Archiwa tagu: działanie

Smakuj życie

Wrzesień to miesiąc, w którym często startują różnego rodzaju kursy, grupy zainteresowań i różnorakie warsztaty. Zatem pozbawia nas on jednej z podstawowych wymówek, dlaczego czegoś nie robimy lub nie próbujemy – nie pójdę na jogę bo jestem początkującym, a tam pewnie sami zaawansowani, zacząłbym kurs angielskiego ale wszystkie są już w trakcie, zapisałabym się na kurs tańca ale jak się odnajdę wśród tych którzy już ćwiczą trzy miesiące itd. itp. Oczywiście, że te powody to w przeważającej mierze wymówki ale jednak skutecznie pozwalają nam przed innymi, a szczególnie przed samym sobą,  znaleźć usprawiedliwienie na brak naszego działania.

Rozwój osobisty - Life factory - smakuj życie

Każdy boi się niepowodzenia, ośmieszenia, że mu na początku nie wyjdzie albo że nie będzie wiedział jak się zachować. Nie napiszę „olej innych i nie przejmuj się ich zdaniem”, bo będzie to przypominało rzucanie grochem o ścianę. Napiszę za to, że jest wrzesień i wielu będzie w podobnej do Ciebie sytuacji idąc pierwszy raz na jakieś zajęcia lub rozpoczynając jakiś kurs albo aktywność fizyczną. Tak, tak… po lecie, a szczególnie po oglądaniu świeżo zrobionych pamiątkowych zdjęć z wakacji, wielu dostrzega nagle nadmiar tego i owego u siebie i podejmuje decyzję o rozpoczęciu aktywności fizycznej. Wrzesień to właśnie miesiąc, w którym spotkasz sporo niezaprawionych w bojach biegaczy, rowerzystów których niewyćwiczone mięśnie nie pozwolą podjechać pod większe wzniesienie, czy też rolkarzy, którzy połowę czasu spędzają na ziemi po upadkach podczas nauki jazdy na tym  sprzęcie. Zatem w razie niepowodzenia nie będziesz się istotnie wyróżniać 😉

Powstaje jednak pytanie po co to robić?

Choćby po to, aby spróbować czegoś nowego i odnaleźć dawno zagubioną dziecinną fascynacje czymś nieznanym. Do dzisiaj pamiętam jak pierwszy raz poszedłem na koncert mis tybetańskich i spędziłem ponad  godzinę z jednej strony zafascynowany tym co wibracje i fale dźwiękowe robią z moim ciałem, a z drugiej podekscytowany tym co się jeszcze wydarzy. Już samo to, że miałem leżeć prze cały ten czas ziemi i jedynie słuchać dźwięków było dla mnie czymś zupełnie odmiennym w moim zabieganym życiu. Jednak, kiedy prowadząca walnęła w wielki gong było to uczucie wręcz ekstatyczne. Wibracje przeszyły całe moje ciało a ja tylko myślałem o tym, aby waliła w niego cały czas i to jeszcze mocniej. Po tym koncercie byłem mega zrelaksowany i do tej pory nie rozumiem, jak przy takich wibracjach i natężeniu dźwięku niektórzy z uczestników potrafili zasnąć i sobie chrapać.

Wiem jednak, że to możliwe bo poszedłem innym razem na koncert podczas którego prowadzący grał na hangu i dźwięki tego instrumentu wprowadziły mnie w taką błogość, podczas leżenia na podłodze, że odleciałem w objęcia Morfeusza. Tutaj, swoje zrobiła jeszcze oprawa – świeczki rozstawione wokół grającego, kadzidełka, plus dużo ciekawych/charakterystycznych uczestników – to wszystko tworzyło atmosferę nowego i fascynującego świata.

Zostawmy jednak koncerty. Na wiosnę tego roku byłem pierwszy raz na spływie kajakowym. Nie jakimś ekstremalnym, ale zupełnie turystyczno-relaksacyjnym ze znajomymi. Niby banalna rzecz, a jednak w kajaku do tej pory płynąłem tylko raz w życiu i teraz miałem ciągle przed oczami wizję wywrotki i utknięcia gdzieś pod kajakiem, do góry nogami. Rzeka nie była głęboka a i nurt nie był zbyt narwisty, zatem było bezpiecznie i zabawa była mega. Czułem się po tym wypadzie fantastycznie i już planuję kolejne kajakowanie. Jednak dopiero wtedy, kiedy raz wziąłem w tym udział, to zacząłem zauważać ile takich kajakarskich tras jest w pobliżu mojego domu. Ponieważ bałem się tego spływu, to satysfakcja z jego ukończenia była mega motywująca. Zresztą twórcy wesołych miasteczek, podkreślają, że aby się dobrze w nich bawić zabawa powinna być połączona z pewną dozą strachu, bo tylko wtedy nasz organizm daje nam endorfinowego kopa wywołującego doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie. Już wiesz zatem pewnie, czemu tak wiele osób uwielbia rollercoastery 😉

