Archiwa tagu: działanie

Działam, więc jestem

Kartezjusz powiedziała „myślę, więc jestem”, jednak patrząc na to co obecnie dzieje się z naszym społeczeństwem właściwsze współczesności było by chyba stwierdzenie „działam, więc jestem”.  Efektywność i wydajność stały się bowiem bożkami obecnej kultury a my hołdując im na co dzień nawet nie zauważamy jak gubimy kontakt z naturą i samym sobą. W pracy staramy się wyrobić normy i wskaźniki. Wiele reklam zachęca nas do tego, aby być fit i activ, nawet jeśli dopada nas choroba podobno ma nam wystarczyć jedna tabletka aby pokonać grypę i beztrosko śmigać na narciarskich stokach, albo brać udział w rajdach samochodowych. Jakby tego było mało, w życiu prywatnym sami sobie równie często nakładamy kaganiec efektywności.  Wystarczy tylko spojrzeć na te wszystkie smartfonowe aplikacje, które mierzą, ważą i oceniają każdą naszą aktywność w ciągu dnia i pilnują abyśmy zbytnio się nie lenili. Wcześniej, nigdy w życiu nie wiedziałem ile dziennie zrobiłem kroków, ile metrów przebiegłem i jak dużo kalorii spaliłem. Tymczasem teraz mija połowa dnia a w mojej komórce już pojawia się komunikat „zwiększ swoją aktywność, zrealizowałeś 70% swojego planu”. Kończy się miesiąc a kolejna aplikacja podsyła mi raport mojej aktywności miesięcznej i porównuje ja z aktywnością grupy znajomych.  Porównaniom, raportom i wynikom nie ma końca.

Rozwój osobisty - Life factory - pęd

Ostatnio dopadła mnie grypa i ścięła z nóg wysoką gorączką na kilka dni. Jak to zazwyczaj zwykłem czynić, postanowiłem fakt choroby potraktować jako nowe ciekawe doświadczenie i czegoś się z niego nauczyć. Po pierwsze uświadomiłem sobie, że wirus który mnie zaatakował mógł zdobyć kontrole nad moim ciałem tylko dlatego, że w poprzednich dniach byłem tak aktywny, że aż przemęczony i chronicznie niedospany. Co oczywiście istotnie wpłynęło na obniżenie odporności mojego organizmu. Po drugie, doświadczyłem uczucia prawie nic nie robienia. Nie zadziałały cudowne tabletki, po których to miały mi jak ręka odjął zniknąć objawy grypy, a brak energii i osłabienie spowodowały to, że po wykonaniu najprostszej czynności musiałem się zdrzemnąć na pół godziny, aby odzyskać siły. Każdy z początkowych dni choroby był wyjątkowo mało efektywny i wydajny, a mój mózg w reakcji na ten fakt zaczął wariować i odpalać katastroficzne filmy o przyszłych wydarzeniach. Czułem się winny, że nic nie robię i nie działam. Miałem wrażenie, że coś mi umyka, że coś tracę a tym samym wzrastał poziom stresu, który raczej nie wspierał mnie w dochodzeniu do zdrowia. Spirala poczucia winy i stresu, narastała przez kilka dni, aż do momentu kiedy zdałem sobie z tego sprawę i świadomie zdecydowałem, że choroba oznacza czas na odpoczynek i regenerację.

Powstaje teraz pytanie, jak wielu z nas i jak często w dniu codziennym przystaje i zadaje sobie pytanie za czym i dlaczego pędzę. Czy faktycznie odhaczenie kilku dodatkowych załatwionych spraw jest warte zarwanie np. dwóch godzin snu. Czy życie w biegu i nieustającym pośpiechu nie zwracając uwagi na sygnały z naszego ciała o przemęczeniu i konieczność chwilowego przystopowania ma sens.  Czy faktycznie bardziej wartościowe jest zrobienie dodatkowych 2 tys. kroków, czy może lepiej się zdrzemnąć na pół godziny w ciągu dnia. Czy rzeczywiście ma sens ciągłe porównywanie się z innymi. Czy tylko fizyczna wydajność się liczy, czy równie ważny jest psychiczny relaks. Za każdym razem kiedy mam nerwowy czas, wspominam sobie jedną z wczesnojesiennych weekendowych wycieczek na Kaszuby i moment kiedy razem z moją drugą połową leżeliśmy przez półgodziny na lekko kołyszącym się pomoście w promieniach słońca, wsłuchując się w plusk wody i śpiew ptaków. Według mojej smartfonowej aplikacji do mierzenia aktywności był to czas nieefektywny i zmarnowany,  natomiast według mnie jeden z lepiej wykorzystanych…

filizanka_small tekst pisałem popijając magiczną herbatę Mango Tango

Rozpieprz schemat

Nie jestem zwolennikiem siłowego wprowadzania zmian w naszym życiu. Wole dłużej trwające procesy, czy też metamorfozy, pozwalające na stopniowe oswajanie się z tym co się z nami dzieje.  Uznaje jednak, że są w naszym życiu pewne tak głęboko zakorzenione schematy postępowania czy funkcjonowania, iż nie da się ich zmieniać w „pokojowy” sposób. Wymagane jest w tym przypadku jedno ostre cięcie, które wywróci wszystko do góry nogami i pozwoli zbudować nowe zasady postępowania na przyszłość.

Rozwój osobisty - Life factory - rozpieprz to!

Nie zmieniaj, nie modyfikuj tylko rozpieprz z całym impetem to co chcesz wykorzenić lub całkowicie przebudować. Jednak zanim się do tego zabierzesz wyczekaj na odpowiedni moment. Musisz mieć wystarczająco dużo siły i energii. Nie ma chyba jakiegoś jednego sposobu, który podpowie po czym poznać ten moment, po prostu musisz to wewnętrznie poczuć.

