyle silne, że nawet nie dopuściłem do siebie myśli, że sytuacja na miejscu mogła już ulec zmianie.

Najważniejsze jednak, że zrozumiałem, iż jeśli mierzysz się z jakimś wyzwaniem zawsze należy siadać za kierownicą. Możesz się bać, masz prawo o tym mówić i czuć wszystkie symptomy strachu, ale mimo to, przejmij kontrolę nad sytuacją w takim zakresie, w jakim to możliwe. Pozycja pasażera i liczenie, że ktoś inny nas przez tą sytuację „przewiezie” to złudne poczucie bezpieczeństwa i gwarancja braku satysfakcji z samodzielnego pokonania przeciwności.

Zastanów się teraz, co jest Twoim podjazdem pod Lefka  Ori?

filizanka_small   Tekst powstawał w towarzystwie dodającej mocy i zdrowia Herbaty Górskiej z Gojnika

Czy wytrwałość to cnota?

Tytułowe pytanie, na pierwszy rzut oka zdaje się być pytaniem czysto retorycznym. Oczywistym jest przecież, że jeśli ktoś chce osiągnąć jakiś cel w życiu, sporcie czy pracy to musi być wytrwały w dążeniu do jego realizacji. Problem powstaje jednak w momencie kiedy wytrwałość za wszelką cenę powoduje u nas znaczne wyższe koszty, niż przewidywane zyski z realizacji celu.

Rozwój osobisty - wytrwałość

Dumny bo wytrwały

Często jesteśmy dumni ze swojej wytrwałości i z ochotą opowiadamy jakie to przeszkody udało nam się już pokonać i przetrwać w drodze do celu. Opowieści te zapewniają nam podziw otoczenia i idealnie karmią nasze ego.  Bywa, że i nabijamy się z tych co nie wytrwali, odpadli i dali za wygraną. Nigdy jednak nie słyszałem doprecyzowania „komu” dali za tą wygraną. Kto w takich sytuacjach jest zwycięzcą w wymiarze osobistym tamtych ludzi – los, problem czy jeszcze coś innego?

Tak już mamy, że powtarzamy często jakieś kalki i schematy kulturowe nie zastanawiając się nad ich sensem i z tym właśnie przypadkiem mamy do czynienia w tej sytuacji. Od małego jesteśmy uczeni, że ten który się poddaje jest nieudacznikiem i tak traktujemy takich ludzi. Tymczasem wiedza o tym, w którym momencie należy zrezygnować  i odpuścić, jest bardzo ważną umiejętnością życiową, często gwarantującą sukces lub chroniącą nas przed tym, aby przeżyć dumne…,  ale nieszczęśliwe życie.

Często powtarzanym cytatem Winstona Churchilla jest „Nigdy się nie poddawaj”, gdy tymczasem w pełnej wersji brzmi on „Nigdy się nie poddawaj, chyba że to nie ma sensu”

Refleksja – roztropna siostra wytrwałości

Kiedy realizujesz cel po trupach, zaciskasz zęby i wytrwale przesz do góry bez oglądania się na swoje zdrowie, rozpadające się relacje z najbliższymi i brak zadowolenia z życia jesteś na najlepszej drodze, aby zostać samotnym zwycięzcą. Ten moment kiedy wejdziesz na szczyt i uniesiesz ręce w geście zwycięstwa z pewnością będzie cudowny. Jednak ten następny, w którym zorientujesz się, że jesteś sam, że nikt nie świętuje zwycięstwa razem z Tobą a tak właściwie to samo osiągnięcie celu nie uczyniło Cię szczęśliwszym może być bardzo dołujący. Wtedy pytanie, czy Ci co odpuścili wcześniej, faktycznie są przegranymi może boleśnie uświadomić prawdziwy obraz sytuacji.

To czego potrzebujemy w życiu, to oprócz wytrwałości również refleksja. Warto czasami się zatrzymać i zadać sobie pytania: czego chcę od życia, co ja tu robię na tym świecie i najważniejsze, czy jestem szczęśliwy tu gdzie jestem i w tym, w czym jestem. Zdarza się bowiem tak, że cel wyznaczony jakiś czas temu był naszym celem aktualnym na tamte czasy, a obecnie nie jest już zgodny z tym czego szukamy w życiu. Powstaje zatem pytanie po co go realizować?