W czerwcu tego roku poszedłem też na 1,5 godzinne wprowadzenie do jogi i medytacji. Z jednej strony, obawiałem się czy sobie poradzę z tymi pokręconymi jogicznymi pozycjami (szczytem gibkości to ja nie jestem) a z drugiej, trochę nie wyobrażałem sobie jak ja wulkan energii będę medytował. Jestem świetny z orientacji w terenie i dokładnie wiem gdzie jest strona prawa i lewa. Jednak jak w pewnym momencie miałem leżąc przepleść prawą stopę pod lewym udem i jeszcze jedną ręką złapać się gdzieś tam, to nie podołałem temu zadaniu i poplątałem wszystkie strony i kierunki. Tak samo nie poszła mi pozycja na jednej nodze, bo co chwila mnie gibało i traciłem równowagę. Najzabawniejsze było jednak to, że nie do końca szło również pozostałym i wszyscy zamiast się jakoś napinać i denerwować mieli niezły ubaw. Szczególnie jak prowadząca mówiła, że teraz robimy pozycję ślimaka albo psa. Dowiedziałem się o dziwnych mięśniach, których wcześniej nigdy nie czułem. Wiem, że muszę popracować nad koordynacją ruchową i że muszę nauczyć się odpuszczać, bo w jodze trzeba działać z wyczuciem i bez przesadnej ambicji, bo ta druga może doprowadzić do kontuzji a ja jako perfekcjonista jestem nad wyraz ambitny.

Rozwój osobisty - Life factory - smakuj życie 2

Przykładów mógłbym jeszcze sypać dziesiątki – jak choćby masaż tajski połączony z aromaterapią, parasailing, kosztowanie dziwacznych regionalnych specjałów za granicą  itd. Co jednak łączy te wszystkie działania? Dla mnie to smak przygody, stawiania siebie w nowych sytuacjach, poznawanie ludzi i ich historii z zupełnie innych obszarów zainteresowań niż moje. Przełamywanie się, mierzenie ze swoim strachem i poszerzanie swoich horyzontów a co najważniejsze „smakowanie życia” w jego najróżniejszych formach. Tak – aby wtedy, kiedy już będą dochodziły do końca moje ostatnie godziny na tym świecie – mieć poczucie, że przeżyłem fascynujące i ciekawe życie a nie żałować, że tylu rzeczy nie spróbowałem przez te wszystkie lata.

Kończąc pozostawiam Ciebie z pytaniem: Kiedy ostatnio zrobiłeś coś pierwszy raz w życiu? 

filizanka_small pisząc ten tekst piłem przepyszny owocowy napar Pina Colada z dodatkiem kokosu

Napisz do siebie list

Ja zawsze widzę dwa podobieństwa wakacji do Nowego Roku. Pierwsze to to, że większość ludzi dzieli etapy swojego życia na lata zaczynające się zawsze 1 stycznia, u mnie rok trwa od wyjazdu wakacyjnego do wyjazdu wakacyjnego i z tego powodu nie zawsze ma równą liczbę miesięcy. Po drugie, bo zarówno Nowy Rok jak i wakacje są momentem, w którym snujemy plany na przyszłość oraz podejmujemy niejednokrotnie kluczowe decyzje.

O ile, w przypadku Nowego Roku większość chyba wieży w magię tego „przełomowego” dnia lub robi plany bo społeczna presja mówi, że tak trzeba. O tyle, w przypadku wakacji to raczej efekt przemyśleń i pomysłów, które kiełkują w naszej głowie, kiedy łamiemy zwyczajowy układ dnia. Czasami to kwestia tego, że w czasie urlopu zwolnimy tempo życia lub na odwrót przeżyjemy jakąś szaloną przygodę. Czasami to efekt zderzenia z inną kulturą i innymi zwyczajami, a czasami bywa to też efekt tego, że wystawiamy się godzinami na słońce, które dodaje nam energii i wigoru.  Niestety w obu przypadkach los tych planów jest bardzo podobny. Zostają jedynie gdzieś na papierze, dysku twardym albo w głowie autora lub też ulatują gdzieś w niepamięć, bezwzględnie ukatrupione przez codzienne sprawy zwykłych dni. Czasami mamy jeszcze tyle pary w sobie, aby nowy pomysł pociągnąć przez klika dni a może nawet i tygodni. Jednak zawsze, po jakimś czasie przychodzi zniechęcenie lub dywersyjne pytanie o sens naszych działań. Znam to aż nadto dobrze, bo przez wiele lat po powrocie z każdych zagranicznych wakacji, szedłem do księgarni po nową książkę do nauki angielskiego solennie sobie obiecując, że w przyszłym roku nie będzie już u mnie tak wiele obciachu z tym językiem. O obietnicy pamiętałem zazwyczaj jakieś dwa tygodnie a półka z książkami do angielskiego wzbogacała się o kolejną zbierającą kurz pozycję.

vintage-binoculars-notepad-compass-old-map-ink-pen-inkwell-pocket-kni-71106-L

Czy to wakacyjne data powstania pomysły jest winna niepowodzeniom planów? Sama w sobie zdecydowanie nie. Przyczyna pierwsza – to fakt, że często pomysł przychodzi nam w stanie euforii lub tak zwanym „stanie mocy”, kiedy to nakręceni jakimiś pozytywnymi emocjami moglibyśmy przenosić góry. Przyczyna druga – to naturalna reakcja przy podejmowaniu nowych działań na pierwsze problemy z nimi związane. Trzeba sporo samozaparcia albo wiary w cel, aby ten moment przełamać i wytrwać w działaniu.