W moim przypadku takim skostniałym schematem było przekonanie, że układ mebli w dużym pokoju jest jedynym najbardziej ergonomicznym ze wszystkich możliwych. Kiedy go meblowałem 10 lat wcześniej, moje życie było na innym etapie i także czego innego od niego oczekiwałem. Co najmniej już od pół roku chodziła za mną myśl, aby coś tu pozmieniać i poprzestawiać. Potrzebowałem tchnąć nową energie w to miejsce. Jednak ile razy o tym myślałem, w mojej głowie pojawiało się przekonanie, że inaczej nic w tym pokoju poustawiać się nie da. A jak nawet bym coś poprzesuwał, to tylko zmieni się na gorsze. Tak było do jednego piątkowego popołudnia, kiedy to zabrałem się za sprzątanie mieszkania. Kiedy wkroczyłem z odkurzaczem do dużego pokoju, nagle poczułem, że to jest moment na zmianę. Byłem pełen energii i podejścia „niech się dzieje, co chce”. Założyłem, że jak zmiany nie wypalą to najwyżej postawię wszystko tak jak wcześniej stało.  Włączyłem muzykę i zacząłem przesuwanie i przenoszenie całego wyposażenie pokoju. Nie trafiłem za pierwszym razem, ale po jakiś 30-40 minutach pojawił się nowy, mocno nowatorski układ. Wielki szklany stół, przestał być centralnym punktem pokoju i wylądował pod oknem, otworzyło to swobodny dostęp do kanapy oraz uwolniło sporo pustej przestrzeni pośrodku pokoju. Z pomieszczenia o częściowo biurowym charakterze, pokój zmienił się w bardzo przytulny i domowy. Sam byłem zaskoczony, tym jak szybko i dobrze mi poszło.  Pozostało tylko dokończyć odkurzanie.

Zmiany się dokonały i choć byłem zadowolony z ich efektów, to zaczęły mnie nachodzić wątpliwości, czy aby dobrze zrobiłem. Na całe szczęście znajomi, którzy mnie odwiedzili w weekend potwierdzili zasadność mojego działania i bardzo chwalili nowy układ mebli. To co się jednak potem stało było dla mnie jeszcze większym zaskoczeniem. Zmiany w ustawieniu pokoju, wyzwoliły we mnie nowe pokłady kreatywności (jedna zmiana, pociągnęła za sobą kolejne), spojrzałem na niektóre aspekty mojego domowego życia z innej perspektywy i tutaj też dokonałem zmian. Przez kilka pierwszych poranków, nie mogłem się szykować do pracy na zasadzie automatycznych odruchów, bo wszystko teraz leżało w innym miejscu i już od pierwszych chwil przeżywałem poszczególne dni w pełni świadomie i uważnie. Miałem też niezły ubaw z samego siebie, kiedy wpadałem do domu i chciałem odruchowo coś rzucić na stół, a zamiast niego trafiałem na pustkę i musiałem zatrzymywać się w połowie ruchu. W ciągu trzech kolejnych tygodni od tego przemeblowania, uporządkowałem jeszcze parę innych domowych kwestii i z efektów całości jestem mega zadowolony.

Rozwój osobisty - Life factory - schemat

Jak mawia znajomy lekarz, z niektórymi sprawami w życiu trzeba postępować jak z wrzodem. Nie nakłuwać go delikatnie i zakładać sączek, bo cała sprawa będzie się ciągnąć w nieskończoność i babrać niepotrzebnie. Tylko, choćby miało na mement zaboleć, trzeba ciąć po całości i z jednym zamachem oczyścić ranę. Uczucie ulgi, które potem przychodzi jest nie do zapomnienia.

Pozostaje teraz pytanie, czy i Ty nie masz jakiejś zaległej sprawy do uporządkowania, albo czy jakiś zakorzeniony w Tobie schemat postępowania nie ogranicza Twojej swobody działania. Jeżeli coś takiego Ciebie dotyczy, poczekaj na odpowiedni moment przypływu energii i działaj, ale nie delikatnie i powoli, tylko na całego.

filizanka_small  w pisaniu tego tekstu wspierała mnie zielona herbata imbirowo-cytrynowa GREEN TEA GINGER LEMON

Kiedy puka nowe…

Jest czas kiedy mamy poukładane życie, wszystkie tematy są ogarnięte a potrzeba bezpieczeństwa jest dopieszczona w każdym obszarze. Wszystko wiemy, wszystko znamy, każde działanie weszło w określony schemat lub nawyk. Ryzyko, niczym spasiony kot wygrzewa się na piecu i nie ma ochoty na działanie. Jedynie od czas do czasu ziewnie nieznacznie wprawiając w lekkie drganie nutę niepokoju. Jest miło, ciepło i przytulnie, gdy nagle… do drzwi puka nowe.

Rozwój osobisty - Life factory - nowe

Ono zawsze puka, bo przychodzi z zewnątrz. Wszystko co wewnątrz, już znamy. Puka i burzy nasz rutynowy, bezpieczny porządek. Stoi u drzwi i się niecierpliwi a my rozdarci nie wiemy czy drzwi ryglować, czy też je uchylić. Intuicyjnie bowiem czujemy, że gdy wpuścimy nowe nigdy już nie będziemy tą samą osobą. Zetknąwszy się z nowym, doświadczywszy go – zawsze i na zawsze zostaniemy zmienieni. Jest to zjawisko nad wyraz ryzykowne, bo trudno przewidzieć co nowe niesie ze sobą, czy jest przyjazne, czy wrogie. Jeśli chcesz się tego dowiedzieć nie masz wyboru i musisz otworzyć drzwi. Tu nie ma miejsca na ich lekkie uchylenie, bo kiedy jedynie muśniesz nowe, to nie poznasz go do końca i nie doświadczysz prawdziwej zmiany.