Chciałbym, żeby każdy człowiek miał szansę kiedyś stać się sławnym i bogatym oraz żeby kupił wszystko o czym marzył – bo tylko w ten sposób zrozumie, że nie taki jest cel życia. — Jim Carrey

rozwój osobisty - refleksja

Odwaga odpuszczenia

Nie jest łatwo odpuścić sobie realizację jakiegoś celu. Wbrew pozorom podjęcie takiej decyzji wymaga niejednokrotnie więcej energii i odwagi niż trwanie w dotychczasowej wytrwałości do jego realizacji. Powoduje bowiem konieczność tłumaczenia się przed rodziną, przyjaciółmi i współpracownikami. Da nam też popalić z pewnością nasze ego, które uruchomi rozszalałego wewnętrznego krytyka, który będzie nam wciskał, że skoro odpuszczamy to jesteśmy do niczego.

Tymczasem rezygnacja nie jest jakąś wstydliwą ostatecznością, a pełnoprawną możliwością spojrzenia na to co robimy i jak żyjemy z innej perspektywy. Może nie warto trwać w dotychczasowym związku, kiedy ten nas wyniszcza i wypala a jakiekolwiek uczucia i namiętność zostały lata świetlne za nami. Może nie warto na siłę trzymać się menadżerskiego stołka, skoro zarządzanie nie daje nam satysfakcji a tęsknimy za bezpośrednim kontaktem z klientem.

Niestety, wielu z nas woli wybrać to co znane choć niefajne, niż zdecydować się na diametralną zmianę w życiu i zacząć coś od nowa. Jest to jednak prosta droga do jedynie życiowej egzystencji a nie prawdziwego życia. Pojawiamy się na tym świecie na nie tak długo, zatem chyba warto lepiej wykorzystać ten czas.

Ludzie wolą popadać w depresję albo płacić za zaangażowanie  przepracowaniem, byle tylko niczego nie zostawić. Byle wszyscy myśleli: „Ten jest wytrwały, nigdy się nie podda”

Finalne ostrzeżenie

Pamiętaj jednak, aby w tym wszystkim odróżnić zmęczenie i chwile zniechęcenie trudnościami w realizacji jakiegoś celu, od samego braku satysfakcji z osiągnięcia celu. Jeśli jakiś cel jest dla Ciebie ważny i jego osiągnięcie da Ci spełnienie bądź wytrwały i walcz dzielnie pamiętając o tym, że pojawiające się trudności są najlepszy dowodem na to, że jesteś na właściwej drodze i działasz.

filizanka_small Przy pisaniu tekstu towarzyszyła mi niezwykła zielona herbata „Moc Combucha” o wyraźnym aromacie brzoskwini z dodatkiem m.in. marchewki i herbacianego grzybka Combucha

Świat Ci sprzyja

Wielu z nas przeżywa swoje życie czekając na jakąś wyjątkową szansę, która niespodziewanie nam się przytrafi lub „spadnie z nieba”. Niestety, w tym stanie biernego oczekiwania można dotrzeć do kresu swoich dni i żegnać ten świat z grymasem rozczarowania na twarzy oraz poczuciem wielkiej niesprawiedliwości. Pozostaje jednak pytanie, czy powinniśmy być rozczarowani życiem czy samymi sobą.

Rozwój osobisty - szansa

Zapoluj na szansę

Paul Arden, nieżyjący już słynny dyrektor agencji Sati&Sati mawiał „Nie szukaj następnej okazji. To, co masz w rękach, to właśnie twoja okazja.”. Prawdziwość jego słów potwierdza wiele start-up’ów, które rozwijają się niejednokrotnie na bazie prostych pomysłów ułatwiających nasze życie. Czasami kiedy patrzymy na to co wymyślili, to prostota tego pomysłu nasz poraża i dziwimy się, że nikt inny nie wpadł na to wcześniej. Pamiętam np. firmę, która produkuje małe śmietniczki na gumy do żucia instalowane na słupach w jednym z miast. Co ciekawe śmietniczki te są produkowane z gum do żucia zebranych z ulic. Czyli firma pozyskuje surowiec do ich produkcji zupełnie za darmo, przy okazji czyszcząc miejskie chodniki, z czego zadowolone są władze miasta. Te same władze miasta następnie płacą tej firmie kupując od niej kolejne śmietniczki, które instalują na słupach, aby ustrzec się zaśmiecania chodników gumami i ograniczając tym samym koszty związane z czyszczeniem ulic.  Biznes się kręci a każdy niewychowany mieszkaniec tego miasta wypluwający gumę na chodnik jest darmowym dostawcą surowca do produkcji. To prosty i banalny przykład biznesu, ale wiele start-up’owych firm zajmuje się znacznie bardziej skomplikowanymi i innowacyjnymi rozwiązaniami.