Jeżeli zdarzają Ci się sytuacje podobne do moich niegdysiejszych bojów z angielskim, możesz sobie pomóc w jeden bardzo sprytny sposób. Otóż, napisz do siebie list. Pisz go zaraz po podjęciu decyzji o zrobieniu czegoś. Pisz go w momencie, kiedy masz swój „stan mocy”. Wlej w niego całą swoją siłę, energię i wiarę w siebie, którymi dysponujesz w danym momencie. Pisz do siebie jak stary przyjaciel. Napisz czemu chcesz zrobić to co planujesz, co fajnego Tobie lub innym to przyniesie. Opisz jak się czujesz, kiedy piszesz ten list, w którym miejscu twojego ciała czujesz energię (ręce, brzuch, klatka piersiowa a może gdzieś na karku), ja ją czujesz (są to wibracje, ciepło, coś niespokojnie się wiercącego) i postaraj się nadać temu momentowi jakąś nazwę. Ja do dzisiaj pamiętam mój pierwszy moment zanurzenia w oceanie. Do dziś czuję te małe błyskawice przeskakujące po moich ramionach, kiedy nagrzane ciało zetknęło się z wodą a potem ten cudowny moment całkowitego relaksu, rozluźnienia i poczucia jedności z oceanem – nazywam go „zanurzeniem mocy”.

To była pierwsza część listu. W drugiej napisz pytania – jakie Twój stary dobry przyjaciel-  zadałby Ci, zaciekawiony Twoimi postępami w sprawie:

– Co się teraz dzieje z Twoim świetnym pomysłem?

– Czy masz dla niego wystarczająco dużo czasu? A jeśli nie, to co było takiego ważnego, że zdecydowałeś się ten czas przeznaczyć na realizację innych zadań?

– Czy masz w sobie dość energii do działania? Czy pamiętasz ile było jej w Tobie w momencie pisania tego listu? Czy pamiętasz gdzie była wtedy w Twoim ciele i jak ją czułeś. A gdybyś teraz miał spróbować ją wyczuć w sobie to gdzie ją znajdziesz i jak będziesz ją czuć.

– Czy gdy przypominasz sobie nazwę swojego „momentu mocy” i wszystkie emocje i zdarzenia które mu towarzyszyły to jesteś w stanie zaczerpnąć w tym momencie z niego jeszcze trochę energii?

– Czego już spróbowałeś aby realizować swój pomysł?

– Co zadziałało?

– Co nie wyszło?

– Jakie obecnie istnieją możliwości działania?

– Jak się poczujesz kiedy już zrealizujesz swój cel?

– Jaki będzie Twój następny a może pierwszy krok?

– Kiedy go zrobisz?

biblioteka

Teraz masz dwie możliwości:

  1. Wyślij ten list do siebie mailem, ale w programie pocztowym ustaw aby nie został on dostarczony do Ciebie przed upływem 3 miesięcy (Np. w Otlooku kiedy masz przygotowaną wiadomość, przed jej wysłaniem wybierasz z górnego menu Opcje, potem funkcje Opóźnij dostarczenie i wpisujesz datę za 3 miesiące w polu „Nie dostarczaj przed:”
  2. Schowaj list do koperty a tą włóż do jednej z książek na półce lub w jakieś zimowe ciuchy i ustaw sobie w komórce przypomnienie za 3 miesiące z informacją gdzie masz zajrzeć aby znaleźć napisany do siebie list.

Kiedy go dostaniesz usiądź i w spokoju przeczytaj. Być może się zdziwisz, tym co wtedy się stanie. Wiem co piszę, bo sam dostałem takiego maila po trzech miesiącach od założenia własnej firmy 😉

Życie w trybie „smart”

Od dawna mam dylemat jak żyć, a w zasadzie to w jakim czasie. Jedni guru podają, aby koncentrować się wyłącznie na „tu i teraz”. Inni natomiast mówią, że jeśli już teraz nie zadbasz o swoją przyszłość, to będzie ona marna i będziesz mieć problemy. Jedni mówią zwolnij, zatrzymaj się i włącz uważność, a drudzy radzą z jakich urządzeń i programów należy korzystać, aby podnieść swoją wydajność i multizadaniowość. Do tego żyjemy w erze natłoku informacji i rozwoju social mediów. Powszechnej dostępności towarów, dynamicznej ewolucji urządzeń elektronicznych do kolejnych wersji oraz nieustających promocji i okazji. W przeciwieństwie do minionych czasów prawie nie poświęcamy energii na naprawianie tego co już mamy, tylko kupujemy lepszy, nowszy model a ten poprzedni traci naszą uwagę i ląduje w śmietniku lub na dnie zapomnianej szuflady. Czy to dobrze, czy źle – jak zwykle w życiu nic nie jest czarno-białe. Z jednej strony produkujemy więcej śmieci. Z drugiej, kupując coś nowego napędzamy gospodarkę, która daje zatrudnienie innym ludziom.

Rozwój osobisty - Life factory - życie

I moglibyśmy tak dywagować w nieskończoność, ale w momencie kiedy na podobnej zasadzie jak rzeczy zaczynamy traktować innych ludzi lub zwierzęta – czyli istoty, które czują, myślą i obdarzają nas uczuciami – to zdecydowanie nam się coś w głowach porypało. Kilka dni temu w internecie gruchnęła wieść o maratończyku Piotrze Kuryło, który wcześniej adoptował ze schroniska 13-letnią suczkę a teraz w słonecznym upale przywiązał ją do bramy schroniska i się ulotnił (pech chciał… a może szczęście, że ten wyczyn został uwieczniony na nagraniu kamery). Przerażony pies spędził na słonecznym ukropie 2 godziny nim go ktoś znalazł. Rzeczony biegacz coś bełkotał o kosztach, bo pies schorowany i że niby nie miał go z kim zostawić w czasie planowanego biegu maratońskiego. Już nawet nie będę się pastwił nad nim, że przecież ma rodzinę a drugim z jego psów jakoś miał się kto zająć.