Oczywiście, można zostać ze starym nie otwierając drzwi. Wrócić na kanapę i włączyć telewizor, żyjąc życiem serialowych bohaterów lub fascynując się dokonaniami uczestników kolejnych talent show’ów. Niemniej jednak, wcześniej czy później stare zacznie uwierać.  Jest bowiem jak politycy. Początkowo sporo obiecuje, ale nigdy nie spełnia wszystkich obietnic. Daje poczucie bezpieczeństwa, ale szczęścia często już zapewnić nie może. To wtedy rodzą się frustraci. Nie znoszą swojej pracy, jednak nie ryzykują zmiany, bo nowa nie daje gwarancji, że będzie lepiej. Żyją w toksycznych związkach, ale nic z tym nie robią, bo nikt ich nie zapewni, że znajdą nowy. Jest też ryzyko, że jak nawet taki się trafi, to nie będzie lepszy od obecnego. Czasami nawet nachodzi ich taka myśl, że może jednak otworzyć się na coś nowego, ale kiedy to przemyślą szybko kalkulują nieopłacalność ryzyka. Umysł bowiem zawsze jest stary. Przechowuje w sobie pamięć całej twojej przeszłości i ma już wypracowane rozwiązania na wszystko co Ci się przydarzyło.  Nie lubi i boi się nowego.

Rozwój osobisty - Life factory - ruina

Mimo to, nie żyjemy w wyizolowanym środowisku i ono zawsze jakoś na nas wpływa. Zatem jakby nasz umysł się nie starał, nowe przychodzące z zewnątrz wciąż stuka do naszych drzwi. Stare natomiast staje się powtarzalne, nudne i monotonne a co za tym idzie pokusa zmiany staje się jeszcze silniejsza. Musimy się jednak mieć na baczności, bo umysł nie jest do końca bezbronny. Potrafi wytworzyć iluzję zmiany a wspiera go w tym powszechny konsumpcjonizm i pogoń za karierą. Tchórzymy przed zmianą siebie, ale mamy poczucie rozwoju bo nasze konto w banku się powiększa. Zaczynamy się lepiej ubierać i jeździć lepszym samochodem przez co sądzimy, że inni nas bardziej szanują. Piastujemy coraz to nowe stanowiska i nasze nazwisko staje się bardziej znane a my czujemy się potężniejsi . Jednak to tylko zwodnicza sztuczka umysłu. Nie jesteś swoim kontem, nie jesteś też swoim nazwiskiem. Wystarczy, że samotnie wybierzesz się w góry lub zapuścisz w głąb ciemnego lasu a wtedy nawiążesz kontakt z naturą i samym sobą. Zobaczysz też wtedy, jak w tej sytuacji twoje konto czy nazwisko są nieistotne.

Kiedy więc następnym do Twoich drzwi zastuka nowe, przypomnij sobie słowa „Strach nie zapobiega śmierci. Zapobiega życiu” i otwórz je szeroko.

filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie pysznej czarnej herbaty Żar pustyni

Czego uczy mnie joga cz. IV – ograniczenia w naszej głowie

Dzisiaj kolejna cześć jogowego cyklu, którą postanowiłem poświęcić mieszkającym w nas ograniczeniom. Chcąc komuś dodać otuchy i popchnąć go lekko do podjęcia jakiegoś działania i pokonania strachu lub obawy mówimy często uwierz w siebie, jesteś świetny na pewno dasz radę. Jeśli faktycznie uwierzy, może niejednokrotnie dokonać rzeczy, które uważał wcześniej za niemożliwe.

Rozwój osobisty - Life factory - mata do jogi

Kilka lat temu oglądałem film dokumentalny, o tym jak w ekstremalnych sytuacjach zagrażających czyjemuś lub naszemu życiu potrafimy użyć tak potężnej siły, jakiej zgodnie z naukowym podejściem do fizjologii naszych ciał nie mamy szansy osiągnąć. Zapamiętałem szczególnie dwóch mężczyzn, którzy uratowali kierowcę z zakleszczonej po wypadku kabiny pick-up’a, w której wybuchł pożar. Ni jak nie dało się otworzyć zakleszczonych drzwi a opcja wyciągnięcia kierowcy przez przednią szybę, ze względu na ustawienie samochodów po wypadku, nie wchodziła w rachubę. Jeden z tych mężczyzn pod wpływem impulsu wskoczył na boczne drzwi kabiny i chwyciwszy za ich górną część, tuż nad szybą,  zgiął je w połowie gołymi rękoma. Kiedy po jakimś czasie próbował ponownie choć na milimetr zgiąć lub odgiąć te same drzwi, przy użyciu całej swojej siły, metal nawet nie drgnął. Naukowcy badający jego ścięgna, mięśnie i stawy w rękach wyliczyli, że teoretycznie nie mógł on dysponować wystarczającą siłą do zgięcia tak grubego metalu. Sprawdzili także drzwi, które nie miały żadnej wady, która ewentualnie pomogła by w ich wygięciu. Wysnuli jedynie wniosek, że najprawdopodobniej pod wpływem tak wysokiego stresu, u tego mężczyzny pojawił jakiś impuls, który wyzwolił w jego ciele przepotężną dawkę energii.

Zajęcia jogi mają to do siebie, że są spokojne i nie mamy szansy doświadczyć na nich, aż tak ekstremalnych sytuacji jak powyższa. Zatem z jednej strony, nie mamy się co spodziewać „cudownego” impulsu przepotężnej energii ale z drugiej, działając z uważnością i w skupieniu łatwo możemy zauważyć rożne procesy i relacje zachodzące pomiędzy naszym ciałem a głową. Piszę o tym, bo na zajęciach jogi udało mi się już zrobić dwie rzeczy na pozór dla mnie niemożliwe i miałem tę możliwość, że przy zachowaniu pełnej świadomości obserwowałem co się ze mną dzieje.