Nie jest  zresztą ważne czy te rozwiązania są proste, czy skomplikowane. Ważny jest natomiast fakt, że ich twórcy wpadli najczęściej na swoje rozwiązania patrząc na jakiś problem w niestandardowy sposób. To właśnie wyłamanie się ze sztampowego myślenia i podejście do problemu od innej strony stanowiło o ich sukcesie. Sukcesie, który przytrafia się nielicznym, bo tylko nieliczni są gotowi pójść inna drogą niż wszyscy, myśleć wbrew ustalonym zasadom i regułom. Hołdują oni zasadzie głoszonej przez Tomasza Edisona, że problem to szansa w stroju roboczym. Szukają zatem szans, właśnie tam, gdzie jest trochę trudniej niż zazwyczaj i mniej pewnie, bo tam konkurencja jest najmniejsza.

 Tajemnica siły „Sekretu”

„Sekret” to tyłu popularnej książki, ale także i filmu (link do filmu), które mają tak samo dużo zwolenników, jak i zagorzałych przeciwników. Uproszczając, ich przekaz ogranicza się do „prawa przyciągania” – jeśli czegoś pragniesz, myślisz o tym i wyobrażasz to sobie, to wysyłasz do świata sygnał, na który ten wcześniej czy później pozytywnie odpowie. Jak mówi jeden z bohaterów tego filmu „myśli, stają się rzeczami”.

rozwój osobisty - szansa

Przyznaję, brzmi to mocno fantastycznie i dla wielu osób może być niemożliwe do przyjęcia. Znam też wielu takich, którzy potraktowali ten przekaz zbyt dosłownie, tzn. totalnie nic nie robili tylko wyobrażali sobie że są bogaci, mieszkają w luksusowych willach, jeżdżą wypasionymi samochodami i pławią się w luksusach. Cóż, do dziś klepią biedę wysyłając w świat swoje iluzoryczne sygnały i czekając, aż prawo przyciągania zadziała.

Tymczasem, jeżeli coś w tej teorii działa, to wiara w to, że świat nam sprzyja. Jeżeli uważasz, że świat/życie jest twoim sprzymierzeńcem i nie musisz z nim walczyć każdego dnia, z łatwością otwierasz się na potencjalne szanse i możliwości. Zaczynasz dostrzegać oczywiste znaki, obok których inni przebiegają obojętnie. Udowodnił to w swoim eksperymencie brytyjski psycholog Richard Wiseman, który postanowił zbadać, dlaczego jedni w życiu mają szczęście, a drudzy są wiecznymi pechowcami.

W jednym ze swoich eksperymentów podzieli uczestników na „szczęściarzy” i „pechowców”. Przy czym nie badał jak faktycznie wygląda ich życie, tylko bazował na ich deklaracjach. Wszyscy uczestnicy otrzymali to samo zadanie – policzyć zdjęcia w otrzymanej gazecie. „Pechowcom” zajęło to średnio 2 minuty, natomiast „szczęściarze” kończyli zadanie średnio w 2 sekundy.

Na czym polegał trick? Na drugiej stronie gazety zamieszczono ogłoszenie na pół strony z literami wysokimi na 4 cm, które brzmiało „Przestań liczyć, w tej gazecie są 43 zdjęcia” – żaden z „pechowców” go nie zauważył. Czy faktycznie mieli pecha? Nie, ale testy osobowościowe wykazały, że byli bardziej spięci. Według Wisemana, to właśnie niepokój był jedną z przyczyn powodujących u „pechowców” zaburzenie zdolności spostrzegania nieoczekiwanych informacji. Osoby spięte charakteryzują się tym, że mają ograniczone pole uwagi, na skutek czego nie dostrzegają pojawiających się wokół nich szans i możliwości. „Pechowcy” byli też mocno skupieni na celu w przekonaniu, że muszą walczyć z przeciwnościami aby go zrealizować. Nie rozglądali się zatem na boki i nie dostrzegali szans, które się pojawiały. Nie zauważyli też kolejnego ogłoszenia umieszczonego w połowie gazety: „Przestań liczyć, jeśli powiesz osobie przeprowadzającej eksperyment, że właśnie to przeczytałeś, wygrasz 250 dolarów”.