Chodzi mi bardziej o pewien trend, który  staje się coraz bardziej powszechny. Uczymy się szybko znajdować zamienniki tego co mamy. Domowe obiady zastępujemy fast food’ami, zamiast regularnego odpoczynku fundujemy sobie turbo regeneracyjne weekendowe wypady do SPA, spotkania ze znajomymi zastępuje nam wymiana z nimi postów i komentarzy na Facebook’u. Zamiast dwóch, trzech prawdziwych przyjaciół mamy setki internetowych znajomych, o których tak naprawdę za dużo nie wiemy. Reklamy zachęcają nas do zamawiania w internecie sterty nowych ubrań, przymierzania ich w domu i odsyłania tych, które nam nie pasują ale mało kto zauważa, że tak samo zaczynamy postępować z ludźmi. Portal randkowy albo czat, szybkie spotkanie jeszcze szybszy numerek i już wiemy kogo odesłać w ramach „zwrotu towaru”. Bo nam nie pasuje, nie tak leży albo nie spełni naszych wyśrubowanych standardów a że może się jakoś emocjonalnie zaangażował, albo zadurzył…. a to sorry, jego problem.

Jesteśmy coraz bardziej niezależni, mobilni i świadomi swojej wartości. Czasami zaczynamy sobie zdawać sprawę z tego kiedy już jesteśmy z kimś związani. Czasami uświadomi nam to też ktoś inny, kto nagle poświeci nam trochę więcej uwagi i miłych słów niż nasza druga połowa. Jak pokazują doświadczenia moich znajomych, bardzo łatwo wtedy ulec iluzji, że o to los obdarzył nas dostępnością do nowego, lepszego modelu od tego co mamy. Zatem co… stare na śmietnik.

Rozwój osobisty - Life factory - życie 2

Rozchodzimy się, zostawiamy z dnia na dzień drugie połowy totalnie zaskoczone całą sytuacją, czasami wręcz kończymy związek jednym SMS’em. Nie próbujemy niczego naprawiać lub czegoś pozmieniać, w tym co już było. Chwytamy naszą nową zabawkę i dalej gnamy w świat…

Jednak z czasem okazuje się, że i ten nowy model miał wady ukryte – mąż, albo żona. Czasami przegrzewa mu się procesor i zapomina być dla nas miły, albo przepełnia bufor pamięci i nie jest już tak aktywną i tryskającą energią osobą jak wcześniej. Cóż można w tej sytuacji zrobić? Niestety, najczęściej zaczynamy się rozglądać za kolejnym nowszym modelem, albo chociaż takim, który ma świeższą wersję oprogramowania i najlepiej gdyby był jeszcze w promocji.

Teoretycznie można tak w nieskończoność i pewnie jest to jakiś sposób na życie. Możemy być jednak bardzo zaskoczeni, kiedy nagle na naszym głównym panelu sterowania pojawi się komunikat: „błąd systemu – choroba” lub „model niedostępny dla tej kategorii wiekowej”. Czy znajdziemy wtedy szybko jakiś „zamiennik” dla tego co było?

Chciałbym, aby było jasne, że jestem przeciwnikiem utrzymywania pewnych relacji na siłę, kiedy faktycznie już nic ze sobą nie niosą albo są dla nas destrukcyjne. Jestem też daleki od promowania nieustających i niewiele wnoszących napraw tego co było do tej pory, bo najzwyczajniej szkoda na to czasu i życia. Nie oceniam ludzi za ich decyzje, bo najczęściej nie wiem wszystkiego. Wiem tylko, że każda decyzja rodzi konsekwencje a podejmowana w biegu i na hurraoptymistycznym emocjonalnym haju nie uwzględnia wszystkich przesłanek.

I tak sobie myślę, że warto jednak na co dzień „żyć tu i teraz”. Żeby jak pojawia się jakaś nowa szansa na przyszłość, mieć pełną świadomość tego co możemy utracić albo też jakiego zniewalającego bagażu możemy się pozbyć. Jakiej jednak decyzji byśmy nie podjęli, pamiętajmy o uczuciach innych. Nikt z nas nie chciałby zostać bez słowa przywiązany do bramy schroniska i pozostawiony samemu sobie.

A wspomnianemu maratończykowi dedykuję pewną przypowiastkę, na którą gdzieś, kiedyś trafiłem w czeluściach internetu:

Rozwój osobisty - Life factory - psiak

Zmarł pewien mężczyzna a razem z nim zmarł jego pies.
I oto dusza człowieka, z psem u boku, stają przed wrotami z napisem ”Raj. Psom wstęp wzbroniony”.
Człowiek nie przeszedł przez te drzwi i poszedł dalej, w nicość z psem u boku. Idzie i po jakimś czasie widzi drugie wrota. Nic nie jest na nich napisane, tylko obok siedzi jakiś starzec. Człowiek podchodzi do niego i zagaja:
– Przepraszam szanownego…
– Święty Piotr jestem.
– A co jest za tymi wrotami?
– Raj.
– A z psem można?
– Oczywiście.
– A tam wcześniej to co to było?
– Piekło. Do Raju dochodzą tylko ci, którzy nie porzucają przyjaciół.

filizanka_small pisząc ten tekst piłem najpopularniejszą z chińskich zielonych herbat zwiniętych w kulki – China Gunpowder, czyli proch strzelniczy 

Zostań graczem – graj zamiast się frustrować

Niejednokrotnie nasze życie nie toczy się tak jak tego byśmy chcieli i pisząc to nie mam na myśli zdarzeń przełomowych lub dramatycznych sytuacji.  Piszę o drobnych sprawach dnia codziennego – które mimo tego, że nie ma w tym żadnej naszej winy – nagle obracają się przeciw nam rujnując plan dnia, zmuszając do dodatkowych działań albo zwyczajnie w świecie psując nam humor.