Sytuacja I – stajemy na głowie

Kiedy na jednych z zajęć moja nauczycielka powiedziała, że przesuwamy maty pod ścianę i będziemy teraz ćwiczyli stanie na głowie, mój mózg oszalał. Zapaliły się w nim wszystkie lampki kontrolne, zawyły wszelkie alarmy a przez głowę przebiegła myśl „ona chce mnie zabić”. Kolejne myśli to:

  • „odpuść sobie, przecież boli Cię bark” – faktycznie, miałem bardzo lekką kontuzję, ale to była by zwykła wymówka.
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – faktycznie, stanie na głowie przy ścianie, to koszmar mojego dzieciństwa. Pomimo wielu prób, nigdy mi to nie wyszło na wf-ie.
  • „jesteś początkujący, za szybko na tą pozycję” – zaskakujące było dla mnie to, że mój mózg, który wcześniej nie miał do czynienia z jogą, teraz „ekspercko” ocenia co jest właściwe na tym etapie zaawansowania.

W tym czasie prawie wszyscy byli już z matami pod ścianą, więc było głupio siedzieć samemu na środku sali. Ruszyłem za nimi i postanowiłem spróbować, choć w mózgu ostrzegawcze lampki i alarmy pracowały na pełnych obrotach. Pojawiło się jednak dziwne uczucie, gdzieś w ramionach i górnej części pleców – tak jakby moje ciało krzyczało: ja chcę, dam radę. Więc spróbowałem; ręce i głowa odpowiednio ustawione, wybijam się nogami w górę i gdzieś tak w połowie ich drogi do ściany, jakby coś mnie ściągało w dół. Zdążyłem tylko wierzgnąć nogami i z powrotem wylądowałem na ziemi. Prób było kilka, podobnie nieudanych ale czułem się jakoś dziwnie, bo ciało mówiło „próbuj, fruwaj” a mózg syczał „siedź na macie i nie chojrakuj”. Zresztą przy każdej próbie miałem poczucie, że ciało może a to chyba mózg włącza strach i zatrzymuje mnie w połowie drogi do góry. Zaryzykowałem i postanowiłem całkowicie zaufać ciału, zakładając że najwyżej pierdyknę w ścianę z gracją nosorożca po czym osunę się na ziemie z nogami w górze rozbawiając pozostałych. Ostatecznie jest coś takiego jak „joga śmiechu” więc czemu nie mogę być jej nauczycielem. Mózg zdezorientowany moją desperacką decyzją, nie zdążył pozbierać się na czas i włączyć w odpowiednim momencie blokady/strachu. Stałem na głowie wyprostowany jak struna i czułem się wspaniale. Czułem jak przez rozgrzane wcześniej ćwiczeniami ciało płynie energia i zadowolenie.

Rozwój osobisty - Life factory - ograniczenia

Sytuacja II – robimy wygięcia w tył, czas na mostek

No dobra wiedziałem, że to tydzień pozycji z wygięciami do tyłu. Gnę się zatem ochoczo do tyłu i to w pionie, poziomie i na leżąco. Idzie nieźle i jest nawet przyjemnie. Ciało po wcześniejszym silnym wygięciu w tył jest rozluźnione i jakby lżejsze, kręgosłup miło rozciągnięty… Nagle, miło się kończy! Mamy położyć się na plecach i będziemy robić mostek – nauczycielka demonstruje, wyjaśniając na co zwrócić uwagę. Co napiąć i co jak ustawić, aby się dźwignąć w górę w piękny łuk. Moje oczy to widzą, ciało zachowuje pozycję zrównoważonego obserwatora a wokół niego… biega mózg z podkulonym ze strachu ogonem. Tak, tak lampki też błyskają i syreny wyją. Generator myśli daje czadu:

  • „a jak się wygniesz i potem nie złożysz” – cóż za przewrotność, ja nawet nie jestem pewien czy się w taki łuk wygnę, a ten się martwi jak z niego bezpiecznie wyjdę;
  • „już kiedyś próbowałeś i Ci nigdy nie wyszło” – mój kolejny koszmar z wf-u, nawet teraz pamiętam te wszystkie stęknięcia i sapnięcia na szkolnym materacu, kiedy to z leżenia na plecach bezskutecznie próbowałem dźwignąć ciało do łuku;
  • „ona powiedziała, że to łatwiejsza pozycja z tych ZAAWANSOWANYCH ” – nie jestem zaawansowany, więc pewnie lepiej odpuścić.

Głupio jednak tak siedzieć skoro inni próbują. Jedna, druga, trzecia próba… się dźwigam, biodra w górze, ale głowa zostaje na macie. Jakaś blokada powstrzymuje mnie przed tym momentem, w którym oderwę całą siłą ramion górną część ciała, pozostawiając na ziemi jedynie dłonie i stopy. No tak, w górnej części ciała mieszka sobie mózg i nie chce wyrżnąć o ziemie jeśli mi nie wyjdzie. Ciało jednak jest ochocze do tego eksperymentu, ręce mam silne więc nie powinno być problemu. Kładę się na macie i korzystam z ostatniej deski ratunku – podstępu. Uruchamiam ciekawość, chcę zobaczyć, poczuć jak to jest tak się wygiąć, jak będzie wyglądał świat z takiej perspektywy. Ostatnia próba, napinam ręce, ściągam łopatki i z brzucha oraz ramion wypycham ciało do góry. Jest cudownie, nie znałem jeszcze takiego uczucia w kręgosłupie. To nic, że mostek jest trochę krzywy a ja się lekko kolebię. Ważne, że to zrobiłem a na dopieszczanie pozycji przyjdzie czas później.