Tymczasem „szczęściarze” przekonani, że los im sprzyja byli bardziej wyluzowani, otwarci i elastyczni. Dzięki czemu z łatwością wyłapywali wielkie ogłoszenie, nie będące zdjęciem ale zawierające kluczową informację o liczbie zdjęć w tej gazecie.

Uwierz zatem w to, że świat i życie Ci sprzyjają a następnie otwórz się na otaczające Cię szanse i możliwości. Jeśli je dostrzeżesz, podążaj za nimi śmiało i odważnie.

filizanka_small  Ten tekst pisałem w towarzystwie energetyzującej Mate Beduin, aromatycznej mieszanki, w której Yerba łączy się z miętą Nana, eukaliptusem a całości dopełnia słodka nuta karmelu.

„Ma to sens” i łatwiej żyć

Kilkanaście miesięcy temu postanowiłem dokonać ciekawego eksperymentu. Założyłem, że wszystko co mnie spotyka ma swój sens, niezależnie od tego czy jest zgodne z tym co planowałem, czy też nie. Nie będę ukrywał, że dla mnie, urodzonego perfekcjonisty, było to początkowo niezłym wyzwaniem. Dzisiaj natomiast, nie potrafię już żyć inaczej.

Rozwój osobisty - sens

  1. Mam plan, czyli iluzja kontroli

Wielu z nas, a szczególnie dotyczy to menadżerów, lubi mieć listę spraw do załatwienia, terminarze z umówionymi spotkaniami oraz wszelkiego rodzaju harmonogramy projektów i innych działań. Mniej zorganizowani, choć wszystkiego nie listują i nie harmonogramują, to też w swoim życiu niejednokrotnie stawiają na plany. Kto z nas, nie sprawdzał  w Google maps lub na zwykłym rozkładzie jazdy autobusów ile czasu zajmie mu dojazd z miejsca A do B. Kto z nas się nie wkurzał, kiedy nagle okazywało się, że czas tej drogi jest jednak dłuższy. No właśnie, dłuższy od czego? Najczęściej, od potencjalnego czasu, w sytuacji gdyby wszystko na drodze przebiegało idealnie, a jak wiadomo rzadko się to zdarza.

W takich sytuacjach, jak powyższa, najczęściej zaczynamy kalkulować straty. Czego nie zdążę zrobić, na ile źle wypadnie to, że przyjdę spóźniony itp. itd.  Czy te kalkulacje coś zmieniają, poza podkręcaniem naszej złości – nie! Czy stojąc w korku, bo jest tak duży ruch na drodze, albo jakiś wypadek możemy jakoś wpłynąć na tę sytuację – raczej nie! Czy wyrzucając sobie, że znowu „daliśmy ciała”, „jesteśmy do niczego” itp. coś poprawiamy, ulepszamy – nie!

Jeśli przyjmiemy, że zmieniać możemy to na co mamy wpływ, a na powyższą sytuację wpływu nie mamy i zamiast kalkulowania start uruchomimy ciekawość zysków, cała sytuacja może nam się jawić w zupełnie nowej odsłonie. Może ten korek, to sygnał od losu, aby trochę wyluzować i spowolnić – właśnie zyskaliśmy parę minut dla samych siebie. Może to czas na refleksję odnośnie rutyny w życiu, np. skoro się już spóźnię to jakoś to mojej drugiej połowie wynagrodzę – niespodziewane kwiaty, nieplanowane wcześniej wieczorne wyjście na kolacje. Może to czas, aby zadzwonić do rodziców lub przyjaciół, z którymi dawno nie mieliśmy kontaktu. Tylko błagam nie róbcie tego w środkach komunikacji miejskiej. Współpasażerowie nie chcą wiedzieć kogo kochacie, kto z kim się zdradza, która znajoma jest głupia, który kumpel się upił i że dziecko sąsiadki ma półpaśca.

  1. Sens, którego nie widać

W powyższej sytuacji łatwo było znaleźć potencjalne zyski a co w sytuacji, kiedy coś sobie łamiemy, dopada nas jakaś choroba, mamy wypadek, tracimy pracę, rozpadają nam się związki lub umiera ktoś bliski. Ciężko wtedy uruchamiać ciekawość, a gdyby nawet się udało, to jaki tu znaleźć sens, że o pozytywach nie wspomnę.