Kiedyś w takich sytuacjach, jak większość ludzi irytowałem się. Czasami wykłócałem o swoje i opowiadałem znajomym jak ten, czy tamta mnie wkurzyli, albo jaki bu..el mają w danej instytucji. Tak był do czasu, kiedy na jednym ze szkoleń dotyczących zarządzania finansami nie trafiłem na koncepcję „gracza”.  Jak to ja, z czasem przerobiłem tę koncepcję na swoja modłę i zbudowałem z niej zasadę, dzięki której ćwiczę swoją uważność, kontroluję emocje i wzmacniam swoje optymistyczne podejście do życia.

Rozwój osobisty - Life factory - graj

Pierwsza zasada to nie frustrować się złymi sytuacjami, na które nie mam wpływu i które są całkowicie ode mnie nie zależne. Druga – kluczowa dla koncepcji „gracza” – staraj się każdą złą sytuację przerobić na pozytywną i wyciągaj z niej ile się da.

Przykład pierwszy – nieważna polisa:

W jednej z firm ubezpieczeniowych przedłużyłem przez internet swoją polisę ubezpieczenia medycznego, zapewniająca mi darmową opiekę medyczną w jednym z ogólnopolskich centrów medycznych. Kiedy po kilku dniach umawiałem się telefonicznie do lekarza konsultantka nie mogła znaleźć mojej polisy po jej numerze, ale odszukała ją podobno po moim numerze PESEL. W umówionym dniu udałem się do lekarza, wcześniej zgłaszając swoje przybycie w rejestracji. Jakże byłem zaskoczony gdy 5 minut później, kiedy siedziałem już przed gabinetem lekarskim podeszła do mnie pracownica rejestracji informując, że nie wie czy ja jestem tego świadom, ale za tę wizytę będę musiał zapłacić bo moje ubezpieczenie wygasło. W jednej chwili poczułem uderzenie ciśnienia i już,  już miałem wybuchnąć…, gdy przypomniałem sobie o moim postanowieniu „gracza”. Uśmiechnąłem się do Pani i zapytałem czy jest pewna tego co mówi, bo jeśli okaże się to prawdą, to ja mam w domu dowód zamówienia ubezpieczenia oraz jego opłacenia i będę się domagał od firmy rekompensaty tej sytuacji. Pani była totalnie zaskoczona moją reakcją i dała tylko radę wykrztusić „proszę się nie denerwować”. Jak się okazało, moja druga odpowiedź jedynie pogłębiła jej zagubienie. Powiedziałem, iż się nie denerwuję a nawet cieszę, bo dzięki ich błędowi załatwię sobie miesiąc darmowego ubezpieczenia. Wymagało to ode mnie chwilowego wyłożenia pieniędzy, które potem zostały mi zwrócone oraz napisania dwóch reklamacji i po miesiącu dostałem od firmy ubezpieczeniowej oczekiwaną rekompensatę za popełnioną pomyłkę.

Przykład drugi – zamówienie co znika:

Czytam sporo książek i bardzo często zamawiam je przez internet. Ostatniego zakupu dokonywałem w jednym z wydawnictw zamawiając u nich dwie książki. Kiedy po dwóch tygodniach nie miałem ani książek, ani żadnej informacji z wydawnictwa napisałem do nich mailem załączając do niego dowód wpłaty.  W odpowiedzi przeczytałem, że moja wpłata do nich dotarła ale zamówienie, którego dotyczyła zniknęło im ze strony internetowej, w związku z tym mam im napisać jakie książki zamówiłem i na jaki adres mają być przesłane. Ani słowa o przeprosinach, albo że im przykro z powodu tej sytuacji. W pierwszej chwili wkurzyłem się, że ktoś bezkarnie obraca moimi pieniędzmi i nic sobie z tego nie robi, jak również nie poczuwa się do winy, bo to system nawalił. Ciśnienie mi się podniosło, epitety cisnęły na usta…, kiedy nagle wyhamowałem, usiadłem spokojnie i zacząłem szukać na stronie wydawnictwa książki jaką chciałbym dostać za darmo w ramach rekompensaty za błąd systemu. Następnie już na spokojnie usiadłem i napisałem reklamację, w której wyjaśniłem Pani z wydawnictwa, że za błędy ich systemu to oni opowiadają, że brak przeprosin z ich strony świadczy o zupełnym braku szacunku do klienta i że za całe to nieprzyjemne zdarzenia chce anulowania opłaty za przesyłkę, albo darmowej książki. Na całe nieszczęście wydawnictwo zgubiło i tego mojego maila. Oczywiście, nie omieszkałem wykorzystać i tej sytuacji. Efekt, po miesiącu od zamówienia otrzymałem poniższą przesyłkę.