Rozwój osobisty - Life factory - sala do jogi

Obie te sytuacje nauczyły mnie nie ufać do końca mojej głowie. Pozwoliły także zbudować punkty kontrolne, które dadzą mi znać, że mózg mnie blokuje. Znalazłem też dwie metody na jego pokonanie:

Już kiedyś Ci nie wyszło – to ewidentny znak, że mózg żyje przeszłością. Odszukał w zakamarkach pamięci związane z tą sytuacją niepowodzenie i teraz przenosi tamte wspomnienia na teraźniejszość. Nie uwzględnił jednak faktu, że dużo się od tamtej pory zmieniło (teraz mam znacznie mocniejsze i lepiej wysportowane ciało niż za młodu). Nie wziął pod uwagę, że obecna sytuacja dzieję się w innych uwarunkowaniach (nie jestem po krótkiej rozgrzewce na wf-ie, tylko po ponad godzinie ćwiczeń i pozycji przygotowujących moje ciało do tego co mam teraz zrobić). To co trzeba zrobić, to szybko przełączyć się na bycie „tu i teraz”. Pomyśleć, że możemy ten moment w naszym życiu napisać od nowa, zupełnie ignorując przeszłość. Hasło „niech się dzieje, co chce” powinno zostać naszą sztandarową myślą tego momentu.

To nie jest odpowiedni poziom dla Ciebie – mózg odwołuje się do starego tricku. Ubiera się w strój eksperta, tak samo jak zwykli aktorzy w reklamach zakładający na siebie fartuchy lekarskie i reklamujący jakieś tam suplementy. Trzeba się na moment zatrzymać i przestać ślepo wierzyć w każdą myśl z naszej głowy. Wystarczy się zastanowić, kiedy to nasz mózg miał szansę osiągnąć poziom eksperta w danej dziedzinie, aby nam mówić co jest właściwe a co nie, na tym etapie zaawansowania. Skoro mózg stosuje tricki, to i my możemy. Musimy po prostu uruchomić autentyczną ciekawość jak to będzie, gdy coś zrobimy. Jak się będziemy czuli, co wtedy zobaczymy i jakie nowe doświadczenie zdobędziemy. Mózg jest łasy na informacje, więc pewnie ulegnie tej pokusie.

Po tym wszystkim już wiem czemu w coachingu tak skutecznym jest pytanie „A gdybyś mógł, to co byś zrobił” lub „A gdybyś mógł, to jakby to wyglądało”. Zarazem jestem przerażony tym, jak wiele razy w swoim życiu mogłem ulec fałszywym podszeptom mózgu i ilu rzeczy nie zrobić, które były w zasięgu moich możliwości.

filizanka_small  przy pisaniu towarzyszyła mi zielona herbata YOGI TEA GREEN BALANCE zwana „Zieloną harmonią”

Redukcja życiowego biegu

Downshifting to modny od kilku lat termin, który w przypadku samochodu oznacza redukcję biegu, natomiast w obszarze rozwojowym, czy też życiowym odnosi się do zwolnionego stylu życia. Mówiąc inaczej downshifting to podejmowanie się mniej wymagających zobowiązań w celu utrzymania zdrowego stylu życia.

Rozwój osobisty - life factory - downshifting

Początkowo tym terminem określano zamiany jakie wprowadzali w swoim życiu zawodowym zwolennicy tego trendu. Oznaczało to dla nich zwolnienie zawodowego tempa oraz rezygnację z pogoni za stanowiskami na rzecz pracy mniej prestiżowej i za mniejsze pieniądze, która dawała im w zamian więcej zadowolenia i wolnego czasu. Sam osobiście znam osoby z dużej korporacji, które poprosiły o zmianę stanowiska na znacznie niższe, bo nie wytrzymywały presji i odpowiedzialności na pozycji menadżera. Są wśród nich i tacy, którzy sobie z tą presją radzili na pozór bardzo dobrze, ale w trakcie wizyty u masażysty poczuli jak straszliwie jest pospinane ich ciało i ile bólu kryje się w mięśniach, którego na co dzień nie czują bo ich mózg jest zalany adrenaliną nakręcającą do działania. Znam i takich, którzy dokonali spektakularnej zmiany w podejściu do życia zawodowego po wakacjach spędzonych w małym domku na jednej z greckich wysp. Bardzo też lubię jednego menadżera, który zamienił eksponowane stanowisko dyrektora departamentu w ogromnej firmie po tym jak jego syn, któregoś dnia powiedział: „tato, ja cię prawie nie znam, bo tak rzadko bywasz w domu i to zawsze wtedy kiedy ja poszedłem już spać”. Bliski jest też mi przykład kasjerki z mojego osiedla, która pracowała w jednej z sieci sklepów spożywczych z towarami z wyższej półki. Wiecznie spięta, nadąsana i nie do końca miła. Kiedy ten sklep przejęła inna firma i pojawiło się ryzyko zwolnień zdecydowała się przejść do niewielkiego, osiedlowego kiosku w jednym z pobliskich pawilonów. Przemiana, która w niej nastąpiła jest jedną z najbardziej spektakularnych jaką znam. Choć zamiast wyszukanych produktów spożywczych sprzedaje gazety, proszki, kosmetyki i robi ksero to nigdy jej w tym miejscu nie wiedziałem spiętej, czy zdenerwowanej. Co więcej, raz dostałem nawet przyjazną burę za to, że sam stoję i szukam jakiejś gazety, zamiast o nią zapytać bo przecież od tego ta ekspedientka tu jest, aby pomagać w takich sprawach. Powiem szczerze, atmosfera w tym kiosku jest tak fajna, że aż czasami nie chce się niego wychodzić.