Współczesna kultura i wszechobecna cyfryzacja przyzwyczaiły nas do natychmiastowej gratyfikacji. Tymczasem w życiu, efekty są niejednokrotnie odsunięte w czasie. My natomiast nie lubimy czekać i natychmiast odpalamy film „A mogło być tak wspaniale” i liczyć straty. Interesujące jest to, że prawie nigdy nie włącza nam się film „ A mogło być tak źle”, chociaż oba są tak samo prawdopodobne.

Rozwój osobisty - sens

Ja lubię wierzyć w to, że jeżeli nawet teraz nie dostrzegam sensu danej sytuacji, to pewnie stanie się on dla mnie widoczny za jakiś czas. Tak było z kursem StartUP Coaching. Kolejne terminy jego uruchomienia przesuwały się w czasie. Kiedy stało się to już trzeci raz byłem wściekły. Dwa zjazdy w ramach tego kursu idealnie wpasowywały mi się w wolne weekendy. Kiedy jednak za dwa miesiące nadszedł jeden z nich, moja druga połowa (chorująca już prawie rok) poczuła się na tyle dobrze, że kilka dni wcześniej została wypisana ze szpitala. Szczęśliwi spędziliśmy ten weekend razem, spacerując i robiąc wspólne zakupy. Poniedziałek, który po nim przyszedł… przyniósł śmierć. Do tej pory, nie potrafię sobie wyobrazić, jak bym się czuł, gdyby się okazało, że zamiast tego wspólnego weekendu, spędziłbym cały ten czas na szkoleniu w innym mieście. To zresztą chyba był ten moment, w którym postanowiłem już więcej nie przeklinać losu. Zrozumiałem bowiem, że coś co mnie dziś wkurza i czego nie rozumiem, może mi się przysłużyć w przyszłości.

Skoro o śmierci wspomniałem, to powstać może pytanie o to jaki ona może mieć sens w danym momencie. Czemu mogła się zdarzyć teraz, a nie później. Czasami po to, aby ulżyć w męce choremu, ile to już razy słyszałem „już się nie męczy”. Czasami po to, aby ulżyć bliskim, bo opieka nad chorym potrafi zabrać całą energię życiową innych osób i nie łudźmy się, często chory jest również świadomy jakim bywa obciążeniem dla bliskich. Czasami po to, aby już nikt się męczył. Pierwszym moim odruchem, na śmierć drugiej połowy, była wściekłość i żal do losu, że tym razem nie udało się jej zapobiec. W głowie odpalił się film „A mogło być tak wspaniale” – no bo przecież wyniki się poprawiały, sił przybywało i szpital już nie był konieczny. Dopiero po kilku dniach odważyłem się uruchomić film „A mogło być tak źle”. Wizja sparaliżowanej najbliższej osoby, zawieszonej gdzieś między życiem a śmiercią, skazanej na podłączenie do aparatury do końca życia i całkowicie uzależnionej od innych pomogła mi zrozumieć, że śmierć nie była tym najgorszym co mogło nas spotkać.

Choć to może dziwnie brzmieć, jestem też wdzięczny losowi za mój wypadek samochodowy na autostradzie. Samochód był do kasacji, a ja wyszedłem z tej sytuacji bez najmniejszego draśnięcia. Od tamtej pory jednak, już nigdy nie usiadłem za kierownicą samochodu, aż tak zmęczony jak wtedy. Całe zdarzenie jednak mogło by wyglądać inaczej, gdybym zamiast w autostradową barierkę, wjechał w przystanek pełen ludzi. Wierzę w to, że los zadbał w ten sposób o to,  abym stał się bardziej świadomym i odpowiedzialnym kierowcą.

  1. Nie trać energii – strategia kota

Powyższe nie jest nawoływaniem do „ślepego” hurraoptymizmu. Powiem więcej, wręcz zachęcam Was, aby w pierwszym odruchu na sytuację która Was wkurza, siarczyście sobie zakląć lub nawet się wywrzeszczeć (tylko nie na kogoś). Czasami dobrą opcją będzie również wypłakanie. Każde z tych działań, pozwoli nam się pozbyć z organizmu nagromadzonej złości i stresu. Gdyby w nas zostały, będą nas spalać od środka.