Rozwój osobisty - Life factory - graj 2
Dwie dolne książki to moje zamówienie, cztery górne to rekompensata 😉

Czy stałem się z powodu mojego podejścia awanturnikiem – nie. Czy jeżeli, ktoś mnie za błąd przeprosi i powie parę miłych snów to i tak dochodzę rekompensaty – nie, bo każdy może się pomylić a miłe słowo i tak mi już umiliło dzień. Czy oszczędzam swoje nerwy unikając frustracji – tak. Czy obecnie czyjeś błędy są dla mnie problemem – wręcz przeciwnie, to szansa na fajną rekompensatę.

Rozwój osobisty - Life factory - ufaj tylko niektórym.

Zapraszam i Ciebie do tej zabawy. Bo zamiast biernego wściekania się na ludzi lub instytucje i generowania złych emocji, oszczędzasz swoje nerwy, dostajesz rekompensaty i edukujesz drugą stronę, że błędy kosztują i to nie klienta, ale tego kto błąd popełnił.

filizanka_small pisząc powyższy tekst piłem klasyczną łagodną czarną herbatę – China Keemun Anhui

Triada interesów – zajmij się swoim

Niejednokrotnie wielu ludzi jest niezadowolonych z tego co spotyka ich w życiu. Popadamy we frustrację bo: nasi znajomi nie są tacy jak być powinni, nasz partner lub partnerka poświęcają nam za mało uwagi, dzieci nie uczą się tak dobrze jak chcemy, musimy się martwić o zdrowie najbliższych, politycy są nieuczciwi, świat jest niesprawiedliwy i los nam nie sprzyja – STOP!

Rozwój osobisty - Life factory - triada interesów

Nie wiem ilu z Was zauważyło, że żadne z powyższych oczekiwań nie dotyczy osoby, która je formułuje. Są to oczekiwania względem innych osób lub nawet świata czy losu. Mówiąc wprost mamy oczekiwania do tego co od nas nie zależy. Na pierwszy rzut oka nie brzmi to groźnie, ale wbrew pozorom takie podejście do życia może przyczynić się do wywołania smutku lub depresji. Świetnie opisała to w swojej „Mini książeczce” Byron Katie, która wyróżnia trzy rodzaje interesu: Mój, Twój i Boga (który ja na potrzeby tego artykułu określiłem interesem Universum).

Sprawa jest prosta:

Mój interes – to wszystko co jest pod moją kontrolą

Twój interes – to wszystko co jest pod Twoją kontrolą

Interes Universum – to wszystko co jest poza moją i Twoją kontrolą

Rozwój osobisty - Life factory - interes

Często zapominamy o tym podziale i formułujemy oczekiwania spoza obszaru naszej kontroli, czyli naszego interesu. Byron Katie tłumaczy to bardzo prosto. Kiedy myślę: potrzebujesz znaleźć jakąś porządną pracę, chcę abyś był szczęśliwy, powinieneś być na czas, potrzebujesz zadbać o siebie – to jestem w Twoim interesie. Natomiast gdy obawiam się trzęsień ziemi, powodzi, wojny i tego kiedy umrę – to jestem w interesie Universum.

Jak takie wchodzenie w cudze interesy może być niebezpieczne pokazuje inny przykład autorki „Mini książeczki”:

Gdy umysłowo poszłam do interesu mojej mamy, na przykład taką myślą jak: „Moja mama powinna mnie rozumieć” – natychmiast doznałam uczucia samotności. I zdałam sobie sprawę, że zawsze w mym życiu, gdy czułam się zraniona lub samotna, to byłam w interesie kogoś innego.

Kiedy myślimy, że wiemy co jest najlepsze dla kogoś innego – jesteśmy w jego interesie. Nawet, gdy próbujemy to wytłumaczyć naszym uczuciem miłości względem innej osoby nadal takie zachowanie jest czystą arogancją w naszym wykonaniu. Co więcej w efekcie tego podejścia sami martwimy się, boimy i stresujemy za kogoś, kto być może nawet tego nie zauważa, bo jest zadowolony z tego co ma.

Stara zasada mówi aby uczyć się od lepszych, to znaczy takich którzy osiągają wymierne efekty, zatem w tym przypadku mają świetne życie. Pytanie zatem czy jesteś pewien, że Twoje życie jest na tyle świetne, abyś mógł zostać doradcą innych.

Kończąc pozostawiam Cię z jednym pytaniem:  Jeżeli Ty żyjesz swoim życiem i ja żyję Twoim życiem, to kto wtedy żyje moim?

filizanka_small tekst pisałem popijając wyjątkowo subtelną w smaku herbatę wysokogórską z Nepalu – Nepal Himalayan

Odhaczyć, zaliczyć, zapunktować….

W obecnych czasach w ciągu jednego dnia jesteśmy zalewani taką masą informacji i komunikatów jak nasi przodkowie w ciągu tygodnia albo miesiąca. Wraz ze wzrostem tempa informacji wzrasta też tempo życia. Mamy mnóstwo zainteresowań, jeszcze więcej rozpraszaczy, informacje na temat tego co tylko przyjdzie nam do głowy w mig znajdujemy w internecie. Znajomi, o swoich odkryciach lub osiągnięciach nie informują nas raz na jakiś czas podczas towarzyskich spotkań lecz robią to praktycznie w czasie rzeczywistym na portalach społecznościowych i komunikatorach. Powstał już nawet portal, w którym możemy wrzucać informacje i zdjęcia o naszych działaniach, wydarzeniach z naszego życia albo miejscach, w których właśnie jesteśmy a po niedługim czasie są one automatycznie usuwane – ot taka tablica ogłoszeń z naszego życia aktualizowana co kilka godzin. Wszystko to prowadzi do sytuacji, w której robimy tak dużo, że nie starcza nam dnia, musimy zapisywać to co powinniśmy pamiętać bo nasz mózg przeciążony informacjami wyświetla error i nie zauważamy nawet jak wszystkie nasze działania nagle zaczynają iść w ilość a nie w jakość.