Rozwój osobisty - Life factory - downshifting 1

Nie zawsze też w zmianie życia zawodowego chodzi o presję i eksponowane stanowisko. Czasami kluczem do zmiany jest chęć fizycznego poczucia, dotknięcia efektu swojej pracy. Siedząc w biurze przy excelowych tabelkach, dziesiątkach maili i oglądając kolejne multimedialne prezentacje nowych pomysłów przez cały czas funkcjonujemy w wirtualnym świecie. Możemy podpisywać milionowe kontrakty, podejmować decyzje, które decydują o losie dziesiątek pracowników ale w ich konsekwencji doświadczamy tylko papierowego dokumentu umowy albo elektronicznej wiadomości zawierającej w paru słowach naszą decyzję. To właśnie z tego względu coraz bardziej popularne stają się warsztaty garncarstwa, majsterkowania czy renowacji mebli. Kiedy zajmująca wysokie stanowisko Pani dyrektor zamienia wyszukany strój na dresy i przez 4 godziny papierem ściernym usuwa warstwę starego lakieru z ramy zabytkowego fotela, to może doświadczyć czegoś w jej pracy zawodowej nieosiągalnego. Mianowicie, od razu będzie mogła zobaczyć efekty swojej pracy i poczuć je bardzo dosłownie (zapach rozgrzanego drewna i lakieru, gładkość zeszlifowanej powierzchni itd.). Rzemiosło potrafi uwieść swoją magią tworzenia i wytwarzania oraz bezpośredniego obcowania z materiałem, nad którym pracujemy.

Z czasem powyższe podejście do życia zawodowego przeszło też na życie prywatne, w którym najczęściej oznacza przeciwstawienie się modnemu obecnie konsumpcjonizmowi. Przejawia się to w niekupowaniu tego czego nie potrzebujemy i generalnie prostszym życiu. Zaoszczędzone w ten sposób czas i środki finansowe mogą zostać przeznaczone na to co jest dla nas naprawdę ważne i co sprawia nam autentyczną przyjemność. Zamiast pędzić w weekend do centrum handlowego na kompulsywne zakupy i zapełnianie i tak już przepełnionych szaf, możemy usiąść w domu z kubkiem pysznej herbaty i w skupieniu pokolorować kolorowanki dla dorosłych. Jest ich obecnie pełno w księgarniach i choć na pierwszy rzut oka ta propozycja brzmi dziecinnie, to kiedy zaczniemy takie kolorowanie nasz umysł się uspokoi, wyciszy a my odczujemy satysfakcję z naszej pracy. Możemy przestać oglądać telewizję i dzięki temu zyskać czas na zabawę z dziećmi, ulubionym zwierzakiem albo odgruzowanie naszego mieszkania ze starych i niepotrzebnych dokumentów, gazet i ubrań. Możemy też wolny czas poświęcić na wyszukiwanie tanich biletów i organizować co weekend wypady w nieznane, albo znane i lubiane. Równie interesującą alternatywą może być oddanie się fotografii, pisaniu bloga czy wolontariatowi w organizacjach społecznych, które realizują ważne dla nas cele. Możliwości w tym obszarze są praktycznie nieograniczone, tak samo jak w poszukiwaniu oszczędności. Moja dobra znajoma kilka dni temu kupiła od zawodowego grafika używany zestaw z komputerem stacjonarny, na którym teraz szaleje z obróbką zdjęć . Kosztował ją ¼ ceny, jaką musiałaby dać za nowy laptop o takich parametrach. Ma swojego starego laptopa do innych spraw, a tutaj wystarczyło żeby się mentalnie przestawiła i zaakceptowała fakt zestawu stacjonarnego oszczędzając dzięki temu pieniądze i zyskując dodatkowo sporej wielkości monitor.

Rozwój osobisty - Life factory - downshifting 2

Ekstremalni downshifting’owcy mają tylko po 3 koszulki i równie niewiele pozostałych ubrań. Do tego dochodzi kilka elektronicznych urządzeń do kontaktu ze światem i jeszcze parę drobiazgów, tak aby wszystko zmieściło się w walizce. Dodać jeszcze należy rower do przemieszczania, bo po co płacić za samochód albo komunikację miejską. Na koniec niewysoka pensja, tak aby łatwo było zmienić pracę i przenieść się do innego miasta, czy kraju. Książek nie mają bo korzystają z bibliotek lub internetu, mieszkań nie kupują bo wolą wynajmować i to najczęściej z kimś na spółkę. Główna zasada im mniej rzeczy materialnych i zobowiązań, tym większa wolność i swoboda wyboru tego co się w życiu robi.

Czy to droga dla wszystkich – zdecydowanie nie! Niemniej pokazuje ona jedno z możliwych podejść. Może Cię zainspirować do jakiś zmian, albo chociażby skłonić do zastanowienia nad tym co jest naprawdę dla Ciebie ważne. Co więcej chcę Ci odrobinę w tym pomóc:

Znajdź chwilę spokojnego czasu w domu i przyjrzyj się uważnie i świadomie wszystkiemu co Cię otacza. Poszczególnym szafom, półkom, wyposażeniu kuchni, ilości kosmetyków w łazience itd.. Miej przy sobie notes i zapisuj dwie listy. Czego możesz się pozbyć już teraz oraz z czego możesz zrezygnować na przyszłość, gdy skończy się to co masz (np. wyrąbana w kosmos ultra relaksująca i dotleniająca sól do kąpieli).