Kiedy już się emocjonalnie rozładujemy i stwierdzimy, że i tak nie mamy istotnego wpływu na daną sytuację . Wtedy proponuję zastosować strategię kota, o której na jednym ze swoich szkoleń opowiadał Wojciech Eichelberger:

„Jak kot nie złapie myszy, to się nie stresuje, że jest do dupy kotem. Nie idzie do kąta i nie zastanawia się co pomyślą sobie inne koty, albo myszy. Tylko myśli: nie udało się, głodny jestem – to się zdrzemnę i zregeneruję, aby potem być skutecznym łowcą.”

filizanka_small Tekst napisany w towarzystwie subtelnej mieszanki białej i zielonej herbaty Soczyste Winogrona

Zerwij grzechotkę, czyli uaktywnij mózg

Kiedy się rodzimy jesteśmy zupełnie nieporadni. Nasze ruchy są nieskoordynowane a próba zapanowania nad jakąkolwiek częścią ciała jest w pierwszym okresie naszego życia skazana na porażkę. Jako jedyny z gatunków rodzimy się bez genetycznie zapisanych wzorców ruchowych. Z jednej strony to problem, bo np. na opanowanie chodzenia potrzebujemy wielu miesięcy (młode antylopy Gnu potrzebuje jedynie kilku minut aby zaczęło chodzić i tylko dwóch godzin aby zaczęło biegać), z drugiej strony daje nam to potężne możliwości rozwojowe. Możemy nauczyć się praktycznie dowolnego ruchu i dowolnych sposobów przemieszczania.

Rozwój osobisty - Life factory - ruch

Nowy ruch, lepszy mózg

Nauka koordynacji ruchowej i panowania nad ciałem to idealne bodziec dla rozwoju naszego mózgu. Wyobraź sobie niemowlę leżące w łóżeczku, nad którego głową wisi grzechotka.

Po pierwsze – są spore szanse na to, że ma już duży problem tylko ze skupieniem wzroku na grzechotce. U wielu niemowląt występuje zez i nie jest to niczym nadzwyczajnym. Po prostu mięsnie gałek ocznych bywają jeszcze słabe i nie koordynują ruchów oczu.

Po drugie – niemowlak musi nabrać świadomości ściskania i otwierania dłoni. Jednak jak wiemy panowanie tylko nad dłońmi,  to jeszcze daleka droga do tego aby skoordynować je z unoszeniem przedramienia, obracaniem ręki itd. Kontrola nad ciałem i mięśniami bierze się stąd, że przez nasz układ nerwowy płyną impulsy, które są odbierane przez mózg i tam łączone w pewne sekwencje, które zamieniają się w określony ruch. Niemniej jednak, aby taki sygnał przepłyną przez układ nerwowy, umiejscowione w naszym ciele neurony muszą zbudować siatkę połączeń między nimi. Mega upraszczając można powiedzieć, że neurony ze wszystkich palców muszą się połączyć z neuronami w dłoni, te następnie zbudować połączenie z neuronami znajdującymi się nadgarstku, przedramieniu, łokciu, ramieniu, barku itd. Wraz z rozwojem siatki neuronów rozwija się również nasz mózg.

Rozwój osobisty - Life factory - neuron, mózg

Po trzecie – kiedy niemowlak będzie potrafił skupić wzrok na grzechotce i jako tako panować nad swoją ręką musi teraz jeszcze dokonać nie lada wyczynu. Połączyć sygnały z oczu i ręki a następnie zlokalizować grzechotkę w przestrzeni, tak aby ręka wiedziała jak ma się poruszać, aby trafić w punkt (grzechotka), na którym skupiony jest wzrok. Przypomina to trochę dokowanie rakiety transportowej do stacji kosmicznej w ogromnej przestrzeni bezkresnego kosmosu.

Oczywistym jest, że wszystkie powyższe czynności wymagają wielu prób i nie dzieją się w ciągu jednego dnia. Każdy, kto ma dzieci pewnie niejednokrotnie obserwował jak jego potomstwo nieustępliwie podejmowało dziesiątki, albo i steki prób w celu opanowania jakiegoś ruchu. Kiedy mu się to już udało, powtarzało go w nieskończoność. Znajoma, której syn pierwszy raz trzymając się barierki wspiął się na stopień naliczyła, że powtórzył ten ruch wchodzenia i schodzenia 79 razy. Czemu to robił, bo mózg i neurony musiały utrwalić ten ruch i dopracować koordynację.