Rozwój osobisty - Life factory - paradoks życia

Koronnym przykładem jest mój znajomy, który pracuje nad kilkoma projektami w dużej korporacji , dodatkowo zapisał się na zaawansowany kurs projektowania stron WWW. Chodzi do szkoły tenisa, dwa razy w tygodniu jest na jodze i tak samo dwa razy w tygodniu chodzi na zajęcia z Tai Chi a wieczorami hurtowo ogląda całe sezony kolejnych seriali, aby być na bieżąco w rozmowach ze znajomymi. O lekcjach angielskiego i hiszpańskiego oraz udziałach w maratonach nawet nie będę się rozpisywał. Wszystko na pierwszy rzut oka wygląda cudownie i budzi szacunek dla tak intensywnego życia. Kilku innych znajomych wyraża podziw dla jego umiejętności korzystania z życia i stara mu się dorównać w jego intensywnym przeżywaniu. Nie wiedzą jednak, że wpadają właśnie w pułapkę odhaczania.

Rozwój osobisty - Life factory - życie

Piszę o pułapce bo znajomy, o którym wspominałem nawet nie zauważa, że zaczyna wyglądać jak zombie, jest notorycznie niewyspany i zmęczony. Już czwarty raz zmienił szkołę jogi bo nie jest zadowolony z efektów ćwiczeń i nie osiąga relaksu, na który tak liczył. Oczywiście, według niego winne są szkoły a według mnie on sam. Bo jak można robić postępy w jodze i osiągać relaks, kiedy wpada się zdyszanym na sale 3 minuty po rozpoczęciu zajęć a na 15 minut przed ich końcem nerwowo zerka na zegarek, bo w ciągu 20 minut od ich zakończenia trzeba być na angielskim w innej części miasta. Podobnie jest z serialami  – znajomemu po hurtowym oglądaniu mylą się nie tylko sezony ale i całe seriale, przekręca imiona głównych bohaterów, zapomina o istotnych wątkach ale według jego magicznej listy jest na bieżąco z kilkunastoma serialami. Ostatnio w trakcie jednego z treningów do maratonu zasłabł i wylądował na pogotowiu. Wspomina też coś o planach zmiany nauczyciela od hiszpańskiego, bo przy tym który jest ma za słabe postępy w nauce tego języka…

Chcąc robić wszystko na raz, zużywa na to mnóstwo energii – zapominając, że jest ona potrzebna także do życia i powinna mu wystarczyć jeszcze co najmniej na parędziesiąt lat. Ciało zamęczone ćwiczeniami i treningami, które teoretycznie miały mu pomóc już zaczyna manifestować swoją niemoc. Kwestią czasu jest to, kiedy zastrajkuje mózg lub pamięć.

Pozostaje teraz pytanie, czy i Ty nie podążasz w ślady mojego znajomego? Czy przypadkiem nie poszedłeś na ilość zamiast na jakość tego co robisz?

A może myślisz, że Ciebie to nie dotyczy – bo w Twoim życiu jest tylko praca, telewizor i facebook, zatem nie wariujesz z ilością zadań. Czy aby na pewno? Czy przypadkiem nie siedzisz na kanapie ciągle przełączając kanały, jakbyś chciał obejrzeć całą zawartość połowy z nich? Czy przypadkiem, jakoś tak niepostrzeżenie nie zacząłeś lubić tylu profili i osób na facebooku, że nie starcza Ci czasu na przeczytanie wszystkich postów z dnia?

Odpowiedź na te pytania i to co z nią zrobisz zostawiam już tylko Tobie.

filizanka_small pisząc ten tekst wybrałem białą herbatę „Shou Mei”, którą zwykłem zaparzać przez 15 minut

Punkt zero, czyli skąd startujesz…

Wszyscy chyba znamy najczęstsze losy postanowień noworocznych, czy też tych które rodzą się w naszej głowie tuż po powrocie z wakacji: od teraz biorę się za siebie i ćwiczę, zaczynam ostro naukę obcego języka itp. Jakoś tak dziwnym trafem, po miesiącu lub dwóch najczęściej mam przygotowaną całą baterię argumentów czemu danym postanowieniem nie mogliśmy się zająć lub to co najczęstsze: „nawet zacząłem z zapałem, ale nie szło mi za dobrze, nie było efektów i tak jakoś sobie odpuściłem”. Niejednokrotnie, jeśli nawet przetrwamy w postanowieniu jeden kwartał to z czasem przestajemy dostrzegać, albo doceniać efekty naszych starań i tracimy motywację a jest ona kluczowa do osiągnięcia zamierzonego celu. Przy czym dla jasności – powyższa zasada nie tyczy się tylko postanowień powziętych w Nowy Rok, czy pierwszego dnia po powrocie z wakacyjnych wojaży, ale wszystkich postanowień, które wymagają od nas zaangażowania czasu i energii w ich realizację. Dzieje się tak dlatego, że z czasem tracimy nasze zaangażowanie, zapominamy dlaczego chcieliśmy realizować dane postanowienie lub bardzo częste przestajemy widzieć efekty i postępy.