Kiedy skończysz usiądź i zastanów się teraz jakie niezbędne rzeczy byś kupił, gdyby Twoje mieszkanie doszczętnie spłonęło z całym Twoim dobytkiem (nic się nie uratowało) a Ty miałbyś do dyspozycji jedynie 10 tys. PLN

Jak skończysz porównaj dwie pierwsze listy z tą zrobioną ostatnio. Jakie wnioski Ci się nasuwają? Co sądzisz o rzeczach, które masz teraz lub kupujesz je regularnie a nie ma ich na żadnej z list?

filizanka_small  przy pisaniu tego artykułu towarzyszyło mi drugie parzenie pysznej zielonej herbaty Gunpowder Temple Of Heaven

Czy pamięć jest darem?

Skoro czytasz ten wpis masz już pewnie swoje lata i mnóstwo wspomnień z całego swojego życia. Tak już  bowiem mamy, że staramy się każde zdarzenie, każdy przypadek, sytuację czy spotkanego człowieka skrupulatnie zachować na przyszłość wkładając go do plecaka zwanego pamięcią. Sam się kiedyś złapałem na tym, że stojąc na jednym ze szczytów Krety, w miejscu pustym o pięknej panoramie i latających nad głową orłach stałem w milczeniu starając się jak najbardziej chłonąć to miejsce i jak najwięcej z niego zapamiętać. Dziś postąpiłbym inaczej, starałbym się nawiązać kontakt z tym miejscem i przez chwilę poczuć się jego częścią – nie zapamiętywać a czuć! Czuć zapach powietrza, zapach ziół, dotyk wiatru na twarzy i grę promieni słońca na skórze. Może nawet na chwile położyłbym się na poboczu i tak praktycznie nieużywanej drogi, aby poczuć tętno i wibracje góry. Stopiłbym się z „tu i teraz” i niczego nie kolekcjonował na przyszłość.

Rozwój osobisty - Life factory - pamięć

Plecak zwany pamięcią, ma tę właściwość, że chętnie chłonie te dobre, ale również i te złe wspomnienia. Jeżeli kiedyś ktoś nam powiedział, że czegoś nie potrafimy, albo do czegoś się nie nadajemy a my zapamiętaliśmy te słowa – to towarzyszą nam one przez cały czas aż do teraz. Stają się mimowolnie naszym ograniczeniem, w które zaczęliśmy wierzyć dawno temu i teraz kurczowo się go trzymamy. Tym samym nie podejmując żadnych prób aktywności w obszarze, którego to wspomnienie dotyczy.

Tak oto, to co przechowujemy w plecaku przeszłości wpływa na naszą teraźniejszość. Definiuje nas, ogranicza, a bywa że i przytłacza skutecznie podcinając skrzydła. Na pozór doświadczenie ułatwia życie, bo pamiętamy np. że dotykanie gorącego czajnika nie jest dobrym pomysłem i potem unikamy powtórzenia tej sytuacji. Jeżeli jednak rozpamiętujemy fakt, że jeden z naszych przyjaciół nas kiedyś oszukał, to tym sposobem już nigdy możemy nie nawiązać nowej przyjaźni. Mózg na hasło „przyjaźń” szybko zaczyna grzebać w plecaku, odnajduje przykurzone niekorzystne wspomnienie i już wie co robić – wszak przyjaźń jest bolesna.

Rozwój osobisty - Life factory -plecak

Zadziwiające jest to jak bez opamiętania dokładamy do plecaka nowe wspomnienia, zupełnie nie zwracając uwagi na jego wielkość i ciężar.  Rośnie z każdym rokiem, coraz bardziej wżynając się w nasze ramiona i dociskając nasze plecy do ziemi. My jednak nakładamy na niego slogan „doświadczenia” i jesteśmy wręcz dumni z jego wielkości. Dźwigamy go z uporem i determinacją godną lepszej sprawy. Jakbyśmy nie mieli dostępu do oczywistej prawdy, że wszystko przemija. Mijają godziny, lata, pojawiają się jacyś ludzie i potem odchodzą, być może dlatego że wykonali już swoje zadanie w naszym życiu zaplanowane dla nich przez los. Pamiętamy i przywołujemy  ich słowa, dzieła i czyny zapominając jednak często, że były one wypowiadane w innym kontekście i czasie.

Pozostaje pytanie po co targamy ten plecak? Do czego nam się przyda w momencie kiedy dojdziemy do ostatnich minut naszego życia? Może zatem to całe nasze poświęcenie nie ma sensu, może dźwigamy go z pychy, bo wierzymy że śmierć nas nigdy nie dosięgnie. Nie zachęcam do całkowitej amnezji i porzucenia pamięci. Zachęcam za to, aby przysiąść gdzieś spokojnie na poboczu swojej życiowej drogi, otworzyć plecak i z rozwagą przejrzeć jego zawartość. Wyrzucić to co już niepotrzebne i bezużyteczne, zmierzyć się z tym co w przeszłości było bolesne (przyznać się do bólu, zaakceptować fakt jego istnienia a następnie pożegnać się z nim dziękując za to, że pojawił się w naszym życiu i z pewnością czegoś nas nauczył). Tak opróżniony plecak przeszyć w połowie, aby już sama jego wielkość nie pozwalała na wrzucanie do niego tego co popadnie. Po wszystkim podnieść się i ruszyć odważnie w dalszą drogę zastępując w przyszłości chęć zapamiętania ciekawością przeżywanej chwili.