Wiem i umiem, znaczy się NIE rozwijam

Wraz z nastaniem w naszym życiu dorosłości, bardzo często przestajemy uczyć się nowych rzeczy a tym bardziej ruchów. Zasadniczo wystarcza nam wachlarz ruchowy, którym już dysponujemy. Łącząc znane nam ruchy, w różnych konfiguracjach potrafimy sobie poradzić z większością sytuacji spotykanych w życiu. Przestajemy uczyć się czegoś nowego, a tym samym nie rozbudowujemy naszych połączeń nerwowych. Często nie będąc świadomymi, że dotychczasowe zaczynają zanikać. Mówiąc obrazowo, nie staramy się już zerwać nowej grzechotki.

Częsty obrazek z życia dorosłych, to te same powtarzalne czynności w pracy, powrót z pracy do domu i odpalenie telewizora, w który wpatrujemy się aż do snu. Ciało leży na kanapie lub zapadło się w fotelu, nie otrzymując żadnych impulsów. Nasz mózg również nie angażuje się zbytnio w obrazy na ekranie telewizora, jedynie chłonąc je bezrefleksyjnie. Zostajemy pochłonięci iluzją życia, bo zamiast samemu żyć, zaczynamy się identyfikować z bohaterami seriali lub telenowel. To oni wciąż mierzą się z czymś w życiu, co rusz zrywając kolejną przysłowiową grzechotkę znad głowy. My w tym czasie, wciąż tkwimy prawie nieruchomo na swoich „legowiskach”.

Rusz się i pobudź mózg

Jeżeli chcesz opóźnić symptomy starości oraz odwlec w czasie niezbyt miły kontakt z chorobą Alzheimera lub Parkinsona pobudzaj swój mózg. Możesz uczyć się nowych rzeczy, znajdować nowe hobby – to też go rozwija.

Najbardziej efektywna będzie jednak stymulacja mózgu za pomocą nauki nowych ruchów. Nie musi to być nic wielkiego, np. nauka mycia zębów lewą ręka dla osób praworęcznych. Można jednak połączyć tę stymulację z dobrą dla naszego zdrowia aktywnością fizyczną. Ostatnio na alejce parkowej minęła mnie para rozbawionych pięćdziesięciolatków na rolkach. Ewidentnie było widać, że to ich pierwsze kroki.

Rozwój osobisty - Life factory - joga, yoga

Jeżeli dla Ciebie rolki to ekstremum, zapraszam na jogę. Kiedyś byłem przekonany o swojej dobre koordynacji ruchowej i orientacji przestrzennej – zajęcia jogi bardzo szybko wyprowadziły mnie z błędu. Kiedy moje ciało musiało ustawić się w nieznanych pozycjach a mój mózg nauczyć się koordynować jednocześnie np. dociskanie stopy przedniej nogi do maty z napięciem uda w tylnej nodze i do tego odpowiednio oddychać bywało „gorąco”.  Zresztą bardzo często kiedy uczymy się nowej pozycji, najpierw próbujemy ją jakoś niezdarnie wykonać a następnie nasza nauczycielka mówi, abyśmy dali moment naszemu mózgowi na przetworzenie wszystkich informacji i wyobrażenie sobie układu ciała w danej pozycji. Czasami aby nam wyszło, musimy podjąć wiele nieudanych prób, niczym leżący w łóżeczku niemowlak, który szykuje się do zerwania dyndającej nad jego głową grzechotki.

filizanka_small Ten tekst pisałem popijając, nasypaną do kubka lewą ręką,  pyszną herbatę Lahidżan z Iranu

Kiedy jest za dobrze, to jest źle…

Często marzymy o tym, aby w naszym życiu wszystko idealnie się układało. Była praca, która daje dobre pieniądze i satysfakcję. Lokum – odpowiednio duże, wygodne i w dobrej lokalizacji oraz ktoś obok, kto wesprze, pocieszy albo fajnie spędzi z nami czas. Zero stresów, zero problemów – po prostu raj. Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że to najprostsza droga do tego, aby „umrzeć” za życia.