Rozwój osobisty - Life factory - punkt zero

Dzisiaj chciałbym się skupić na tej ostatniej przyczynie, bowiem bardzo często przystępując hurraoptymistycznie do działania zapominamy uwiecznić swój punkt startu. Mówimy np. od jutra zaczynam ćwiczyć a po dwóch miesiącach stwierdzamy, że jakoś umięśnienie nam fantastycznie nie przyrosło i nie ubyło nadmiaru ciała, tam gdzie się spodziewaliśmy przez co nie mamy wymarzonej tarki na brzuchu. Tylna część ciała, w dolnym stanie nie stała się wystarczając jędrna a nasze łydki wcale nie są pięknie wyrzeźbione. Oczywiście, że nie  – bo dwa miesiące to za mało, ale mimo to jest to świetny argument do porzucenia ćwiczeń, no bo przecież nam nie wychodzi. Gdybyśmy jednak porównali ile pompek, przysiadów lub innych ćwiczeń mogliśmy wykonać pierwszego dnia a ile po tych dwóch miesiącach, z pewnością bylibyśmy pozytywnie zaskoczeni tą informacją i zyskalibyśmy motywację do dalszego wysiłku. Dzięki czemu, z kolejnymi tygodniami ćwiczeń, zmiany w ciele nadeszłyby nieuchronnie.

Rozwój osobisty - Life factory - punkt zero 2

Podobnie rzecz ma się np. z liczbą słówek w języku obcym. Mnie np. po kilku latach nauki angielskiego wciąż dopada syndrom niewystarczającego postępu i zniechęcenia. Jestem wręcz przekonany o moim wrodzonym antytalencie do umiejętności lingwistycznych i bezproduktywnym trwonieniu czasu na naukę. Jednak, kiedy wyjeżdżam za granicę i nagle mogę, z nowo poznaną osobą, całkiem swobodnie porozmawiać, dowiedzieć się ciekawych informacji o niej i kraju, w którym żyje a do tego opowiedzieć coś o sobie  – odzyskuję energię do działania. Tak, jestem świadomy tego, że pewnie kaleczę język, mieszam czasy w wypowiedziach i nie zawsze użyje najbardziej odpowiedniego wyrażenia ale wtedy przypominam sobie jak kilka lat temu znałem w tym języku jedynie trzy zwroty: „yes” i „I don’t now” i „I don’t understand”. Sam fakt, że ktoś powiedział coś do mnie po angielsku budził atak paniki i nerwowo w głowie starałem się zbudować jakieś zdanie, które będę mógł potem wydukać w odpowiedzi. Teraz niczego w głowie nie buduję, tylko od razu wchodzę w konwersację wierząc w to, że i tak jakoś sobie poradzę.

Rozwój osobisty - Life factory - nawyki

Jak mawiają mądrzy ludzie przystępując do nowego działania, warto je tak zaplanować aby być prawie pewnym sukcesu w początkowym okresie jego realizacji. Jak wiadomo „prawie – robi wielką różnicę” ale daje też dreszczyk emocji oraz pozwala rozpocząć fascynującą grę z samym sobą. Kiedy kilka lat temu zaczynałem ćwiczenia na ergonometrze (popularnie zwanym „wioślarzem”), miałem specjalnie przygotowaną tabelę, w której zapisywałem czas wiosłowania i przepłynięty dystans a po pierwszym tygodniu rozpocząłem grę. Najpierw chciałem z każdym razem przepływać o X metrów więcej w tym samym czasie, potem rzuciłem wyzwanie czasowi tzn. maksymalny wyznaczony dystans starałem się przewiosłować w jak najkrótszym czasie itd. Z tygodnia, na tydzień zmieniałem daną, z którą się ścigałem i coraz bardziej ta gra mnie wciągała. Wyniki w tabeli w pierwszych tygodniach szalały i wręcz szybowały w górę (na początku zawsze łatwo o efekty), ale działo się też coś jeszcze. Mój umysł, moje ciało zmieniało to nowe jeszcze wymuszane działanie w nawyk. Ten, jak wiadomo – włącza się automatycznie i nie ma już potem potrzeby zmuszani się do ćwiczeń – bo umysł i ciało same się ich domagają. Czas jaki jest potrzebny, aby jakieś działanie stało się nawykiem to według naukowców 28 dni regularnego powtarzania danego działania 😉

Teraz po latach, regularnie ćwiczę trzy razy w tygodniu i kiedy odpuszczę jakiś z treningów czuję się nieswojo i mam potrzebę rozładowania nagromadzonego stresu i energii. Zatem, coś co kiedyś wymagało wysiłku aby to wykonać, obecnie wymaga ode mnie wysilenia się aby tego nie robić – dzięki czemu regularnie ćwiczę od kilku lat.

A jak z tym jest u Ciebie:

Czy jeżeli realizujesz jakieś postanowienie, pamiętasz jakie były jego początki?

Czy potrafisz zauważać i doceniać małe postępy, które finalnie doprowadzą Cię do dużej zmiany?

Czy potrafisz w danym działaniu wprowadzić jakieś elementy gry z samym sobą – jakieś małe utrudnienia, wyzwania których pokonanie da Ci satysfakcję z tygodnia na tydzień?

filizanka_small od początku pisania tego tekstu towarzyszyła mi herbata Ceylon OP Dimbula Uduwela