Rozwój osobisty - Life factory - mandala

Jest w buddyzmie piękny zwyczaj tworzenia mandali. Tworzy się ją wypełniając, czasami nawet przez kilkanaście dni, skomplikowane wzory drobinkami kolorowego piasku. To żmudna i precyzyjna praca, która stanowi zarazem rodzaj medytacji, podczas której można przemyśleć wiele życiowych spraw. To co jednak w tym wszystkim najbardziej ujmujące to fakt, że kiedy mandala jest już ukończona tworzący ją mnisi biorą do rąk szczotki i… jednym ruchem zmiatają wszystko. Jest to prawdziwy symbol nietrwałości i lekcja nieprzywiązywania się do tego co tymczasowe. „Zmieciona” mandala tworzy miejsce do stworzenia kolejnej, bo tak jak w naszym życiu bywa nie sama mandala jest tu celem lecz proces jej tworzenia.

filizanka_small ten tekst pisałem w towarzystwie smacznej herbaty Pu-Erh Mango Papaja

Sztuka upadania

Wiele lat szukałem w swoim życiu stabilizacji i bezpieczeństwa, aby po tym czasie zrozumieć, że są one na dłuższą metę nieosiągalne. Życie i nasze otoczenie ulega ciągłym zmianom i przeobrażeniom. Stała praca na etacie, oszczędności na koncie i stały związek faktycznie uspokajają i dają iluzję spokojnego życia. Nikt, nigdy nie da nam jednak gwarancji dożywotniego zatrudnienia czy też pewności, że któregoś dnia nie nadejdzie choroba, która pochłonie nasze wszystkie oszczędności lub zabierze nam najbliższą osobę. Jakbyśmy się nie chowali przed światem, jak bardzo byśmy nie zabiegali o stabilne i uporządkowane życie, to i tak nie uchronimy się przed niespodziewanym. Nie uda się nam schować w swoim spokojnym mieszkanku i niezauważenie dotrwać do końca życia. Zresztą, co by to dotrwanie miało oznaczać? Szarą, smutną egzystencję przepełnioną strachem i obawą o to, żeby tylko nic nam się nie stało, żeby tylko nie wydarzyło się nic niespodziewanego. „Zasiedzeni” w swojej niezmienności nigdy nie będziemy dobrze przygotowani na to co może nam się przytrafić. Zresztą brak odpowiedniego przygotowania i niepodołanie danej sytuacji wcale nie będą najgorsze – ostatecznie zdarzają się każdemu. Najgorsze będzie to, że kiedy upadniemy to będziemy bali się podnieść lub nie starczy nam na to siły.

Rozwój osobisty - Life factory - sztuka upadania

Nie nawołuję do życia bez opamiętania, do ciągłego ryzykowania swojego zdrowia i wiecznej niedojrzałej zabawy. Wręcz przeciwnie zachęcam do szukania dobrej i stabilnej pracy, polecam sukcesywne odkładanie oszczędności i każdemu życzę cudownej drugiej połowy. Tylko niech to nie będzie coś, od czego uzależniamy nasze szczęśliwe życie. Bo wtedy nie zadbamy odpowiednio o zawodowy awans i wynagrodzenie w obawie, że jak o to poprosimy albo będziemy o to walczyć to nas zwolnią. Nie będziemy mieli marzeń i celów, bo będziemy chcieli najpierw uzbierać odpowiednią kwotę na koncie bankowym zanim się nimi zajmiemy. Nawet jak znajdziemy kogoś z kim będziemy chcieli razem iść przez życie, to może on/ona nie udźwignąć obciążenia jakim go/ją obarczymy, czyniąc odpowiedzialnymi za nasze szczęści i poczucie bezpieczeństwa.

To do czego zachęcam, to do eksperymentowania w życiu i ponoszenia nieuniknionych porażek, zaliczania potknięć i polubienia siebie również takiego nie zawsze wygranego. Każda porażka jest jednocześnie nauką jak czegoś nie robić lub jak robić to inaczej. Każdy upadek powoduje, że nabieramy wprawy w tym, aby zetknięcie z ziemią było jak najmniej bolesne. Najważniejsze jednak, że po każdym z takich zdarzeniu uczymy się odnajdywać w sobie energię i siłę do tego, aby ponownie się podnieść i podjąć kolejną próbę. To zresztą cecha ludzi, którzy odnoszą sukcesy. Wielu właścicieli dochodowych firm utopiło sporo gotówki w chybionych pomysłach lub nawet kiedyś zbankrutowało. Wielu olimpijskich mistrzów musiało wcześniej przełknąć gorycz porażki lub uporać się z okresowym spadkiem formy a mimo to podźwignęli się i uparcie walczyli o miejsce na podium.

Rozwój osobisty - Life factory - dam radę

Każdy upadek i każda lekcja jaką dostaniemy od życia uczy nas zaufania do siebie i wiary w to, że damy radę. Dawno temu, w jednej z książek wyczytałem poradę, aby wyłączać w swojej głowie „filmy” o tym, że pewnie coś się nie uda. Powodują one bowiem tylko to, że marnujemy energię na scenariusze postępowania w przypadku niepowodzenia, a tak naprawdę nigdy nie wiemy jak dokładnie sytuacja się rozwinie i jakie działania trzeba będzie podjąć. Zamiast tego autor książki polecał, aby sobie przypomnieć jakąś najtrudniejszą sytuację w życiu i uzmysłowić, że jednak przez nią przeszliśmy, daliśmy radę i jesteśmy „tutaj”. Zatem jak już stanie się coś niekorzystnego, to wtedy i tak użyjemy całego naszego doświadczenia, wiedzy i zasobów w nas drzemiących do jak najefektywniejszego uporania się z danym zdarzeniem. Skorzystałem z tej rady i zadziałał on z całą siłą i stanowczością na moją korzyść. Zatem jeżeli masz listę swoich celów na ten rok, albo marzenie, które z Tobą jest od dłuższego czasu nie odkładaj go na przyszłość, tylko śmiało zabierz się do jego realizacji. Być może coś się nie uda, być może coś nie wyjdzie ale nie zmarnujesz czasu. Bo będziesz już wiedzieć czego nie robić lub co przy kolejnej próbie zrobić inaczej.

filizanka_small  tekst pisany w towarzystwie rozgrzewającego herbacianego naparu Alpejski Poncz