zmiany oznaczają rozwój

Króliczy raj

Do napisania tego tekstu skłonił mnie film Bartka Konopki i Piotra Rosołowskiego „KRÓLIK PO BERLIŃSKU”. Opowiada on historię dzikich królików, które kiedyś żyły na Placu Poczdamskim w Berlinie. Zaraz po wojnie miasto to było w ruinie, a jednym z najbardziej dokuczliwych problemów był  brak żywności. Ludzie, aby przeżyć na Placu Poczdamskim zakładali grządki i pola uprawne, które wabiły również wygłodniałe króliki z całego miasta. Oczywiście ludzie chronili swoje uprawy zabezpieczając je siatkami, które nie dopuszczały królików. Jednak pewnego dnia, w życiu królików, wydarzyło się coś niespodziewanego. Zostały one, wraz z pasem ziemi, na którym żyły odizolowane od ludzi. Początkowo zasiekami a potem grubym porządnym murem, przez który nie mógł przejść ani człowiek, ani inny niebezpieczny dla królików zwierz. Co więcej, choć po obu stronach pasa ziemi stał mur berliński, na którym aż roiło się od żołnierzy z bronią, nikt nie strzelał do królików w obawie o rozpętanie konfliktu zbrojnego. Tak oto nastał czas idylli i powstało wymarzone miejsce do króliczego żywota. Jedzenia w bród, bark niebezpiecznych drapieżników i innych zagrożeń. Z czasem efekt tego stanu stał się bardzo wyraźny: „Szczęśliwe zwierzęta nie musiały nic robić. Mając to czego pragnęły, zaczęły sprawiać wrażenie jakby otaczający świat przestał je interesować. Stopniowo popadały w bierność i apatię”. Gdyby nic się nie zmieniało, ten stan trwałby nieprzerwanie a króliki mogłyby być tylko bardziej bierne i apatyczne. Jednak natura nie znosi braku zmian i tak też było w tym przypadku. Obalenie muru, zburzyło wieloletni rozdział idealnego świata królików od rzeczywistego świata. Na ich teren wtargnęli ludzie, drapieżniki i miasto. Bierne i apatyczne króliki były zupełnie nieprzygotowane na taki obrót sprawy. Zatracony instynkt i brak umiejętności przetrwania w trudnych i niebezpiecznych sytuacjach doprowadził do zagłady króliczej populacji z poczdamskiego placu.

Szlachetne utrudnianie

Film miał być analogią do zniewolonego przez system komunistycznego społeczeństwa. Niesie jednak za sobą uniwersalne przesłanie dotyczące tego, jak niebezpieczny może być w życiu czas, gdy wszystko zbyt długo idealnie nam się układa. Najczęściej rozkoszujemy się tym stanem i zapominamy, że w życiu nic nie jest stałe a to co jest, z dużym prawdopodobieństwem ulegnie zmianie. Stąd jeżeli mamy tyle szczęścia, że trafił nam się taki czas, to po chwili należytego odpoczynku wzorem szambelana z „Iwony księżniczki Burgunda” Witold Gombrowicz powinniśmy zacząć utrudniać:

Szambelan stawia fotele do góry nogami
Król: Szambelanie, co robisz?
Szambelan: Utrudniam.
Król: Utrudniasz?
Szambelan: Siadanie na przykład. Trudniej usiąść, gdy fotel tak stoi.

Naszym utrudnianiem może być jakiś kurs, czy szkolenie. Podjęcie nowej aktywności czy to sportowej, czy intelektualnej albo podróż do nowego, nieznanego miejsca. Każda sytuacja, w której będziemy musieli sobie poradzić z trudnościami lub staniemy przed jakimś wyzwaniem wymusi nasze działanie i da impuls do aktywności. Dzięki czemu, nie popadniemy wzorem berlińskich królików w stan bierności i apatii, tylko będziemy się ciągle rozwijać.

Chris Sacca, jeden z najbardziej barwnych wiceprezesów w Dolinie Krzemowej, napisał kiedyś na Twitterze, że jedyną rzeczą, jakiej wymagał od ludzi, których miał zatrudnić, było znalezienie się w sytuacji, w której byli zagubieni, sami, w miejscu, w którym nikt nie mówił ich językiem i musieli polegać na łasce i niełasce innych. Czemu było to tak ważne, możecie przeczytać w artykule dostępnym pod tym linkiem.

filizanka_small pisząc o berlińskich królikach sączyłem pyszną chińską herbatę Milk Oolong.